Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama STUDNIÓWKA 2026 - zobacz galerię zdjęć!
Reklama

Gierki o tron. Ćwierć wieku Żuka czy krwawa bitwa o Lublin?

W Lublinie rozpoczęły się przedbiegi przed kampanią wyborczą, która w mieście rozpęta się dopiero w 2029 roku. Wszyscy najważniejsi politycy z regionu podejmują ruchy, mające ustawić przedstawicieli ich partii na „pole position” w walce o przejęcie schedy po prezydencie Krzysztofie Żuku. Choć wcale nie jest przecież powiedziane, że ten… w ogóle zamierza ze stanowiska ustąpić.
Gierki o tron. Ćwierć wieku Żuka czy krwawa bitwa o Lublin?

Autor: DW

Połowa stycznia 2026 roku. Tomasz Fulara, wiceprezydent ds. inwestycji i rozwoju, w towarzystwie architekta Bolesława Stelmacha zapowiadają gruntowną przebudowę Podzamcza. Plac Zamkowy ma zacząć nawiązywać do historycznego układu dzielnicy i stać się przestrzenią wolną od samochodów, których ruch przeniesiony zostanie pod ziemię.

Plan władz Lublina krytykuje Robert Derewenda, przewodniczący klubu lubelskich radnych Prawa i Sprawiedliwości. Ironicznie pisze na Facebooku, że „wrażenie robią” zbiornik wodny pod cerkwią i przeniesienie koryta rzeki. „Projektem na miarę kolejnych wyborów samorządowych” jest też w jego ocenie tunel pod aleją Tysiąclecia, który ma wyprowadzić auta z okolic Zamku. Ale cóż to wszystko wobec dotychczasowych niezrealizowanych obietnic: nowego stadionu żużlowego przy Zygmuntowskich, arterii do Dworca Lublin Zachodni, remontu Zana, budowy szkoły przy Majerankowej i nowej siedziby Teatru Andersena przy Kunickiego. 

- Co zatem szkodzi obiecać więcej? – pyta retorycznie Derewenda.

Fulara w mediach społecznościowych odpowiada mu błyskawicznie. Już wcześniej w rozmowie z Dziennikiem Wschodnim mówił, że w miejskim budżecie na 2026 rok część inwestycyjna wynosi aż sześćset milionów złotych.

- Wygląda na to, że radny Robert Derewenda obawia się wyzwań i nie chce, aby Lublin realizował odważne projekty służące rozwojowi naszego miasta. Takim bez wątpienia jest rewitalizacja Podzamcza, której wstępne założenia przedstawiliśmy opinii publicznej – ripostuje wiceprezydent.

Wymienia długą listę zrealizowanych projektów: Dworzec Lublin, nowoczesna szkoła przy Berylowej, rozbudowa szkoły na Felinie, przedłużenia ulic Dywizjonu 303, Lubelskiego Lipca i Bohaterów Monte Cassino, Muzyczna z Mostem 700-lecia, most na Żeglarskiej, odnowiony Park Ludowy.

- Jak się działa, to coś udaje się szybciej, coś wolniej. Zwłaszcza gdy ktoś, na przykład rząd PiS przez lata, zabierał miastu środki na rozwój i rozdawał samorządom rządzonym przez swoich. Najważniejsze jednak, żeby działać, a to, że Lublin ciągle zmienia się na plus, widać gołym okiem. Dobrego weekendu i więcej optymizmu panie radny. On naprawdę pomaga dostrzegać zmiany – przekonuje Fulara.

W kuluarach wrze. W mieście ich starcie odebrane zostaje jako początek gry o tron. Nieformalny start samorządowej kampanii wyborczej, która odbędzie się dopiero w 2029 roku. Stawką ma być przejęcie władzy w Lublinie. Tylko że to niekoniecznie prawda i zaledwie ułamek większej historii, w której główne role odgrywają prezydent Krzysztof Żuk, były minister Przemysław Czarnek, europosłanka Marta Wcisło, marszałek Jarosław Stawiarski, poseł Michał Krawczyk, wojewoda Krzysztof Komorski, a także inni prominentni politycy KO, PiS, Konfederacji, Konfederacji Korony Polskiej, Polski 2050, PSL czy Nowej Lewicy.

