Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama
Portret

Patriota, katotalib, nasz Trump. Bardzo utalentowany pan Czarnek

Profesor, patriota, katolik, człowiek niezłomnych zasad, obrońca polskiej rodziny, przyszły premier. Katotalib, dewota, kłamca, hipokryta, prześladowca mniejszości, skompromitowany polityk. Przemysław Czarnek budzi skrajne emocje. Prezes Jarosław Kaczyński wymyślił jednak, że 48-latek poprowadzi prawicę do wygranej wyborach parlamentarnych w 2027 roku. I stanie na czele nowego rządu PiS. Kim więc naprawdę jest Czarnek?
Patriota, katotalib, nasz Trump. Bardzo utalentowany pan Czarnek

Źródło: Konwencja PiS/Youtube

Ostatnie dni stycznia 2026 roku. Biuro posła Przemysława Czarnka przy Rayskiego 3 w Lublinie. Politycy Prawa i Sprawiedliwości przekonują, że rząd kłamie w sprawie szczątków ofiar II wojny światowej odnalezionych na terenie, gdzie powstać miała baza wojskowa w Poniatowej.

- Nie ma na to żadnej dokumentacji. I choćby jednego dowodu! - grzmi Czarnek, a lubelscy działacze PiS wpatrują się w niego jak w obrazek. 

Były minister edukacji i nauki przekonuje, że to mu wygląda na próbę wycofywania żołnierzy ze wschodniej strony Polski i powrót rządu do „haniebnej strategii szykowania obrony na linii Wisły” w razie wybuchu wojny.

Nie mogę uwierzyć własnym uszom, więc dopytuję Czarnka, czy naprawdę sugeruje, że Władysław Kosiniak-Kamysz, minister obrony narodowej, perfidnie zmyśla prawdziwe powody rezygnacji z budowy jednostki armii w Poniatowej. Cynicznie wykorzystując do tego hitlerowskie zbrodnie na Lubelszczyźnie.

- Ja wiem, że pan przyszedł tu bronić Kosiniaka-Kamysza! – niemal krzyczy Czarnek i zasypuje mnie ogromem argumentów.

Po konferencji atmosfera się rozluźnia. Podchodzę do niego. Tłumaczę cel pytania. Wręcz wymuszam przeprosiny. Splatanie mnie z interesem rządu czy jednego z ministrów uznaję bowiem za cios poniżej pasa. Czarnek słucha, rozbraja sytuację, nie płaszczy się, zręcznie nawiguje rozmowę na inne tory, w gruncie rzeczy obstaje przy swoim, a ja kiwam głową. Klepie mnie po ramieniu, żartujemy, śmiejemy się, wymieniamy uścisk dłoni.

Niedługo później opowiadam tę historię jednemu z wpływowych lokalnych członków PiS.

- Cały Przemek, cały Przemek. Wygra każdą dyskusję. I jeszcze zjedna sobie „wroga”. W gronie wspólnych znajomych od dawna powtarzamy, że to przyszły premier albo prezydent Polski. Nasz Trump! - uśmiecha się dobry znajomy Czarnka. 

Prymus i rozrabiaka

Na świat przyszedł w 1977 roku. W PRL-u, za późnego Gierka. Urodził się w Kole. Wychowywał się w Goszczanowie, wsi w województwie łódzkim, w powiecie sieradzkim. W rozmowie z dziennikarzem Bogdanem Rymanowskim relacjonował, że jego pierwsze polityczne wspomnienie to stan wojenny, żołnierze na ulicach i kontrola w domu, bo rodzice akurat kupili lodówkę. 

Od małego służył jako ministrant w parafii rzymskokatolickiej św. Marcina i Stanisława Biskupa w rodzinnym Goszczanowie. Tam też poszedł do szkoły podstawowej, ponoć wysoki, przystojny, inteligentny i wygadany. Matka Bożena była pielęgniarką. Ojciec Henryk niby kierowcą zawodowym, ale imał się różnych zajęć. Syn portretował ich jako zżytych z ulicą, z wsią.

