Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama STUDNIÓWKA 2026 - zobacz galerię zdjęć!
Reklama Obserwuj Dziennik Wschodni na Facebooku!

„Niepotrzebna śmierć” w janowskim szpitalu

RODZINA I ŚWIADKOWIE ZADAJĄ PYTANIA – Był czas, żeby go uratować – mówią osoby powiązane ze Stanisławem. 44-letni mężczyzna po wypadku quadem zmarł w janowskim szpitalu, a okoliczności jego śmierci budzą coraz więcej wątpliwości.
„Niepotrzebna śmierć” w janowskim szpitalu

Autor: KPP Biłgoraj

25 stycznia w niedzielę przed południem dyżurny Komendy Powiatowej Policji w Biłgoraju otrzymał zgłoszenie o wypadku w lesie w okolicach miejscowości Tarnawa Kolonia. Jak wynikało ze wstępnych ustaleń funkcjonariuszy, 44-letni mieszkaniec gminy Bychawa poruszał się quadem po leśnym terenie.

– W pewnym momencie, podczas wjeżdżania na wzniesienie, doszło do wywrócenia pojazdu i przygniecenia mężczyzny – informuje st. asp. Joanna Klimek z biłgorajskiej policji.

Mężczyzna został przetransportowany do szpitala. Policja ustaliła, że w chwili zdarzenia był trzeźwy. Niestety, mimo udzielonej pomocy, kilka godzin po wypadku zmarł. Ofiarą był 44-letni przedsiębiorca budowlany, mąż i ojciec dwójki dzieci.

„Sam wszedł do karetki”

Inny obraz wydarzeń wyłania się z relacji pracownika ochrony zdrowia pracującego na oddziałach ratunkowych, który nie kryje emocji.

– Quad go przygniótł, ale on był na tyle sprawny, że wstał o własnych siłach. Był poobijany, ale przytomny. Koledzy wezwali pogotowie, później policję. Został dowieziony do miejsca, gdzie mogła dojechać karetka – relacjonuje.

Jak podkreśla rozmówca, mężczyzna miał samodzielnie wejść do karetki. Prosił ratowników, aby przewieźli go do jednego z lubelskich szpitali, gdzie – jak twierdzi świadek – miałby dostęp do pełnej diagnostyki urazowej. Zespół ratownictwa zdecydował jednak o przewiezieniu go do szpitala w Janowie Lubelskim. 

Seria złych decyzji? 

Według relacji, w janowskim szpitalu wykonano tomografię komputerową. Rodzina słyszała zapewnienia, że „nie ma się czym martwić”, a personel czeka na wynik opisu.

– Każdy technik widzi, czy pacjent ma masywny krwotok. Tymczasem on czekał. Z godziny na godzinę było coraz gorzej – twierdzi rozmówca, który zawodowo pracuje na SOR-ach. Około godziny 15 doszło do nagłego zatrzymania krążenia. Reanimacja nie przyniosła skutku.

– Przyczyną była pęknięta śledziona i krwotok wewnętrzny. On się po prostu wykrwawił. To nie był uraz głowy ani serca. Śledziona nie krwawi gwałtownie – ona sączy się powoli. Dlatego był czas, żeby zareagować – podkreśla nasz rozmówca.

W jego ocenie pacjent od początku powinien być traktowany jako politrauma i objęty najwyższym priorytetem. – W dużym ośrodku urazowym od razu trafiłby na stół operacyjny. Śledzionę się usuwa. Da się bez niej żyć – mówi.

Czy doszło więc do serii decyzji, które mogły przyczynić się do tragedii? 

– Złamano wszystkie możliwe procedury. Dla systemu to może być „kolejny zgon”, ale to był młody, zdrowy mężczyzna, jedyny żywiciel rodziny. Był czas, żeby go uratować. To była niepotrzebna śmierć – mówi.

Podkreśla również, że stereotypowe postrzeganie osób jeżdżących quadami nie ma w tym przypadku zastosowania. – Był trzeźwy, były służby, procedury na miejscu zdarzenia zostały zachowane. To był normalny człowiek, który odpoczywał w lesie – zaznacza.

Lekarz SOR: zasada złotej godziny 

O komentarz poprosiliśmy również lekarza Jacka Źródło, specjalistę medycyny ratunkowej, który pełnił wówczas dyżur na SOR-ze w Janowie Lubelskim.

– Byłem lekarzem dyżurnym i widziałem całą dokumentację, badania i skany. Wszystko jest elektronicznie zabezpieczone – łącznie z godzinami i monitoringiem – podkreśla.

Jak wyjaśnia, decyzja o transporcie zapadła na etapie przedszpitalnym. – Dyspozytor zadysponował naziemny zespół ratownictwa, nie Lotnicze Pogotowie Ratunkowe. Pacjent trafił do nas o 12:29. Wykonano pełną diagnostykę urazową, tzw. trauma scan, zakończoną około 12:49 – mówi.

Lekarz zaznacza, że początkowo parametry życiowe pacjenta były stabilne. – Główny uraz dotyczył klatki piersiowej. Były złamane żebra, ale bez odmy prężnej. To była tzw. czwarta, paradoksalna faza wstrząsu – organizm młodego człowieka potrafi długo maskować masywny krwotok – tłumaczy.

W jego ocenie kluczowy był mechanizm urazu. – Quad waży kilkaset kilogramów, to uraz wieloenergetyczny. W takiej sytuacji od razu powinno zostać zadysponowane Lotnicze Pogotowie Ratunkowe. Obowiązuje zasada złotej godziny – mówi.

Ostatecznie doszło do gwałtownego załamania stanu pacjenta. – Przeżywam tę sytuację do dziś. To był młody człowiek, który zmarł na moich oczach – dodaje.

Szpital i prokuratura prowadzą postępowania 

Jak udało się nam ustalić, szpital w Janowie Lubelskim prowadzi wewnętrzne postępowanie wyjaśniające w sprawie śmierci pana Stanisława. Okoliczności zdarzenia są nadal badane również przez śledczych. Sprawą wypadku zajmuje się Prokuratura Rejonowa w Biłgoraju. – Według wstępnych ustaleń do zdarzenia z quadem nie przyczyniły się osoby trzecie – mówi prokurator Ireneusz Gmyz.

Dla bliskich zmarłego to jednak żadna pociecha. Na ten moment nikt nie wniósł postępowania przeciwko lekarzom, sprawa pozostaje w toku. 

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Komentarze

ALARM 24

Masz dla nas temat?

Daj nam znać pod numerem:

+48 691 770 010

Kliknij i poinformuj nas!

Reklama

CHCESZ BYĆ NA BIEŻĄCO?

Reklama
Reklama
Reklama