Sprawy na głowie

Dzwonimy do wiceprezydenta Tomasza Fulary i przewodniczącego Roberta Derewendy.

- Już w Radiu Lublin wskazywałem na taką hipotetyczną możliwość, że w ratuszu rozpoczyna się walka o to, kto przejmie schedę po prezydencie Krzysztofie Żuku - mówi nam Derewenda.

- Radny Derewenda najwyraźniej lubi snuć daleko idące teorie, ta zapewne jest mu potrzebna do robienia jakiejś polityki. Muszę go jednak rozczarować. Moja aktywność w mediach społecznościowych nie jest kampanią wyborczą i nie ma z nią żadnego związku. Polemizowałem z nim, bo jego wypowiedź była mocno jednostronna. Wskazywał na kilka niezrealizowanych jeszcze inwestycji, tymczasem ja wymieniłem mu znacznie więcej tych, które miasto zrealizowało, a pan radny wolał ich nie wspominać, żeby nie psuło to jego narracji o kiepskiej kondycji procesów inwestycyjnych w Lublinie – przekazuje nam Fulara.

- Przyznam szczerze, że ja zdecydowanie koncentruję się na pracy dla Lublina, a nie na wyborach za trzy lata. Działania, które prowadzę, nie wynikają z myślenia o kampanii wyborczej, ale z poczucia odpowiedzialności za miasto. Mam jednak wrażenie, że po stronie prezydenta Fulary faktycznie istnieje silna potrzeba udziału w rywalizacji o przyszłe przywództwo w ratuszu – kontynuuje przewodniczący klubu lubelskich radnych Prawa i Sprawiedliwości. 

- Nie mam wpływu na to, w jaki sposób pan radny Derewenda interpretuje moje działania ani jak przedstawia poszczególne sprawy. Jeśli jednak publicznie opowiada nieprawdę, półprawdę, albo coś wyrwanego z kontekstu, bo to pozwala mu dodać sprawie dramatyzmu, podsyconego wyłącznie politycznym interesem, to moim obowiązkiem, jako wiceprezydenta odpowiedzialnego za inwestycje, jest to prostować. Dyskusje w mediach społecznościowych traktuję jako formę kontaktu z mieszkańcami, a nie działalność polityczną. Osoby, które mnie znają, wiedzą, że stawiam na szczerość również w sprawach zawodowych, i że milczenie w takich sytuacjach byłoby nieuczciwe, zwłaszcza w kwestiach dotyczących miejskich inwestycji. Skupiam się na codziennej pracy i jak najlepszej realizacji powierzonych mi zadań, mam jasną strategię do zrealizowania. Rozważania dotyczące przyszłych wyborów, szczególnie te snute przez przedstawicieli PiS, nie pozostają dziś w centrum mojego zainteresowania, mam ważniejsze sprawy na głowie – przekonuje wiceprezydent Lublina.

Kandydat z IPN

Derewenda brał już udział w wyborach na prezydenta Lublina. W 2024 roku dość niespodziewanie został kandydatem Prawa i Sprawiedliwości. Przemysław Czarnek, szef regionalnych struktur PiS, jego szanse w walce z prezydentem Żukiem ocenił wyżej niż te Zbigniewa Wojciechowskiego, Jarosława Stawiarskiego czy Bartłomieja Bałabana. 

Nie budził wielkich kontrowersji, nie był bohaterem głośnych afer, ludzie nie kojarzyli go jednoznacznie z ogólnopolskimi rządami władz partii Jarosława Kaczyńskiego, którymi po ośmiu latach zdążyli się zmęczyć.

Od 2022 roku jest dyrektorem lubelskiego oddziału IPN-u. Za PiS często występował w TVP. Przez lata uczył historii i wiedzy o społeczeństwie w Prywatnym Liceum Ogólnokształcącym im. Królowej Jadwigi i I Liceum Ogólnokształcącym im. Stanisława Staszica.

