Kompakt z 2017, 87000 na zegarze, szary metalik, w środku czysto, gość na komisie pod Krakowem zapewniał że to auto od Francuza, pierwsza ręka, jeździł do pracy i na zakupy. Cenowo wyglądało ok, 38000 złotych za ten rocznik z tymi kilometrami to w zasadzie okazja.
No ale sprawdziłem VIN i okazało się, że ten wóz przez dwa lata był zarejestrowany w wypożyczalni gdzieś pod Lyonem, potem trafił na aukcję za jakieś 5800 euro, a na ostatnim francuskim contrôle technique zegar pokazywał 143000, nie 87000. Czyli ktoś między Francją a Krakowem cofnął o 56000 i przy okazji wymazał z historii dwa lata jazdy po wynajmie, gdzie takie auto robi ze 70000 rocznie i nikt go specjalnie nie oszczędza. Przy autach z Francji takie rzeczy to norma, i im więcej ich wjeżdża do Polski tym częściej będziemy się z tym spotykać.
Francja to drugie po Niemczech źródło używanych aut w Polsce i ten ruch rośnie. W 2024 wjechało stamtąd ponad 100000 sztuk, dwa lata wcześniej było jakieś 93000, bo niemiecka podaż się kurczy, auta drożeją, no i dealerzy hurtowi szukają towaru gdzie się da. Alcopa Auction, największy dom aukcyjny we Francji, obraca ponad 35000 aut rocznie, siedem centrów plus platforma online, VPauto w Lorient i Nantes i Lyonie trzyma stały katalog 450 wozów głównie po wypożyczalniach i leasingach, i właśnie tędy lecą te auta na wschód, bo popularny kompakt z 2019 na aukcji kosztuje 4000 do 6000 euro a na komisie w Krakowie czy Rzeszowie pójdzie za dwanaście i ta marża jest powodem dla którego ten biznes kwitnie. Gadałem z analitykiem z carVertical, gość pracuje z danymi z ponad 900 źródeł w przeszło 40 krajach, no i mówi mi że z Francji ponad dwie trzecie aut ma coś w historii, gorzej niż Niemcy ale trochę lepiej niż Belgia z jej 90 procent.
Z francuskimi autami jest ten problem, że ich system dokumentacji wygląda na solidny ale w praktyce ma więcej dziur niż CEPiK, a to mówi samo za siebie. Contrôle technique sprawdza 133 punktów co dwa lata, jest 610 możliwych powodów do odmowy, procedura naprawdę szczegółowa, no ale te dane siedzą w prywatnych centrach diagnostycznych a nie w jednej bazie, i żeby je wyciągnąć potrzebujesz numeru karty rejestracyjnej, którą ma właściciel nie kupujący. Jest taki rządowy serwis HistoVec do sprawdzania historii, ale raport może wygenerować tylko ten kto ma carte gris czyli dowód rejestracyjny, więc jako kupujący musisz liczyć na to że sprzedawca ci go pokaże, a handlarz z komisji pod Krakowem raczej nie będzie ci pokazywał czegoś z czego wynika że auto miało trzy zderzeniówki. No i jeszcze francuskie auta prawie nigdy nie mają Certificate of Conformity co komplikuje rejestrację w Polsce.

Osobna sprawa to auta po wypożyczalniach i firmowe, bo Francja jest ogromnym rynkiem krótkoterminowego najmu, francuscy producenci mają oficjalne programy leasingowe dla turystów, wozy jeżdżą rok albo dwa w intensywnym użytkowaniu i wracają jako używane na aukcje. Popularne kompakty i crossovery, to modele które widzisz na każdej aukcji w Nantes czy Lorient, dwa trzy lata stare, 80000 do 120000 na liczniku, i hurtownicy biorą je po kilkaset sztuk tygodniowo. Tyle że auto po wypożyczalni to zupełnie inna historia niż auto od prywatnego właściciela, przez taki wóz przewija się kilkadziesiąt osób rocznie, nikt go nie oszczędza, nikt nie czeka aż silnik się rozgrzeje, i po dwóch latach te auta mają zużycie którego po zegarze nie zobaczysz. We Francji historia serwisowa jest poufna bo zawiera dane rozliczeniowe właściciela, więc pełnego zapisu z ASO nie wyciągniesz, a jak auto było w niezależnym warsztacie to dokumentacji po prostu nie ma. Analityk z carVertical powiedział mi że Francja traci na samych cofkach jakieś 1.15 miliarda euro rocznie, no i to daje pojęcie o tym jak duży jest ten proceder po tamtej stronie.
Jest jeszcze VEI, véhicule économiquement irréparable, po naszemu szkoda całkowita, ubezpieczyciel uznaje że naprawa kosztowałaby więcej niż auto jest warte. Takie auto we Francji nie może trafić do osoby prywatnej, dostaje blokadę, ale może być sprzedane profesjonaliście, dealerowi albo firmie eksportowej, no i tu się zaczyna. Dealer kupuje VEI za 20 do 30 procent wartości, naprawia tanio bo polski blacharz bierze 15 do 20 euro za godzinę wobec 72 w Niemczech i pewnie z 40 do 50 we Francji, i wystawia na komisie w Polsce za pełną cenę. CEPiK tego nie zobaczy, HistoVec kupującemu w Polsce nic nie pokaże, zostaje sprawdzenie VIN w czymś jak carVertical gdzie szkody całkowite i blokady i wypadki wychodzą. Tyle że carVertical podaje, że tylko 62 procent polskich dealerów daje klientowi raport, we Francji 9 procent, więc o przejrzystości tego rynku ciężko mówić poważnie.
62.1 procent aut sprawdzanych w Polsce ma uszkodzenie w historii, najgorszy wynik w Europie. Z Francji jedzie sto tysięcy aut rocznie i ponad dwie trzecie ma coś czego sprzedawca na komisie ci nie powie. Sprawdzenie VIN kosztuje 30 do 50 złotych, kilka minut roboty, a może zaoszczędzić kilkunastu tysięcy, tyle że na polskich komisach to ciągle rzadkość.














Komentarze