* Oglądasz mecze Startu?
- Do hali Globus rzadko zaglądam. To jednak nie jest dawny MOSiR, gdzie była zupełnie inna atmosfera. I to nie ta sama koszykówka. Ale wyniki oczywiście śledzę.
* Dużo się zmieniło?
- Mnóstwo. Gra jest teraz o wiele szybsza, inaczej się kozłuje, a przede wszystkim samo wyszkolenie zawodników jest zupełnie inne. Dzisiaj piłkę z góry „pakują” nawet ci o wzroście poniżej 190 cm. Kiedyś to było nieosiągalne dla większości. Na rozgrzewce, owszem, zdarzały się wsady. U nas najlepiej to robił Irek Mulak. Na meczach jednak nie było to powszechne. Dzisiaj często rozgrywający ma ponad dwa metry i super sobie radzi na tej pozycji. Za moich czasów nie było też rzutów za trzy punkty, a dwumetrowców było jak na lekarstwo.
* Przeciwko komu najtrudniej ci się grało?
- Nie było jednego zawodnika. Jeśli już, to raczej cały zespół. Zawsze ciężko się grało w Poznaniu. Może ze względu na to, że tam była o wiele większa hala niż nasz kameralny MOSiR. To deprymowało. Ale trzeba przyznać, że przez te wszystkie lata byli w lidze naprawdę wybitni koszykarze, zwłaszcza superstrzelcy jak Młynarski, Jurkiewicz, Kijewski, Szczubiał czy Doliński. Jak mieli swój dzień, to rzucali nawet po 50 punktów.
* A jak wspominasz trenera Zdzisława Niedzielę?
- Wspaniały człowiek. Skromny, rzetelny, o ogromnym autorytecie. Był taki jak Kazimierz Górski. Potrafił zmobilizować, miał świetne podejście do zawodników. Do dzisiaj nie mogę zrozumieć, skąd trener Niedziela wiedział na kogo w danym dniu postawić. Miał niesamowitego nosa. Wyznawał też prostą zasadę. Mówił "macie dać z siebie wszystko i wygrać". Interesował go wyłącznie sukces. Nic innego nie wchodziło w rachubę. Kiedy po wielu latach spotkałem go kiedyś w klubowym pawilonie, to nawet wtedy wracał w rozmowie do meczów sprzed wielu lat i tłumaczył mi, dlaczego przegraliśmy takie czy inne spotkanie. To było jego życie. To on, jak i Andrzej Frączkowski, który zarządzał klubem byli ojcami naszych sukcesów.
* Z kim z dawnej drużyny masz jeszcze kontakt?
- Z Irkiem Mulakiem czy Wojtkiem Krzykałą rozmawiamy telefonicznie przynajmniej kilka razy w ciągu roku. Z Kenem Washingtonem widzieliśmy się niedawno jak był w Polsce. Dość często spotykam się też z Arturem Sierakowskim.
* Co sądzisz o dzisiejszym sporcie?
- Rządzi się zupełnie innymi prawami niż jeszcze kilkadziesiąt lat temu. To jest dziś biznes. Masz kasę, to i są wyniki. Stać cię wtedy na dobrych, klasowych zawodników. A jak nie masz pieniędzy, sponsorów, to można żyć jedynie marzeniami czy wspomnieniami. Każdy gra dziś tam, gdzie mu lepiej płacą. Ja to rozumiem, nie oceniam. Od razu mi się przypomina jednak sytuacja, kiedy miałem propozycję odejścia ze Startu. Nie wyobrażałem sobie wyprowadzki z Lublina. Dzisiaj raczej nie ma takiego przywiązania do klubu, miasta jak kiedyś. Nie rozumiem do końca dzisiejszego sportu. Kiedy ja grałem, to w drużynie znaliśmy się wszyscy jak łyse konie. Dzisiaj po zakończeniu sezonu większość zawodników zmienia klub. Są też sytuacje, kiedy w trakcie sezonu ktoś podpisuje kontrakt na miesiąc czy kilka spotkań. Sądzę, że niektórzy zapominają z kim grali kilka lat temu, nie pamiętają nawet ich imion. W dzisiejszym sporcie to sponsor ma najwięcej do powiedzenia. Reszta się nie liczy. Jeśli ktoś dostaje bardziej intratną propozycję, grania nawet w egzotycznym kraju – to bez wahania decyduje się na przeprowadzkę.
- O wychowankach klubu, którzy grają, a nie grzeją ławkę, to już nawet nie wspominam. Od lat ich w Lublinie nie ma. Nie chcę wyjść na malkontenta, ale czasami jak patrzę na puste Orliki, czy zapomniane zupełnie nowoczesne boiska do koszykówki, to żal ściska mi serce. Młodzi nie garną się do sportu. Większość woli siedzieć ze smartfonem w ręku, aniżeli poruszać się. Wiem od znajomych nauczycieli WF-u, że w wielu szkołach mają problem, żeby sklecić reprezentację na mecze międzyszkolne. Dla mnie to jest niepojęte. Tak samo jak fakt, że młodzi nagminnie biorą zwolnienia z WF-u. I jak tu się dziwić, że w takiej sytuacji, dla wielu nastolatków zrobienie przewrotu w przód stanowi problem, a w tył to jak zdobycie Mount Everestu.
* Dorobiłeś się na sporcie?