W końcówce lat osiemdziesiątych rodzice Czarnka założyli pierwszy prywatny sklep w Goszczanowie. Chłopak stawał w nim czasami za ladą. Choćby na szkolnej przerwie. U Rymanowskiego tytułował się prymusem i rozrabiaką. Czerwone paski, laureat olimpiady z matematyki. Ale gdy dorósł, bójki się zdarzały. Na dyskotece podbił nawet komuś oko. Bo się stawiał, to jego słowa. Zwykle pyskówki i konflikty podobno rozwiązuje jednak koncyliacyjnie. Przegadując adwersarza.

Myślał nad liceum, miał do wyboru stancje w Kaliszu, Sieradzu albo Turku. Ewentualnie dojeżdżanie do Błaszek. I wtedy olśnienie, wujek ksiądz profesor Jerzy Pałucki, wykładowca KUL-u, wrócił ze studiów w Rzymie i zamieszkał w czterokondygnacyjnym domu na Sławinku, który wybudowali babcia z rodzicami Czarnka. Piętnastolatek przeniósł się do Lublina i trafił pod opiekę Pałuckiego. 

W późniejszych latach matka przyszłego kandydata PiS na premiera umarła na nowotwór, a ojca ze świata zabrało stwardnienie rozsiane. On zaś skończył Zamoya. Dostał się na KUL. Na Wydział Prawa, Prawa Kanonicznego i Administracji. Początkowo marzyła mu się adwokatura. Z biegiem lat już tylko polityka.

Poświęcenie studenta Czarnka

Jadwiga Mach, dzisiaj lubelska radna z klubu prezydenta Krzysztofa Żuka, wciągnęła go do rady osiedla Sławina. Wojewoda zamojski Marek Grzelczyk, dobry kolega jego wuja, najpierw poprosił go o pomoc w kampanii do sejmiku województwa. Następnie obsadził w roli rzecznika prasowego w urzędzie miejskim, gdy sam został prezydentem Zamościa. A jeszcze później, już jako poseł na Sejm, zażyczył sobie, żeby młodszy kolega pisał mu interpelacje, przygotowywał stanowiska i opinie prawne. W międzyczasie przedstawił zdolnego pomocnika Sławomirowi Zawiślakowi, istotnej postaci kształtującego się jeszcze PiS na wschodzie kraju i jednego z ojców chrzestnych kariery Czarnka.

Andrzej Pruszkowski, prezydent Lublina w latach 1998–2006, poznał Czarnka w 2002 roku, gdy ten miał dwadzieścia pięć lat i z ramienia komitetu wyborczego „Prawo i Rodzina” ubiegał się o miejsce w lubelskiej radzie miasta.

- Zbudowaliśmy chyba najszerszą z możliwych koalicji środowisk centroprawicowych i prawicowych, łącznie z tymi, które dzisiaj współtworzą obie Konfederacje. W komitecie „Prawo i Rodzina” znalazło się wielu znanych później polityków, chociażby przewodniczący sejmiku województwa profesor Mieczysław Ryba czy poseł Sylwester Tułajew. Wśród nich był też Przemysław Czarnek – wspomina Pruszkowski. 

- Jakim człowiekiem był Czarnek w 2002 roku? I na jakiego zapowiadał się polityka? - pytam.

- Widziałem w nim bardzo dobrze zapowiadającego się, elokwentnego, kulturalnego, ważącego słowa młodego człowieka. Już wówczas emanował silną osobowością. Miał za sobą znakomite osiągnięcia jako student KUL, rozpoczynał karierę naukową. Niełatwo jest znaleźć młodych, którzy chcą poświęcić życie sprawom publicznym. Przemysław Czarnek rozumiał to w tak młodym wieku, co moim zdaniem świadczyło o jego wielkiej dojrzałości obywatelskiej i patriotycznej. Kolejne podjęte przez niego kroki były naturalną konsekwencją takiego wyboru.

- Do rady miasta się nie dostał i na kilkanaście lat odsunął się od polityki.

- Skoncentrował się na karierze naukowej. Co zaowocowało tym, że stał się jednym z najbardziej kompetentnych ekspertów w dziedzinie prawa konstytucyjnego. Nie tylko wśród polityków. W obecnej sytuacji politycznej uznaję to za niebagatelny atut profesora Czarnka. 