Jest wdowcem, ma dwoje dzieci, pochodzi z Tomaszowa Mazowieckiego. Do Lublina przyjechał na studia. W 2007 roku ukończył doktoranckie studia dzienne na KUL. Stopień doktora nauk humanistycznych uzyskał na podstawie rozprawy pt. „Historia Ruchu Światło-Życie w latach 1950-1985”. Na stronie KUL czytamy: „Główne obszary zainteresowań badawczych obejmują zagadnienia z dziejów najnowszych, archiwistyki i dydaktyki historii. Bada historię ruchu oazowego i działalności ks. Franciszka Blachnickiego”.

Zachwalał go były premier Mateusz Morawiecki. Derewendzie w kampanii wyborczej chwilami udało się zaistnieć i napsuć głównemu konkurentowi krwi. Ale ostatecznie z Żukiem przegrał. Zdobył trochę ponad trzydzieści cztery procent głosów, na co złożyło się poparcie około czterdziestu jeden tysięcy osób. Wygrał na Ponikwodzie, Hajdowie-Zadębiu i Felinie. Jego starania i wynik doceniał Czarnek. Mówiło się, że Derewenda tylko nabywał niezbędne kampanijne doświadczenie, żeby wygrać w 2029 roku.

Od kilkunastu miesięcy jako przewodniczący klubu lubelskich radnych Prawa i Sprawiedliwości stara się punktować błędy środowiska prezydenta Żuka i konsekwentnie budować opozycyjny front. Jego najgłośniejszą akcją w ostatnim czasie była „Szóstka dla Lublina”.

- Jeżeli zdobywam uznanie, jeżeli cieszę się zaufaniem i jeżeli odpowiedzialne osoby w naszym mieście wiążą ze mną plany, to jest to dla mnie przede wszystkim potwierdzenie, że praca, którą wykonuję daje realne efekty – mówi nam Derewenda.

Wiceprezydent od inwestycji

Wiceprezydent Fulara ma znacznie większy wpływ na zmiany zachodzące w Lublinie. To polityk z gatunku tych, którzy przez wszystkie przypadki odmieniają słowa „rozwój” i „innowacje”. Przedstawia kolejne projekty i wizje na dostosowanie miasta do warunków galopującej współczesności. Występuje na licznych konferencjach prasowych, mimo drobnych potknięć nie można odmówić mu dostępności dla ludzi, zaangażowania i sukcesów.

Zaczynał jako związkowiec i dyrektor do spraw technicznych w podupadającym PKS Wschód. Został prezesem w PKS Radzyń Podlaski, dokonał restrukturyzacji nierentownej firmy i przynajmniej chwilowo wyprowadził ją na prostą. W 2011 roku objął stanowisko wiceprezesa Miejskiego Przedsiębiorstwa Komunikacyjnego. Po śmierci Czesława Rydeckiego wygrał konkurs na prezesa MPK. Zbiegło się to wszystko z początkiem rządów prezydenta Żuka w ratuszu.

W MPK rządził przez trzynaście lat i dał się poznać jako prężny menadżer. Odnowił pętle nawrotowe, tabór autobusowy i trolejbusowy, zbudował magazyn energii, nową zajezdnię i liczne trakcje dla trolejbusów, zakupił pierwsze autobusy wodorowe, narzucił kierunek zeroemisyjności. Wymyślił program lojalnościowy BusBonus, utworzył system fotowoltaiczny na pojazdach komunikacji miejskiej, co przyczyniło się do zmniejszenia zużycia energii elektrycznej, przez wiele lat spółka przynosiła zysk.

W 2024 roku aktywnie włączył się w kampanię prezydencką Krzysztofa Żuka. 68-letniemu politykowi suflował i doradzał na tyle merytorycznie i przekonująco, że ten mianował go wiceprezydentem ds. inwestycji i rozwoju. Aktualnie Fulara spośród wszystkich zastępców prezydenta Lublina jest chyba tym najlepiej ocenianym, to jego inicjatywy nadają ton całej kadencji w ratuszu.