- Nie żartuj. To nie były te czasy. Dla każdego z nas koszykówka była przede wszystkim pasją. To było na pierwszym miejscu. O pieniądzach się wtedy nie mówiło. To były inne realia, nie mówiąc już o warunkach, w jakich trenowaliśmy czy graliśmy. Do dzisiaj pamiętam szatnie, gdzie po meczu trudno się było przebrać, prysznice z drewnianymi podestami na podłodze. Żeby odkręcić prysznic, pociągało się za metalowy łańcuszek i czasami trzeba było czekać, aż będzie lecieć ciepła woda. Kiedy kilkunastu chłopaków równocześnie odkręciło wodę, to w połowie mycia leciała już tylko zimna. Odżywki? Tak – kawa, woda z kranu. Nikt sobie głowy nie zawracał jakąś dietetyką, zbilansowanym jedzeniem. Wiadomo, że przed treningiem czy meczem nikt się specjalnie nie zajadał, ale jak jechaliśmy czy wracaliśmy z meczu, to na obiad chętnie zamawialiśmy flaki i schabowego. Każdy pamiętał zasadę, która wtedy obowiązywała: „jedz, to będzie silny”. I jedliśmy.
- O odnowie biologicznej nikt wtedy nie słyszał. Tak samo jak o pomocy psychologicznej. Trener był najlepszym psychologiem. Zastępował i ojca, i wychowawcę. Pamiętam, że trenerzy wiedzieli, kto jak się uczy w szkole. Jak trzeba było, to chodzili nawet do wychowawcy, a nawet odwiedzali rodziców w domu. Zdarzało się, że trener za złe oceny nie wpuszczał na trening. To była najgorsza kara. Poprawiłeś oceny – mogłeś wówczas wejść na salę. Tak samo było ze sprzętem. Wszyscy graliśmy w jednakowych trampkach; jak ktoś miał znajomości, to załatwiał sobie markowe obuwie z Zachodu. Wtedy rzeczywiście adidasy były rarytasem i mało kogo było na nie stać. Przez jakiś czas to była równowartość nawet miesięcznej pensji w Polsce. Pamiętam, że mieliśmy kiedyś takie dresy z jakiegoś sztucznego tworzywa, które w ogóle nie przepuszczały powietrza. Już w trakcie rozgrzewki były mokre od potu.
- Wielu zawodników z mojej drużyny paliło wtedy papierochy. To m.in. Irek Mulak, któremu to wcale nie przeszkadzało w graniu. Kiedyś zauważył go z papierosem w ręku na ulicy jeden z dziennikarzy i następnego dnia ukazał się artykuł w gazecie, w którym autor napiętnował Irka za ten nałóg. Ale i tak palenia nie rzucił i był jednym z najlepszych polskich koszykarzy w lidze. A propos papierosów, to były mecze w hali przy Zygmuntowskich, które trwały dłużej, niż powinny. Zwłaszcza po przerwie. Wszystko właśnie przez dym z papierosów. Kiedy było zimno, to kibice w przerwie palili w holu lub w szatniach na dole. Kiedy jednocześnie zapaliło kilkaset osób, to nie było czym oddychać. Halę trzeba było wietrzyć.
* Wciąż masz jednak kontakt w koszykówką. Sędziujesz amatorską ligę, której patronuje nasz nieodżałowany dziennikarz Andrzej Wawrzycki.
- Bez niego nie byłoby tej ligi. Pamiętam, że na samym początku mieliśmy tylu chętnych do grania, że były problemy z terminarzem. Niektóre mecze były o ósmej rano, a ostatnie kończyły się późno w nocy. Dzisiaj aż tylu chętnych już nie ma. Przez tą ligę przewinęło się wielu dawanych świetnych koszykarzy. To chociażby Zdzichu Szabała, Jacek Dacko, Mirek Gomułka, Piotrek Karolak czy Jacek Olejniczak.
* Co ci dał sport?
- Każdemu powtarzam, że nie ma lepszej metody wychowawczej jak ciężkie treningi, łzy po porażce i radocha ze zwycięstwa. To kształtuje i hartuje człowieka. Uczy dyscypliny i pracowitości. A jak kilka tysięcy osób klaszcze po twoim celnym rzucie, to jest to warte tych hektolitrów potu na treningach.
* Wielu kibiców wciąż rozpoznaje ciebie, jak jeździsz na rowerze…
- Tak się składa, że ja niezależnie od pory roku, jeżdżę rowerem po całej Lubelszczyźnie. Na szczęście zdrowie mi dopisuje i wciąż nie potrzebuję samochodu. A najczęściej jeżdżę ze swojej Kaliny do mamy na Bronowice.
* Ile kilometrów przejechałeś w ubiegłym roku?
- Ponad 4 tysiące. Mało. Mój rekord – kilka lat temu to 8800 km. Niektórzy pewnie tyle robią samochodem. Wtedy też zrobiłem za jednym zamachem ponad 200 kilometrów. Z Lublina przed Ryki, Dęblin, Puławy i Kazimierz. Nawet się zbytnio nie zasapałem. Na kondycję wciąż nie narzekam. To też zasługa sportu.

KLUBOWA LEGENDA
Kiedy koszykarze Startu po raz pierwszy awansowali do ekstraklasy w 1961 r. Jerzy Żytkowski miał zaledwie dziewięć lat. Przez myśl mu wtedy nie przeszło, że za kilkanaście lat, w 1979 roku przyniesie do domu brązowy medal, który wywalczy w barwach czerwono-czarnych. A za rok kolejny. Ale wcześniej, bo w 1970 roku zdobył z kolegami złoty medal mistrzostw Polski juniorów. Co więcej, kolejne czternaście sezonów spędzi w Starcie – najwięcej w historii klubu. Rozegrał w sumie w barwach czerwono-czarnych 347 meczów, zdobył 2823 punkty, ze średnią 8,1 na mecz. Więcej meczów w Starcie rozegrał jedynie Paweł Kosior – 357.














Komentarze