Jesienią ubiegłego roku pani Agnieszka, czytelniczka „Dziennika Wschodniego”, przeczytała felieton naszej autorki Magdaleny Bożko-Miedzwieckiej o słowach, gestach, żartach, dwuznacznościach i zaczepkach o seksualnym podtekście i wulgarnym charakterze. Takich naruszających intymność kobiet w przestrzeni publicznej: w pracy, w szkole, w komunikacji miejskiej. Zawstydzających, upokarzających, wprawiających w zażenowanie i zakłopotanie.
Pani Agnieszka napisała do nas maila: „Mnie i moje znajome razi, a nawet obraża… rzeźba. Jadąc autobusem miejskim, który skręca z Alei Racławickich w ulicę Długosza, codziennie widzimy umieszczoną na rogu rzeźbę, przedstawiająca kobietę bez głowy, z niezliczoną liczbą piersi, z rozchylonymi nogami, odciętymi od kolan. Prezentuje ona chyba jakieś chore pragnienia artysty, a na pewno sprawia, że patrzy się na kobietę jako obiekt seksualny, nic więcej. Jeżeli rzeźba stałaby w jakimś pawilonie wystawowym, to byłby to do przyjęcia, ale nie na rogu ruchliwej ulicy”.
Rzeźba zatytułowana jest „Pomona”. Na rogu Ogrodu Saskiego powstała w ramach Festiwalu Sztuki w Przestrzeni Publicznej Otwarte Miasto/Open City pod tytułem „Rozmowa z miastem”. Kuratorką edycji była Maria Anna Potocka, kontrowersyjna krytyczka sztuki, niedawno prawomocnym wyrokiem sądu uznana za winną mobbingu wobec podwładnych w Galerii Sztuki Współczesnej Bunkier Sztuki w Krakowie.
Żadnych kontrowersji podobnej natury nie budzi za to autor „Pomony”. Jest nim Krzysztof M. Bednarski, jeden z najwybitniejszych polskich rzeźbiarzy współczesnych. Niegdyś związany z Teatrem Laboratorium Jerzego Grotowskiego. W komunizmie używał sztuki do wyśmiewania propagandy, tak powstał chociażby „Portret totalny Karola Marksa”.
Na stronie Open City czytamy, że jego najbardziej znaną realizacją jest instalacja rzeźbiarska „Moby Dick”. Stworzył też kilkanaście nagrobków sław polskiej kultury: Krzysztofa Kieślowskiego, Wojciecha Fangora, Krzysztofa Krauzego, Tomasza Stańki, Ewy Demarczyk, sarkofagi Krzysztofa Pendereckiego i Adama Zagajewskiego, pomnik Federico Felliniego w Rimini i Fryderyka Chopina w Wiedniu.
W kulturalnym tonie postanowiliśmy spytać Krzysztofa M. Bednarskiego i przedstawicieli lubelskiego Open City, jak odnoszą się do zarzutów pani Agnieszki i jej koleżanek stawianych wobec „Pomony”, czyli instalacji, która kobiety „rani, a nawet obraża”.
Minęło kilka miesięcy. Nie otrzymaliśmy żadnej odpowiedzi. Pozostaje więc wytłumaczenie koncepcji autorstwa Bednarskiego we własnej osoby ze strony internetowej Open City:
„Pomona to rzymska bogini owoców. Jej imię wywodzi się wprost od łacińskiego pōmŭm oznaczającego owoc, zwłaszcza ten z sadów. Moja Pomona, ukazana w sposób metaforyczny, staje się uosobieniem czasu owocowania: pełni, obfitości i cichego triumfu natury.
Punktem wyjścia do podjęcia tego tematu była cenzura. Usunięcie przez platformę Facebook moich fotografii ukazujących piersi klasycznej greckiej rzeźby. Stąd wzięła się idea stworzenia peep-show z wielopiersiastą Pomoną w roli głównej, której syntetyczne, obłe formy nawiązywałyby do rzeźby biologiczno-abstrakcyjnej. W pierwotnym zamyśle statua miała być oglądana jedynie przez otwory w okalających ją ścianach, stawiając potencjalnego widza w roli „podglądacza”. Koncepcja jednak ewoluowała w czasie. Początkowo miała wydźwięk ironiczny i prowokacyjny, z nagością jako tematem zasadniczym, by finalnie powrócić do swych antycznych korzeni.