Profesor uczelniany

W 2003 roku zatrudniono go na stanowisku asystenta w Katedrze Prawa Konstytucyjnego WPPKiA KUL. W 2006 roku uzyskał tytuł doktora nauk prawnych na podstawie rozprawy „Zasady państwa prawa i sprawiedliwości społecznej w praktyce ustrojowej III Rzeczypospolitej Polskiej”. W 2015 roku habilitował się w oparciu o dorobek naukowy i pracę „Wolność gospodarcza. Pierwszy filar społecznej gospodarki rynkowej”. 

Od tego czasu Czarnek z dumą nazywa się „profesorem”. Rzadko dodaje, że „profesorem uczelnianym” KUL. Gdy został ministrem edukacji i nauki w rządzie Prawa i Sprawiedliwości, jego dorobek naukowy prześwietlany był tysiące razy.

Historyk i socjolog Adam Leszczyński na portalu Oko.press wyliczał, że Czarnek wcale nie jest „autorem kilkudziesięciu monografii i artykułów naukowych”, jak sam się chwali. W jego oficjalnym spisie publikacji znajdują się zaledwie: jedna monografia naukowa, siedem artykułów naukowych recenzowanych i trzy artykuły w recenzowanych wydawnictwach zbiorowych. 

Czarnek, co prześledził Leszczyński, publikował głównie w niszowych wydawnictwach kościelnych. Na przykład kwartalniku „Cywilizacja”, związanym z ojcem Tadeuszem Rydzykiem. Prawie nikt go nie cytował. 

Tygodnik „Przegląd” zarzucał mu na domiar złego, że jednym z recenzentów jego postępowania habilitacyjnego był dr. hab. Dariusz Dudek, wcześniej promotor jego pracy magisterskiej i doktorskiej. W części środowisk naukowych uznano to za dziwne. A nawet nieetyczne.

Fragmenty publikacji Czarnka z czasów kariery uniwersyteckiej nie pozostawiały wątpliwości, że jego profil polityczny pozostaje niezmienny od lat: to żelazny konserwatysta, który jako kompas moralny uznaje przede wszystkim nauki Kościoła.

Potwór

Nadszedł 2015 roku, PiS wygrał wybory i zaczął rządzić Polską. W Lublinie trwało przeciąganie liny. Sławomir Zawiślak i Krzysztof Michałkiewicz dwoili się i troili, żeby obsadzić swojego wojewodę. Jarosław Kaczyński, rękoma premier Beaty Szydło, ich pogodził. W roli przedstawiciela Rady Ministrów na Lubelszczyźnie umieścił dotąd szerzej nieznanego Przemysława Czarnka. 

- Tak Kaczyński stworzył potwora – śmieje się jeden z lubelskich polityków PiS, który Czarnka nie lubi, ale przezornie powtarza, że to nie moment, żeby z kandydatem na premiera zadzierać.

Czarnek z budynku Lubelskiego Urzędu Wojewódzkiego usunął flagi Unii Europejskiej i portrety wojewodów z okresu PRL. W dzień Żołnierzy Wyklętych paradował pod flagami ONR-u. Starał się zakazać Marszu Równości, który mimo jego głośnego sprzeciwu ostatecznie ulicami Lublina przeszedł. Sądził się i przegrał z jego organizatorem Bartem Staszewskim. Publikował film „Przeciwko zboczeniom, dewiacjom i wynaturzeniom”. Dyplomem i medalem honorował partyjnych kolegów i samorządowców z Sejmiku Województwa Lubelskiego, Świdnika, Ryk, Ostrowa Lubelskiego, Urzędowa, Mełgwi, Zakrzówka i Wilkołaza za „działania w celu ochrony instytucji rodziny przed zagrożeniami ze strony destrukcyjnych ideologii”, które sprowadzały się do przyjmowania uchwał tworzących „strefy wolne od LGBT”.

Burzył się, że historyk Grzegorz Kuprianowicz, przypominając o zbrodni dokonanej przez polskie oddziały partyzanckie na ukraińskiej ludności w Sahryniu w 1944 roku, „znieważa naród polski”. Przez wszystkie przypadki Czarnek odmieniał zresztą słowa „antypolonizm”, „zdrada”, „ubek”, „komuch”, „kapuś”, „wróg”, „rodzina”, „Kościół”. Wreszcie wszystkimi sposobami usiłował zrzucić z tronu prezydenta Krzysztofa Żuka, któremu nawet wygasił mandat.