O miasto, w którym chce się mieszkać

Rozmawiamy z Robertem Derewendą, który uderza we władze miasta, wypominając wciąż czekające na remont ulice Orkana i Zana, arterie komunikacyjne na Witosa, Turystycznej, Kunickiego, Abramowickiej, Głębokiej czy przestarzałą infrastrukturę sportową w II Liceum Ogólnokształcącym im. Hetmana Jana Zamoyskiego i III Liceum Ogólnokształcącym im. Unii Lubelskiej.

- Przed nami są trzy bardzo trudne lata. Trzy budżety do uchwalenia w sytuacji, w której miasto zmaga się z zadłużeniem i poważnymi problemami infrastrukturalnymi. Władze miasta zapowiadają pewne środki na inwestycje i pozostaje mieć nadzieję, że przynajmniej część niezrealizowanych obietnic wreszcie doczeka się realizacji. Ale trudno nie dostrzec, że kolejne obietnice ekipy rządzącej pozostają niezrealizowane, a tylko dochodzą nowe i nowe. Obawiam się, że zbyt wczesne skupienie się na wyborach może stać się tematem zastępczym, który odciągnie uwagę od realnych problemów miasta – mówi szef lubelskiego klubu radnych PiS.

- Radnemu Derewendzie mogę jedynie przypomnieć, że do końca kadencji zostały jeszcze trzy lata i jako radny, szef klubu radnych PiS, nadal ma szansę zrobić coś dobrego dla miasta. Niestety, póki co konsekwentnie sprzeciwia się wszelkim miejskim inwestycjom, głosując przeciwko kolejnym budżetom miasta lub wstrzymując się od głosu, co w tym przypadku skutkuje tym samym: brakiem poparcia dla tych inwestycji wpisanych w budżet, które realizujemy dla mieszkańców - odpowiada Fulara.

- Mieszkańcy Lublina dostrzegają niedociągnięcia i niezrealizowane obietnice. Mój wysoki wynik wyborczy z 2024 roku, jak sam pan go określił, nie wziął się znikąd. Uważam, że powinniśmy się skoncentrować się przede wszystkim na codziennej pracy na rzecz miasta, a nie na „walce o tron” – puentuje Derewenda.

Wiceprezydenta Fularę pytamy o jego wizję idealnego Lublina niedalekiej przyszłości. 

- Lublin za kilkanaście lat to miasto, w którym wszystkim nam żyje się dobrze, komfortowo i wygodnie, niezależnie od tego jaką formę zamieszkania wybraliśmy, od naszego stanu zdrowia, wieku czy jakichkolwiek innych czynników. Miasto, które potrafi sprawnie i skutecznie odpowiadać na potrzeby swoich mieszkańców, które konsekwentnie rozwija się w oparciu o przyjętą od lat strategię. Nowoczesne, a jednocześnie przyjazne do życia. Takie, które potrafi łączyć rozwój gospodarczy z wysoką jakością przestrzeni publicznych, szczególnie tych związanych z zielenią. To miasto dobrze skomunikowane, odporne na zmiany klimatyczne i zapewniające mieszkańcom łatwy dostęp do usług publicznych na wysokim poziomie. Widzę Lublin jako stabilnie zarządzany samorząd, atrakcyjny zarówno dla mieszkańców, jak i dla inwestorów. Krótko mówiąc: miasto, w którym chce się mieszkać, pracować i planować przyszłość – podsumowuje Fulara.

Ćwierć wieku Żuka?

Część ludzi doskonale zorientowanych w lubelskiej polityce przekonuje, że korespondencyjna wojenka między Fularą i Derewendą to przedsmak tego, co czeka nas w 2029 roku. 

Ale wciąż niewykluczone przecież, że w kolejnych wyborach samorządowych wystartuje… Krzysztof Żuk, który w mieście rządzi od szesnastu lat.