Zwyciężyła we mnie potrzeba nadania rzeźbie klasycznej formy, wykonania jej z piaskowca, materiału szlachetnego, ale podatnego na uszkodzenia, na którym łatwo uwidaczniają się wszelkie ślady, tworzące sugestię zarówno dawnego pochodzenia, jak i aktu wandalizmu. Nierealistycznie ukazane piersi Pomony stanowią metaforę dojrzałych owoców, płodności i dobrobytu. W przeszłości bogini była częstą bohaterką rzeźby parkowo-ogrodowej, szczególnie w epoce renesansu i baroku, w czasach, kiedy nagość nie budziła oburzenia, lecz zachwyt. Ostatecznie zdecydowałem, że nie będę trzymał widza na dystans. Dam mu pełną swobodę w oglądaniu i dotykaniu wolnostojącego dzieła”.

Naszym zdaniem
W listopadzie 2000 roku Daniel Olbrychski schował pod płaszczem szablę Kmicica z filmowego „Potopu” i udał się na wystawę „Naziści” w stołecznej galerii Zachęta. Artysta Piotr Uklański prezentował na niej ponad sto sześćdziesiąt zdjęć znanych aktorów w mundurach gestapowców i niemieckich żołnierzy z czasów III Rzeszy. Olbrychski w hitlerowskim kostiumie paradował na planie „Les uns et les autres” Leloucha. Na „Nazistów” zaprosił telewizyjne kamery, dobył szabli i porąbał zdjęcia z wizerunkiem swoim, Stanisława Mikulskiego, Jean-Paula Belmondo i Jana Englerta.
Olbrychskiego wystawa obrażała. Nie rozumiał idei przyświecającej Uklańskiemu, który za pośrednictwem kadrów z aktorami wcielającymi się w role nazistów w filmach próbował ukazać rozdźwięk między powierzchownością i powszechnością ich obecności w popkulturze a faktycznym bestialstwem, jakiego dokonywali podczas II wojny światowej i Zagłady.
Sztuka często przekracza granicę dobrego smaku. Szczególnie ta współczesna. Już od dawna nie tak figuratywna, pozornie wierna historycznie, jak ta artystów pokroju Jana Matejki, zupełnie nieprzypadkowo najbardziej znanego polskiego malarza, czy spytamy o to przypadkowego dziesięciolatka, czy pięćdziesięciolatka, czy stulatka.
Niedługo po tym, jak na przełomie XX i XXI wieku Olbrychski siekał „Nazistów”, w kraju rozgorzała dyskusja wokół „Pasji” Doroty Nieznalskiej. Jej instalacja zawierała film z mężczyzną ćwiczącym na siłowni i zawieszony na łańcuchu metalowy krzyż z wkomponowanym w niego penisem. Nieznalską oskarżono o obrazę uczuć religijnych i skazano na karę wykonywania prac społecznych. I nieważne, że z zarzutów wiele lat później ją oczyszczono. Spłonęły stosy, które miały spłonąć.
Ale nie jest to przecież wyłącznie melodia czasów, w których polskie społeczeństwo wciąż przekształcało się z zamknięcia, kołtuństwa, cenzorstwa okresu PRL-u w kierunku przynajmniej deklaratywnej otwartości na bardziej liberalny świat Unii Europejskiej.
Niedawno potężny skandal wywołała „Kasztanka z Marszałkiem”. Józef Piłsudski na obrazie Karola Radziszewskiego paraduje z przyrodzeniem na wierzchu. Albo wystawa „Iron Man” Krystiana Czaplickiego i Pawła Jacha we wrocławskiej galerii sztuki Szewska. Powszechnie orzeknięto, że ekspozycja, na której pokazywano na przykład kobietę z brodą mężczyzny i dziecko spiętych ze sobą taśmą, promuje pedofilię. Zdewastowano ją, nie przyjmując tłumaczenia autorów, że dzieła mają unaoczniać problem samotnego macierzyństwa i ojcostwa, w których rodzice muszą wcielać się jednocześnie i w rolę matek, i ojców.