Działania Czarnka błyskawicznie zostały zauważony. Stał się najpopularniejszym wojewodą w Polsce. I jednym z nowych ulubieńców twardego elektoratu Prawa i Sprawiedliwości.

Taki wymodlony

Rozmawiam z Martą Wcisło, w tamtych latach radną Lublina, dzisiaj posłanką do Parlamentu Europejskiego. Z Czarnkiem się nie cierpią, mnóstwo razy publicznie wojowali. 

- Najpierw jako radna, później jako wiceprzewodnicząca rady miasta nie mogłam zrozumieć, jak wojewoda lubelski może robić wszystko, żeby torpedować i spowalniać Lublin. Być jego pierwszym i właściwie etatowym hamulcowym. Pozwał prezydenta Żuka do sądu. Próbował odebrać mu mandat. Na szczęście, bezskutecznie. Wojewodą był takim, że prowadził wyłącznie politykę destrukcji. Wszechobecnych ograniczeń, opóźnień i wykluczeń.

- Zbudował jednak kapitał polityczny i w wyborach do Sejmu zagłosowało na niego najpierw osiemdziesiąt siedem, a następnie sto dwadzieścia jeden tysięcy mieszkańców Lubelszczyzny – zauważam.

- Kiedy poszedł do Sejmu, mieliśmy nadzieję, że wielka polityka narzuci mu bardziej koncyliacyjny sposób funkcjonowania w życiu publicznym, także w kontekście Lubelszczyzny. Liczyliśmy, że jako poseł z województwa lubelskiego zadba o sprawy regionu ponad podziałami. Nic bardziej mylnego. Zaczął głosować i działać przeciwko korzystnym dla nas decyzjom budżetowym, projektom, inwestycjom. W zasadzie nigdy nie interesowało go nic poza ślepą walką. I budowaniem swojego ego kosztem innych. Krytyka, ataki, cynizm. Cały on.

- Kiedyś żartowała pani, że chodziliście z Czarnkiem do jednej parafii, ale musiała pani ją zmienić, bo… nie mogła pani na niego patrzeć.

- Tak, jesteśmy z jednej parafii. Ale nie chcę w ogóle wchodzić w ten temat, bo tu też mnie atakował. Natomiast jeśli ktoś wyznaje naukę Kościoła, to nie zachowuje się tak jak pan Czarnek. Nie przeklina, nie obraża, nie atakuje, nie kłamie. 

- Ma pani o nim wyłącznie złe zdanie?

- Chce zostawić po sobie spaloną ziemię dla ludzi, którzy myślą inaczej niż on. Taki wymodlony, a permanentnie mnie atakuje i mówi, że województwo lubelskie się mnie wstydzi. Taki wykształcony, że widzi tylko błędy innych, a nie dostrzega żadnych własnych. To jest hipokryzja do potęgi. Człowiek, który skończył znany lubelski uniwersytet, który nazywa się profesorem, a zachowuje się gorzej niż osoba z podstawowym wykształceniem – bulwersuje się Wcisło. 

Między Borsukiem a Bobliwem

Dzwonię do radnego Piotra Gawryszczaka z klubu Prawa i Sprawiedliwości, który karierę Czarnka obserwuje od dwunastu lat. 

- Poznałem go krótko przed tym, jak został wojewodą. Wcześniej go nie kojarzyłem. Widziałem, jak bardzo zaangażował się w swoją pracę. Bywał wszędzie tam, gdzie wojewoda powinien być obecny. Pamiętam, jak umówiłem się z nim na spotkanie. W poczekalni wraz ze mną siedziało trzech przedstawicieli gmin z powiatu krasnostawskiego. Rozmawiali o odcinku między Borsukiem a Bobliwem. Kilku kilometrach praktycznie nieprzejezdnej drogi. Przedostać można było się co najwyżej ciężarówką albo traktorem. Zagadnąłem później o ten teren wojewodę Czarnka. A on mówi, że zna problem, przejeżdżał kiedyś tamtędy. I rzeczywiście, zaraz znalazł pieniądze, żeby to załatwić.

- O czym to świadczy?

- Że jako wojewoda interesował się nie tylko wielkimi sprawami. Zajmowały go również sprawy pozornie przyziemne, ale mające znaczenie dla mieszkańców i samorządowców .Jeśli mógł pomóc, to pomagał. I robił to skutecznie. Tak było wtedy i tak jest również teraz, zaręczam.