Teoretycznie ogranicza go wprowadzony w 2018 roku przepis o dwukadencyjności w samorządach. Politycy PiS argumentowali, że ukróci on patologię betonowania stołków przez lokalnych polityków. Z tak postawioną sprawą nie zgadzają się działacze PSL-u. Uważają, że regulacja jest niezgodna z Konstytucją RP. 

Władysław Kosiniak-Kamysz i jego stronnicy do zniesienia dwukadencyjności namówić próbują resztę koalicjantów. Ich pomysł oficjalnie poparł już premier Donald Tusk. Bardziej sceptyczni są za to posłowie Polski 2050 i Lewicy. Podzielona w tej kwestii jest również Konfederacja. Przeciwny jakimkolwiek zmianom pozostaje PiS. Od początku 2026 roku PSL robi wszystko, żeby jego projektu znalazł się w harmonogramie obrad Sejmu i został przegłosowany.

A jeśli tak się stanie, istnieje duże prawdopodobieństwo, że Krzysztof Żuk będzie stał na czele miasta aż do 2034 roku.

Rozdarte serce

Innego scenariusza niż zniesienie dwukadencyjności i przedłużenie rządów prezydenta Żuka niemal do długości ćwierćwiecza nie wyobraża sobie Marta Wcisło. Posłanka do Parlamentu Europejskiego spotyka się z nami w biurze z widokiem na Bramę Krakowską, żeby opowiedzieć o swojej kandydaturze na przewodniczącą lubelskich struktur Koalicji Obywatelskiej.

- Rozmawiałam z panem premierem Donaldem Tuskiem. Powiedział mi: „Marta, walcz. Musisz to wygrać, jesteś w moim sercu”. Dodał, że chciałby wreszcie mieć kobietę na czele regionu – mówi nam Wcisło.

Jednocześnie w lubelskiej Koalicji Obywatelskiej trwa najostrzejsza od lat przepychanka o władzę. Kampanię intensyfikuje bowiem nie tylko 56-letnia europosłanka, ale też jej rywal poseł Michał Krawczyk, który przyjmuje nas w partyjnej siedzibie z widokiem na Grand Hotel.

- Też rozmawiałem z panem premierem Tuskiem. Uzyskałem od niego męską deklarację wsparcia mojej kandydatury. Dla mnie to oczywiste, że premier, szef partii, mądry przywódca wspiera wszystkich członków Koalicji Obywatelskiej w ich staraniach w wyborach wewnętrznych. I kiedy widzę, że dochodzi do nadużywania jego poparcia, czuję lekkie zażenowanie – kręci głową Krawczyk.

To podobne typy charakterologiczne. Politycy wojujący, tak to chyba najlepiej ująć. Spotykają się z ludźmi, chętnie występują w mediach i na konferencjach, na ich kontach mnóstwo starć z prawicowymi politykami – Krawczyk pojedynkuje się przeważnie z Januszem Kowalskim, a Wcisło z Przemysławem Czarnkiem. Z tym że Wcisło jest od Krawczyka bardziej rozpoznawalna. Wybory do Sejmu? Ona: sześćdziesiąt osiem tysięcy głosów, on: dwanaście tysięcy. Wybory do Parlamentu Europejskiego? Ona: sto trzy tysiące głosów, on: osiem tysięcy.

Krawczyka w rywalizacji o szefowanie strukturom KO na Lubelszczyźnie popierają ministra rolnictwa i rozwoju wsi Małgorzata Gromadzka i odchodzący przewodniczący Stanisław Żmijan. Ten drugi, żadna tajemnica, z wzajemnością nie przepada za Wcisło. Żmijan twierdzi, że Wcisło cechuje się przesadnym parciem na szkło, politycznym gwiazdorstwem, w czym jest tak skuteczna, jak egoistyczna. Wcisło uważa, że Żmijan reprezentuje archaiczny typ działacza, zupełnie nierozumiejącego współczesnych realiów robienia polityki, opartych w dużej mierze na aktywności w mediach społecznościowych.

