25 stycznia w niedzielę przed południem dyżurny Komendy Powiatowej Policji w Biłgoraju otrzymał zgłoszenie o wypadku w lesie w okolicach miejscowości Tarnawa Kolonia. Jak wynikało ze wstępnych ustaleń funkcjonariuszy, 44-letni mieszkaniec gminy Bychawa poruszał się quadem po leśnym terenie.
– W pewnym momencie, podczas wjeżdżania na wzniesienie, doszło do wywrócenia pojazdu i przygniecenia mężczyzny – informuje st. asp. Joanna Klimek z biłgorajskiej policji.
Mężczyzna został przetransportowany do szpitala. Policja ustaliła, że w chwili zdarzenia był trzeźwy. Niestety, mimo udzielonej pomocy, kilka godzin po wypadku zmarł. Ofiarą był 44-letni przedsiębiorca budowlany, mąż i ojciec dwójki dzieci.
„Sam wszedł do karetki”
Inny obraz wydarzeń wyłania się z relacji pracownika ochrony zdrowia pracującego na oddziałach ratunkowych, który nie kryje emocji.
– Quad go przygniótł, ale on był na tyle sprawny, że wstał o własnych siłach. Był poobijany, ale przytomny. Koledzy wezwali pogotowie, później policję. Został dowieziony do miejsca, gdzie mogła dojechać karetka – relacjonuje.
Jak podkreśla rozmówca, mężczyzna miał samodzielnie wejść do karetki. Prosił ratowników, aby przewieźli go do jednego z lubelskich szpitali, gdzie – jak twierdzi świadek – miałby dostęp do pełnej diagnostyki urazowej. Zespół ratownictwa zdecydował jednak o przewiezieniu go do szpitala w Janowie Lubelskim.
Seria złych decyzji?
Według relacji, w janowskim szpitalu wykonano tomografię komputerową. Rodzina słyszała zapewnienia, że „nie ma się czym martwić”, a personel czeka na wynik opisu.
– Każdy technik widzi, czy pacjent ma masywny krwotok. Tymczasem on czekał. Z godziny na godzinę było coraz gorzej – twierdzi rozmówca, który zawodowo pracuje na SOR-ach. Około godziny 15 doszło do nagłego zatrzymania krążenia. Reanimacja nie przyniosła skutku.
– Przyczyną była pęknięta śledziona i krwotok wewnętrzny. On się po prostu wykrwawił. To nie był uraz głowy ani serca. Śledziona nie krwawi gwałtownie – ona sączy się powoli. Dlatego był czas, żeby zareagować – podkreśla nasz rozmówca.
W jego ocenie pacjent od początku powinien być traktowany jako politrauma i objęty najwyższym priorytetem. – W dużym ośrodku urazowym od razu trafiłby na stół operacyjny. Śledzionę się usuwa. Da się bez niej żyć – mówi.
Czy doszło więc do serii decyzji, które mogły przyczynić się do tragedii?
– Złamano wszystkie możliwe procedury. Dla systemu to może być „kolejny zgon”, ale to był młody, zdrowy mężczyzna, jedyny żywiciel rodziny. Był czas, żeby go uratować. To była niepotrzebna śmierć – mówi.
Podkreśla również, że stereotypowe postrzeganie osób jeżdżących quadami nie ma w tym przypadku zastosowania. – Był trzeźwy, były służby, procedury na miejscu zdarzenia zostały zachowane. To był normalny człowiek, który odpoczywał w lesie – zaznacza.
Lekarz SOR: zasada złotej godziny
O komentarz poprosiliśmy również lekarza Jacka Źródło, specjalistę medycyny ratunkowej, który pełnił wówczas dyżur na SOR-ze w Janowie Lubelskim.
– Byłem lekarzem dyżurnym i widziałem całą dokumentację, badania i skany. Wszystko jest elektronicznie zabezpieczone – łącznie z godzinami i monitoringiem – podkreśla.
Jak wyjaśnia, decyzja o transporcie zapadła na etapie przedszpitalnym. – Dyspozytor zadysponował naziemny zespół ratownictwa, nie Lotnicze Pogotowie Ratunkowe. Pacjent trafił do nas o 12:29. Wykonano pełną diagnostykę urazową, tzw. trauma scan, zakończoną około 12:49 – mówi.
Lekarz zaznacza, że początkowo parametry życiowe pacjenta były stabilne. – Główny uraz dotyczył klatki piersiowej. Były złamane żebra, ale bez odmy prężnej. To była tzw. czwarta, paradoksalna faza wstrząsu – organizm młodego człowieka potrafi długo maskować masywny krwotok – tłumaczy.
W jego ocenie kluczowy był mechanizm urazu. – Quad waży kilkaset kilogramów, to uraz wieloenergetyczny. W takiej sytuacji od razu powinno zostać zadysponowane Lotnicze Pogotowie Ratunkowe. Obowiązuje zasada złotej godziny – mówi.
Ostatecznie doszło do gwałtownego załamania stanu pacjenta. – Przeżywam tę sytuację do dziś. To był młody człowiek, który zmarł na moich oczach – dodaje.
Szpital i prokuratura prowadzą postępowania
Jak udało się nam ustalić, szpital w Janowie Lubelskim prowadzi wewnętrzne postępowanie wyjaśniające w sprawie śmierci pana Stanisława. Okoliczności zdarzenia są nadal badane również przez śledczych. Sprawą wypadku zajmuje się Prokuratura Rejonowa w Biłgoraju. – Według wstępnych ustaleń do zdarzenia z quadem nie przyczyniły się osoby trzecie – mówi prokurator Ireneusz Gmyz.
Dla bliskich zmarłego to jednak żadna pociecha. Na ten moment nikt nie wniósł postępowania przeciwko lekarzom, sprawa pozostaje w toku.

















Komentarze