- Ma pan więcej dowodów na jego realną sprawczość w roli wojewody? 

- Pewnego razu miejscy urzędnicy przespali termin składania wniosków na konkurs dotyczący inwestycji przy jednej z ważnych ulic Lublina. W ostatniej chwili jeden z nich pojawił się w budynku LUW. Z tego, co wiem, pracownicy wojewody siedzieli niemal do północy, że pomóc poprawić projekt i zdążyć ze złożeniem dokumentów.

- Krytycy Czarnka twierdzą jednak, że sabotował działania na rzecz miasta, bo rządzą w nim prezydent Żuk i inni stronnicy Donalda Tuska.

- Czarnek załatwił Lublinowi chyba kilkadziesiąt milionów złotych na tę wspomnianą przeze mnie inwestycję. Gdyby było tak, jak niektórzy przeciwni mu politycy mówią, że wojewoda działał przeciwko miastu, to nikt nie poświęciłby ani sekundy, żeby ratować tamten projekt.

Minister swojej prawdy

W 2020 roku Czarnek został mianowany ministrem edukacji i nauki w drugim rządzie Mateusza Morawieckiego. Mniej więcej w tym okresie o jego kolejnych ruchach dyskutowała już cała Polska. Wojował przede wszystkim z LGBT. W TVP, odnosząc się do zdjęcia z jednej z amerykańskich Parad Równości, rzucił, że „ci ludzie nie są równi ludziom normalnym”, co odebrano w kategoriach bezpardonowego ataku na mniejszości seksualne. Polityk PiS tłumaczył, że jego wypowiedź została „oderwana od kontekstu, manipulowana i wykorzystywana wbrew jego intencjom i poglądom”, ale wciąż konsekwentnie krytykował ideologię LGBT, porównując ją na antenie Radia Maryja do narodowego socjalizmu, raz po raz powtarzając słowa o „zboczeniach”, „dewiacjach” i „wynaturzeniach”.

Na KUL powiedział, że „podstawową funkcją rodziny jest prokreacja, a rolą kobiety powinno być rodzenie dzieci”. Stał się tym samym jednym z głównych wrogów Strajku Kobiet i ich Czarnych Protestów, które ostatecznie walnie przyczyniły się do upadku rządów PiS.

Zanim to się jednak stało, Przemysław Czarnek rewolucjonizował Ministerstwo Edukacji Narodowej. Za cel postawił sobie kształcenie młodych Polaków na prawicową, konserwatywną, katolicką modłę. Nie daj Boże z jakimkolwiek wpływem „lewactwa” czy nawet demokracji liberalnej.

Wprowadził do szkół przedmiot Historia i Teraźniejszość. Młodzież indoktrynować miał podręcznik Wojciecha Roszkowskiego, który pokazywał, jak myśleć i żyć według zasad Biblii, a nie „zepsutego” Zachodu. Zwolennicy Czarnka chwalili go jednocześnie za przywrócenie obowiązku chodzenia na religię lub etykę i inicjowanie programów poszerzających wiedzę uczniów o Żołnierzach Wyklętych czy dziedzictwie Jana Pawła II. 

Dwukrotnie starał się przepchnąć ustawę „Lex Czarnek”, która zmierzała do poszerzenia uprawnień kuratora oświaty względem szkół i placówek oświatowych, tak żeby młodzi Polacy nie mogli obcować z myślami i filozofiami przez samego ministra subiektywnie uznawanymi za szkodliwe. Sprzeciwił się temu, i to dwukrotnym wetem, nawet prezydent Andrzej Duda, polityk wywodzący się przecież z szeregów Prawa i Sprawiedliwości, dość poddańczo podchodzący do wszelkich pomysłów partii rządzonej przez Jarosława Kaczyńskiego. 

Internauci przyznali mu tytuł „Dzbana Roku 2021”, do czego podszedł z humorem. Zarzucano mu, że faworyzuje KUL. I lepi system, w którym specjalnymi względami nagradzani będą uczniowie myślący jak… Czarnek. 