Za ich plecami do boju o partyjną władzę w powiecie Lublin stanęli dwaj zawodnicy wagi ciężkiej - prezydent Krzysztof Żuk i wojewoda Krzysztof Komorski. Żuk dyplomatycznie stanął w rozkroku. W wyborach na przewodniczącego regionu poparł… i europosłankę Wcisło, i posła Krawczyka. 

W obu obozach ten niejasny przekaz odebrano ze zrozumieniem, w końcu rzecz rozgrywa się między dwojgiem wieloletnich współpracowników prezydenta Lublina, ale i pewnym rozczarowaniem, bo sytuacja faktycznie zrobiła się co najmniej niezręczna.

Żukowi zależy na jak najsilniejszej pozycji wyjściowej dla radnych ze środowiska Wspólnego Lublina przed wyborami samorządowymi w 2029 roku. Kalkuluje więc, liczy szable, zręczność w działaniu nie pozwala mu postawić wprost ani na Wcisło, ani na Krawczyka. Takie dylematy nie zajmują Komorskiego, któremu zdecydowanie bliżej do europosłanki. Ale on akurat faworytem w tym wyścigu nie jest. Krawczyk w rozmowie z nami jednoznacznie poparł Żuka. Wcisło użyła zaś „prezydenckiego” wytrychu i zaznaczyła, że równie blisko jej do obu panów.

Znaleźć lubelskiego Nawrockiego

Lubelszczyzna pozostaje bastionem Prawa i Sprawiedliwości. PiS spektakularnie wygrał minione wybory do Sejmiku Województwa Lubelskiego. W trwającej kadencji ma dwudziestu jeden radnych, niemal dwa razy więcej niż Koalicja Obywatelska, Polska 2050 i PSL razem wzięte. Ojcem chrzestnym tego wyniku był Przemysław Czarnek, lider lubelskiego oddziału partii.

PiS nie potrafi jednak zdominować samego Lublina. Od dwóch dekad w największym mieście województwa wygrywają kandydaci wspierani przez KO, czyli wcześniejszą Platformę Obywatelską. Po ośmioletnich rządach Andrzeja Pruszkowskiego była czteroletnia kadencja Adama Wasilewskiego, a następnie nieprzerwany prymat Krzysztofa Żuka.

Mało tego, według danych Państwowej Komisji Wyborczej, w obu turach wyborów prezydenckich 2025 roku, które stanowią najwłaściwszy barometr nastrojów społecznych, na terenie Lublina wygrywał Rafał Trzaskowski. Dwukrotnie zdobył o mniej więcej trzy punkty procentowe więcej niż Karol Nawrocki, choć przecież w reszcie kraju i województwa boleśnie z nim przegrał.

Prawo i Sprawiedliwość chwyta się różnych sposobów na odwrócenie tej tendencji. Z podobną sobie dyrektorsko-profesorską swadą na różnych frontach udziela się Czarnek, który mówcą jest rasowym, niemal nie sposób go przegadać czy zagiąć, ale po trzech latach pracy na stanowisku ministra edukacji i nauki w drugim rządzie Mateusza Morawieckiego przylgnęły do niego ciążące, psujące wizerunek łatki, ludzie nie zapomnieli mu skandalizujących wypowiedzi, na przykład tej o „cnotach niewieścich”, co wrogowie polityczni wykorzystują, że skojarzyć go z „ciemnogrodem”. 

O wpływy w lubelskim PiS-ie przepycha się Czarnek na co dzień z marszałkiem Jarosławem Stawiarskim. „Są jak ogień i woda”, słyszymy. Stawiarski niepodzielnie rządzi w Sejmiku Województwa. Ale podlegli mu radni to w dużej części stronnicy Czarnka, któremu zależało na zmniejszeniu wpływów marszałka i zwiększeniu swoich. 

Urząd Marszałkowski, choć niedawno działalności zarządzanych przez niego spółek przyglądali się kontrolerzy Najwyższej Izby Kontroli i sformułowali nawet dwadzieścia jeden wniosków pokontrolnych, działa całkiem prężnie. W Lubelszczyznę za jego sprawą idą grube miliony złotych. Stawiarski może przypisywać sobie to jako dowód realnej sprawczości. Czarnek firmował za to swoją twarzą głośne akcje z ostatnich miesięcy: nagłośnienie sprawy setek milionów złotych niewypłaconych szpitalom przez NFZ i kontrowersje wokół jednostki wojskowej w Poniatowej.

