Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama STUDNIÓWKA 2026 - zobacz galerię zdjęć!
Reklama
Nasz cykl: Dziewczyny z Kaliny, chłopaki z Krochmalnej

Na Starym Mieście rządziła łobuzerka, a na Niecałej banda „Generała”

Na mojej ulicy przenikał się świat wiejski i miejski. Od ulicy Północnej słychać było co rano pianie kogutów, a od Krakowskiego Przedmieścia rozchodził się śródmiejski gwar – opowiada pan Jacek. – Wszędzie było blisko, wszystko było na wyciągnięcie ręki. Całe moje życie toczyło się na ulicy Niecałej, która w czasach mojego dzieciństwa nosiła nazwę Sławińskiego (Jan Sławiński – robotniczy działacz komunistyczny – red.). Na szczęście w 1991 roku wróciła do swojej przedwojennej nazwy.
Na Starym Mieście rządziła łobuzerka, a na Niecałej banda „Generała”
Ulica Niecała z lotu ptaka

Autor: DW

Ulica była gęsto zabudowana, kamienica przy kamienicy. Tętniła życiem od tana do nocy. Była tu i szkoła i pogotowie, i dwie kaplice. Kiedy rano w latach 70. wychodziłem do szkoły mijałem wozy konne, z których rolnicy sprzedawali swoje produkty – ziemniaki, kapustę, cebulę, jajka, drewno na podpałkę. Te wozy ciągnęły się od kamienicy przy Niecałej 12, aż po akademik KUL przy Niecałej 8. 

Szkoła podstawowa nr 24 znajdowała się na rogu Niecałej i Radziwiłłowskiej (dawniej Dymitrowej). Do szkoły miałem pięć minut, ale po drodze tyle się działo, że często nie docierałem na ósmą. Po szkole miałem od razu wracać do domu, ale zazwyczaj wracałem „zygzakiem” zahaczając o Plac Litewski, 3 Maja albo Czechowską. Tutaj mieszkali moi koledzy, z którymi grałem w kapsle i z którymi tworzyłem „bandę” – bo koniecznie trzeba było należeć do jakiejś bandy. Zasada była prosta: każde podwórko miało swoją bandę, która nie wchodziła w drogę bandzie z sąsiedniego podwórka. Na mojej ulicy najgroźniejsza była banda „Generała”, mojego rówieśnika, który grasował pod 16. i 18. Ja trzymałem się swojego podwórka i omijałem „Generała” z daleka. 

Podwórko było wewnętrznym dziedzińcem kamienicy, na ulicy Niecałej każda kamienica miała taki dziedziniec. Na podwórku był trzepak, ławka, chłopcy grali w kapsle, dziewczynki w gumę i w klasy. Tu toczyło się całe życie towarzyskie i sąsiedzkie dorosłych i dzieci. Każdy trzymał się swojego podwórka i nie było mowy o zapuszczaniu się w inne rejony, bo można było oberwać. Najgorszą sławę miała ulica Szewska i Stare Miasto. Tutaj rządziła tzw. łobuzerka. Oberwałem kiedyś od nich, w drodze do Miejskiego Domu Kultury na Grodzkiej. Chcieli mnie wciągnąć do bramy, jakoś się nie dałem, ale i tak dość mocno mnie obili. To była moja ostatnia samotna wyprawa na Stare Miasto. 

Jedyny sklep na Niecałej znajdował się pod numerem 12. Nazywaliśmy go „nasz sklep”. Można było tam kupić mleko wlewane do własnej bańki, masło na kilogramy, można było wymienić syfon z wodą gazowaną. Po większe zakupy chodziłem z dziadkiem na targ na Podzamcze. Szliśmy ulicą Dolna 3 Maja, mijaliśmy centrale rybną i pozostałości po lodowni, w której magazynowano lód do chłodzenia żywności. Idąc w stronę Zamku, na skarpie od Niecałej wznosiły się ogrody z inspektami, czyli takimi mini-szklarniami. Dalej, przy ulicy Wodopojnej, znajdowała się Fabryka Lin i Powrozów. 

Targ na Podzamczu wypełniony był feerią zapachów, barw, dźwięków. Tu mieszały się różne języki i kultury. Ktoś coś sprzedawał, ktoś się głośno targował, wykłócał, zachwalał swój towar, ktoś coś ukradł, ktoś kogoś oszukał. Tu gromadził się półświatek, odbywały się różne dziwne interesy. Można było kupić „złoty” zegarek, gumy donaldy, biżuterię z tombaku i kurtkę parmalatkę (od red: modne w Polsce w latach 80. XX w. krótkie kurtki ze ściągaczek z nadrukiem „Parmalat”, od nazwy włoskich mleczarni, w których służyły jako ubranie robocze).

Do połowy lat 70. towar sprzedawano bezpośrednio z końskich wozów stojących wzdłuż al. Tysiąclecia, a potem zastąpiły je drewniane stragany z zadaszeniami. 

Z rodzicami, dziadkami i rodzeństwem mieszkaliśmy w kamienicy przy ul. Niecałej 12. Mieszkanie było duże, wysokie, miała obszerną kuchnię ze spiżarnią, pokoje były przechodnie. Kamienica została wybudowana w 1938 roku i wpisywała się w przedwojenną elegancję ulicy Niecałej. Na klatce schodowej były szerokie schody z solidnymi poręczami i duże okna korytarzowe. Na tle innych mieszkań nasze naprawdę się wyróżniało. Moi koledzy mieszkali albo w starych, zniszczonych kamienicach w śródmieściu albo w klitkach na nowych osiedlach. U nas czuło się przedwojenny rozmach. 

Naprzeciwko pod numerem 14 było Technikum Kolejowe (dziś siedziba miejskiego Urzędu Pracy w Lublinie), a wcześniej, tuż po wojnie mieściła się tu Dyrekcja Kolei. W kamienicach pod 12 i 16 mieszkali pracownicy kolei. 

Na początku 1982 roku, tuż po wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce, wypadała moja studniówka. Obowiązywał wtedy zakaz zgromadzeń i godzina milicyjna. Nie było mowy o imprezie w szkole. Postanowiłem, że zorganizujemy ją u mnie na Niecałej. Miałem duże mieszkanie w centrum miasta, to była najlepsza miejscówka. Rodzice wynieśli meble do sąsiadów, każdy przygotował coś do jedzenia. Były eleganckie stroje, muzyka, tańce. W naszym mieszkaniu bawiło się dokładnie 45 osób. Tuż przed godziną milicyjną przyjechała do nas matka jednego z kolegów, pani prokurator, i spytała:

- Czy wy wiecie, co robicie? Jakie to jest ryzyko i jakie mogą być konsekwencje? 

- Będziesz nas, mamo, wyciągać z aresztu – odpowiedział jej syn. 

Studniówka trwała do rana, bo w związku z godziną milicyjną nikt nie mógł wyjść wcześniej. Sąsiedzi byli wyrozumiali, nikt na nas nie doniósł. Tę studniówkę w kamienicy Niecałej wspominamy do dzisiaj. Chyba nie było drugiej takiej w całym Lublinie. 

Dziewczyny z Kaliny, chłopaki z Krochmalnej

Czekam na opowieści o Waszych ulicach: [email protected]

 

 

FOT. DW

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Komentarze

ALARM 24

Masz dla nas temat?

Daj nam znać pod numerem:

+48 691 770 010

Kliknij i poinformuj nas!

Reklama

CHCESZ BYĆ NA BIEŻĄCO?

Reklama
Reklama
Reklama