Przyznajmy, że „Pomona” Krzysztofa M. Bednarskiego wypada na tym tle dość niewinnie, może nawet zdecydowanie bliżej jakichś rzeźb Michała Anioła, w końcu jego Dawid we Florencji też jest całkiem nagi, niż dzikich pomysłów i fantazji Uklańskiego, Nieznalskiej, Radziszewskiego, Czaplickiego czy Jacha.
W tym też jednak objawia się odwieczny problem w obcowaniu ze sztuką współczesną. Należałoby bowiem rozgraniczyć sferę prywatnego odczucia od sfery obiektywnego osądu. Rzeźba czy obraz mogą nam się nie podobać. Ale to nie oznacza, że do niczego się nie nadają. Analogicznie, rzeźba czy obraz mogą nas zachwycać. Ale nie jest to równoznaczne z ich dziejową wielkością. Jak w tym cytacie z brytyjskiego komika Ricky’ego Gervaisa, na który od lat powołują się wszelkiej maści obrońcy wolności słowa: „Just because you’re offended, doesn’t mean you’re right”, czyli coś w stylu „Poczucie bycia urażonym nie jest dowodem na słuszność twoich przekonań”.
Anda Rottenberg, chyba najbardziej znana polska historyczka sztuki, nieprzypadkowo powtarza, że sztukę interpretujemy poprzez to, co już wiemy. Choć w tym kontekście trafniej byłoby pewnie przytoczyć jej wypowiedź z „Newsweeka”: „Sztuka obraża uczucia najczęściej tych, którzy na wystawę przychodzą po to, by się poczuć obrażonym”.
Chodzę czasami na wernisaże Patryka Różyckiego, jednego z najpopularniejszych polskich artystów młodego pokolenia, słynącego z wręcz ekshibicjonistycznego podejścia do własnego życia rodzinnego, miłosnego, seksualnego, prywatnego. Wiem, że niektóre obrazy z jego ostatniego cyklu „Moja dziewczyna jest dziewczyną mojego przyjaciela” były zdecydowanie gorszące, obsceniczne, za lekkie wydaje się nawet określenie „pornograficzne”. Wystawiane są zazwyczaj w ramach ukrytej w centrum stolicy, awangardowej galerii Polana Institute, a więc przedstawiane oczom tym, którzy rozumieją lub chcą rozumieć współczesną sztukę i prawidła nią kierujące.
I w tym aspekcie akurat rozumiem panią Agnieszkę, która skarży się na raniący kobiety widok „Pomony” przy Ogrodzie Saskim, którędy wiedzie jedna z głównych lubelskiej arterii, stoi kilka przystanków autobusowych i chodzą dziesiątki tysięcy ludzi dziennie. Pani Agnieszka, a także jej koleżanki, mają pełne prawo odbierania tej rzeźby w krytyczny sposób, tym bardziej że patrzą na nią mimowolnie, nie są tylko „podglądaczkami”, jak zakładał w pierwszym koncepcie Bednarski.
Nie zmienia to jednak faktu, że „Pomona” nie jest rzeźbą molestującą, inwazyjną, obrazoburczą, szokującą, gorszącą. Bo zestawmy ją z performansami Mariny Abramović. Z jej „Rytmem 0”, gdzie ludzie przez sześć godzin mogli robić z artystką, co chcieli, więc rozbierali ją, nacinali, kłuli, w końcu chcieli zastrzelić. Albo „Bałkańskim Barokiem”, kiedy przez cztery dni siedziała i szorowała gnijące, pokryte larwami sterty kości wydzielające odrażający zapach. Czy „Imponderabiliami”, gdy wraz z partnerem ustawiła się nago przy wejściu na wystawę i wszyscy odwiedzający musieli przeciskać się między nimi, aż wreszcie interweniowała policja.
Naprawdę, przyjmując tylko obiektywne kategorie, wielopiersiastą „Pomonę” Krzysztofa M. Bednarskiego trudno uznać za „chore pragnienia artysty, które sprawia, że patrzy się na kobietę jako obiekt seksualny, nic więcej”. Choć nic nie stoi na przeszkodzie, żeby każda mieszkanka czy mieszkaniec Lublina tak tę rzeźbę odbierali. Subiektywnie. Po swojemu. Własnymi oczami. I tylko własnymi.














Komentarze