W lubelskim oddziale Prawa i Sprawiedliwości martwią się jednak, że ani Czarnek, ani Stawiarski nie stanowią odpowiedzi na wyobrażenie zmieniającego się konserwatywnego wyborcy o idealnym liderze na miarę trzeciej dekady XXI wieku.

- Musimy znaleźć lubelskiego Nawrockiego – śmieje się jeden z działaczy PiS.

 I stąd też rosnąca pozycja Derewendy.

Jutro przyleci UFO

Trzecią siłą polityczną w Polsce od wielu miesięcy pozostaje Konfederacja, która już ukradła część elektoratu PiS-u. Jej liderem na Lubelszczyźnie jest Rafał Mekler. Zyskał wiarygodność w nagłośnieniu problemu firm transportowych, których samochody i kierowcy jesienią utknęły na Białorusi. A ostatnio podbił ją jeszcze aktywnym, ale niepieniackim, tylko konstruktywnym udziałem w protestach rolników przeciwko umowie UE-Mercosur. Gdyby ta dynamika się utrzymała, potencjalnie Mekler, lub ktoś inny namaszczony przez Sławomira Mentzena i Krzysztofa Bosaka, mógłby okazać się czarnym koniem wyborów na prezydenta Lublina w 2029 roku.

Równolegle rośnie siła Konfederacji Korony Polskiej. Grzegorz Braun neguje istnienie komór gazowych w niemieckim obozie koncentracyjnym Auschwitz-Birkenau, odmawia publicznego potępienia Władimira Putina za rozpętanie wojny na Ukrainie, sugeruje, że Żydzi planują zbudować supertajny, wielki bunkier pod CPK, ale w wyborach prezydenckich otrzymał milion dwieście tysięcy głosów, co przyłożyło się na czwarty najlepszy wynik. 

Na szczególnie wysokie poparcie 58-letni polityk mógł liczyć na Lubelszczyźnie. Dostał tu prawie dziesięć procent, na co złożyły się głosy niemal stu tysięcy wyborców, którym zdaje się nie przeszkadzać, że członkowie KPP otwarcie opowiadają się za wyjściem z Unii Europejskiej i NATO, a nawet sojuszem z Rosją.

Dzwonimy do Ryszarda Zajączkowskiego, przewodniczącego struktur KKP na Lubelszczyźnie, wykładowcy KUL, profesora w Katedrze Historii Filozofii w Polsce. W 2024 roku był jednym z czterech kandydatów ubiegających się o prezydenturę w Lublinie. Zdobył dwa i pół tysiąca głosów, czyli jakieś dwa procent. Pytamy, czy uważa, że gdyby wybory samorządowe odbyły się kilkadziesiąt miesięcy później, kiedy partia Brauna w niektórych sondażach może liczyć nawet na dziewięć procent poparcia, jego wynik byłby lepszy.

- To dziwne pytanie. Nie potrafię przewidywać przyszłości. Wybory prezydenta Lublina zależą przede wszystkim od lobbystów i sponsorów. Ja w przeciwieństwie do pana Żuka i pana Derewendy żadnych sponsorów nie miałem, poza kilkoma osobami, które wpłaciły drobne kwoty. Już na starcie siły były więc nierówne. Gdy przeciwnik dysponuje milionami złotych, trudno mówić o rzeczowej kampanii – mówi polityk.

Dopytuję profesora Zajączkowskiego, czy myśli powoli o wyborach w 2029 roku.

- To tak, jakby pan zapytał, czy jutro przyleci UFO. Trzy lata to w polityce cała epoka.  Może się zmienić bardzo wiele. Pojawią się nowi ludzie i nowe uwarunkowania. Będę o trzy lata starszy. Żaden rozsądny polityk nie odpowie panu teraz, czy będzie startował. Chyba że jest związany układami i pieniędzmi. Ja tak związany nie jestem. Daję sobie czas. Robię swoje. Co będzie, pokaże czas.