Krytykowano go za „Willę+”. Polsat i TVN udowodniły bowiem, że czterdzieści milionów złotych dotacji należnych organizacjom pozarządowym przyznał tym powiązanym z politykami PiS, a także katolickim, konserwatywnym i prawicowym fundacjom. Z sondażu IBRiS dla „Rzeczpospolitej” w 2023 roku wynikało, że grubo ponad połowa Polaków optuje za dymisją Czarnka. 

Prawie persona non grata

Rozmawiam z Mają Zaborowską, lekarz weterynarii, która wcześniej była radną Lublina i w 2023 rok starała się, żeby Przemysława Czarnka uznać w mieście za persona non grata, co w lubelskim środowisku politycznym wywołało olbrzymią burzę i ostatecznie nie przeszło w ratuszu.

- Powodem były wypowiedzi Przemysława Czarnka. Te homofobiczne. Zniekształcające obraz mniejszości seksualnych. Obrażające ludzi. Zaburzające porządek społeczny. Pamiętajmy, że w tamtym czasie w Lublinie dochodziło do licznych sytuacji przemocy wobec osób, które w jakiś sposób pokazywały, że są „inne”. Fatalnie oddziaływało to na młodych ludzi, uczniów szkół, zwłaszcza tych bardziej wrażliwych, którzy wchodzili w krytyczny wiek, kiedy dopiero definiowali samych siebie. A sposób, w jaki Czarnek o nich mówił, był niezwykle wręcz wykluczający. To była seria wypowiedzi, stawiających ich poza ramami społeczeństwa. Traktował ich jako gorszych. Mniej wartościowych. Jakby nie byli ludźmi w pełnym tego słowa znaczeniu.

- I stąd też pani reakcja?

- Powstał pomysł, żeby pokazać mu, że ta agresja może mieć też drugą stronę medalu. I czasem również można znaleźć się w gronie wykluczonych. Nie tylko agresorów. 

- Czy to nie było jednak zbyt radykalne posunięcie?

- Persona non grata to formuła używana w dyplomacji. Wydawała mi się też znacznie łagodniejsza, niż mówienie, że ktoś nie jest pełnoprawnym obywatelem, że jest ideologią, że nie ma uczuć, że nie jest człowiekiem, jak wielokrotnie robił to Czarnek. 

- A co by się stało, gdyby ostatecznie został persona non grata w Lublinie?

- To byłby pewien symbol. Tego, że nie jest tu mile widziane. Nikt nie miał oczywiście jednak kontrolować pana Czarnka nie wjeździe do Lublina. Chodziło tylko o to, żeby zrozumiał, ja czuje się ktoś wykluczony. Bo to, co robił wobec innych ludzi, często słabszych, którzy nie mogli się bronić, było właśnie systemowym wykluczaniem ich z przestrzeni publicznej. Nagle okazywało się bowiem, że według pana ministra część uczniów i młodych ludzi była w jakiś sposób przez niego dyskryminowana, niewarta uwagi.

- Dostrzega pani jakiekolwiek pozytywy działalności Przemysława Czarnka dla Lublina czy Lubelszczyzny?

- Szczerze mówiąc, nic nie przychodzi mi do głowy.

- Kompletnie nic?

- Lubelszczyźnie głównie szkodził. Sprawa „Willa+”. Albo haniebnych „Stref wolnych od ideologii LGBT”. Wiele samorządów koniunkturalnie przyjmowało takie uchwały i przynosiło sobie ogromne straty wizerunkowe i finansowe. Tylko po to, żeby chwilowo zadowolić Czarnka.

Postać wybitna

Andrzej Pruszkowski nie może się za to Przemysława Czarnka nachwalić.

- Dostrzegam u niego konsekwencję trwania przy wyznawanych wartościach. Nie tylko na pokaz, jak często to robią inni politycy. On naprawdę je pielęgnuje. Daje mu to przewagę nad tymi, którzy obrastają w takie piórka, w jakie w danym momencie wypada obrosnąć. Czarnek od zawsze pozostaje autentyczny.

- W czym konkretnie?

- Słusznie stawia kwestię prawdy jako najważniejszą w dzisiejszych czasach. Prawdy w życiu politycznym i w ogóle jej roli we współczesnym świecie. Cieszę się też, że pojawił się w polskiej polityce ktoś, kto nie boi się mówić o błędzie antropologicznym jako o podstawie tych wszystkich doktryn, które popychają człowieka w miejsca zdecydowanie mu niesprzyjające. Zmuszające go na przykład do odejścia od prawdy, dobra i piękna.