Fenomen Konfederacji Korony Polskiej na Lubelszczyźnie tłumaczy tym, że „jest tu wielu ludzi myślących ”.

- Gdy zaczynałem budować struktury Korony w Lublinie w 2020 roku, spotykaliśmy się przy jednym stoliku kawiarnianym. Dziś jest znacznie lepiej. Prawda zawsze się obroni. Choć szkoda, że trwa to tak długo. Ludzie wolą miłe kłamstwa i czytają gadzinową prasę. Wierzą gadzinowym dziennikarzom. Tak to wygląda. Ale przebijamy się i idziemy do przodu – kończy Zajączkowski. 

Gierki o tron

Daleko w tyle o oddech walczą trzy ugrupowania, którym czkawką odbija się parlamentarna koalicja z KO. Europoseł Krzysztof Hetman i wicewojewoda Andrzej Maj podwoili w ostatnich tygodniach starania, żeby przypomnieć opinii publicznej, że PSL ciągle istnieje i nie zapomniał o interesach rolników.

- Przydałby się triumfalny powrót Hetmana na Lubelszczyznę – śmieją się lubelscy politycy PSL-u, bo 51-latek w ostatnich wyborach do Parlamentu Europejskiego kandydował z Wielkopolski.

Po kilku trzęsieniach ziemi przebudowuje się Polska 2050 i choć nie sposób wyrokować, czy pod przewodnictwem Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz odbije się od sondażowego dna, to na Lubelszczyźnie naprawdę niezłym wynikiem w wewnętrznych partyjnych wyborach przypomniała o sobie Joanna Mucha, która zdobyła prawie sto dwadzieścia głosów, zaledwie o kilkanaście mniej niż Paulina Hennig-Kloska. 

- Mucha ma coś jeszcze w Lublinie do udowodnienia – nieśmiało szepczą lokalni działacze Polski 2050.

Najwięcej za kulisami dzieje się chyba jednak w Nowej Lewicy. Przewodniczącym partii w województwie lubelskim został w grudniu 61-letni Jacek Czerniak, co trudno uznać za ruch odpowiadający narracji o ugrupowaniu z sensowną propozycją dla młodych ludzi. Ale już wcześniej w samym Lublinie władzę objął młodszy i mniej znany Piotr Zawrotniak, który na starcie zapowiedział, że doprowadzi do wygaszenia mandatów pięciu radnych z klubu prezydenta Krzysztofa Żuka, rzekomo mieszkających poza miastem, i pierwszy poważny ruch w tym kierunku już wykonał: do prokuratury złożył zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa. 

- Są interesowni, dlatego prowadzą nagonkę – odpowiadały radne Marta Gutkowska, Kamila Florek, Monika Kwiatkowska, Anna Ryfka i Magdalena Szczygieł-Mitrus.

Miały racje, a politycy Nowej Lewicy nawet nie zamierzają temu zaprzeczać, bo i dlaczego? Jeśli radne Żuka stracą mandaty, zyskają je politycy NL. To więc odważny ruch. Pójście na zwarcia. I szansa, żeby na Lubelszczyźnie znaczyć coś więcej niż nic. 

*

Tak właśnie wygląda krajobraz lubelskiej „Gierki o tron” na trzy lata przed kolejnymi wyborami samorządowymi, ale też na coraz wyraźniej zarysowanym początku badania gruntu i budowania fundamentów pod kampanię. Inna sprawa, że jak to w tym aforyzmie Woody’ego Allena: „Jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, opowiedz mu o twoich planach na przyszłość”. I to czy Bóg jest, czy go nie ma. 

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Komentarze

ALARM 24

Masz dla nas temat?

Daj nam znać pod numerem:

+48 691 770 010

Kliknij i poinformuj nas!

Reklama

CHCESZ BYĆ NA BIEŻĄCO?

Reklama
Reklama
Reklama