- Czarnek nie jest w tych dążeniach przesadnie radykalny? Zbyt zerojedynkowy? 

- Wydaje mi się, że dzięki wyrazistości i jasnemu stawianiu sprawy ma wielką szansę, żeby doprowadzić obóz polityczny, który reprezentuje, do zwycięstwa, i poruszyć polskim społeczeństwem, tak żeby przemyślało drogę, którą chce podążać w kolejnych dekadach XXI wieku. Jesteśmy bowiem w sytuacji, w której naszemu narodowi zagrażają różnego rodzaju ryzyka, na które Przemysław Czarnek bardzo wyraźnie wskazuje. Ryzyka, które można ograniczyć poprzez odejście od ideologicznych szaleństw, a także powrót do podstawowej odpowiedzialności państwa za każdego obywatela i za wszystkich tych, którzy widzą swoją przyszłość i przyszłość następnych pokoleń w Polsce. Profesor Czarnek ma tu do odegrania bardzo trudną rolą. Ale znając jego osobowość i determinację, jestem przekonany, że ją udźwignie i że w historii politycznej Polski XXI wieku zapisze się jako postać wybitna i znacząca.

- Jakie wartości właściwie wyznaje Czarnek?

- Sądzę, że realizm, który charakteryzuje opierających się o filozofię klasyczną personalistów chrześcijańskich, jest dla profesora Czarnka naturalnym sposobem myślenia i działania. Uprawiana przez niego polityka jest bardziej roztropną troską o dobro wspólne, niż sprawną manipulacją dla pozyskania możliwie najszerszego poparcia elektoralnego. Jestem zdania, że powodem ogromnej popularności profesora są wspomniane już świadectwo autentyczności, stanie po stronie prawdy i jasne stawianie spraw. 

- Jak skomentowałby pan słowa Radosława Sikorskiego, ministra spraw zagranicznych, który napisał, że Czarnek byłby bardzo dobrym kandydatem na premiera, ale nie w Polsce, tylko w Afganistanie?

- Poznałem pana Sikorskiego, gdy współtworzyliśmy Koalicję dla Rzeczypospolitej. I patrząc na to, jak potoczyła się droga polityczna pana Sikorskiego, muszę powiedzieć z pewnym przekąsem, że jest to polityk... bardzo wygimnastykowany. Dla mnie polityk i człowiek totalnie niewiarygodny.

- Wielu przeciwników Czarnka widzi w nim jednak fundamentalistę religijnego. Przedstawiciela ortodoksyjnego katolicyzmu, który dąży do tworzenia wojowniczego, autorytarnego, represyjnego katolickiego państwa wyznaniowego.

- Bycie katolickim fundamentalistą, czyli w istocie personalistą chrześcijańskim, oznacza coś radykalnie innego niż bycie fundamentalistą islamskim. Próba takich porównań świadczy albo o całkowitym niezrozumieniu tych dwóch rzeczywistości przez pana Sikorskiego, albo o próbie bardzo poważnej manipulacji opinią publiczną. A być może o jednym i drugim. Czego można się obawiać ze strony współczesnych katolików? Katolicy nie traktują niewierzących jako wrogów i nie próbują nawracać ich siłą. Naszym podstawowym zadaniem jako chrześcijan jest postawa miłości. Także miłości społecznej wyrażającej się poprzez solidaryzm, subsydiarność, wzajemny szacunek, dbałość o małżeństwo, rodzinę, troskę o dobro wspólne wszystkich. W katolickiej nauce społecznej chodzi o budowanie społeczeństwa, w którym człowiek pozostaje osobą we wspólnocie, a nie narzędziem wykorzystywanym instrumentalnie do realizacji celów, które są mu obce – mówi były prezydent Lublina.

Maszt z flagą i fotowoltaika na dachu

Czarnek mieszka w Natalinie. Na przedmieściach Lublina posiada dom w stylu dworkowym o wartości przekraczającej milion złotych. Od dawna nagrywa z niego filmiki na Youtube. Na dachu faktycznie widać panele fotowoltaiczne, które sprowadzał do pogardliwego określenia „OZE-sroze”, na czym za sprawą czujności europosła Krzysztofa Hetmana, który wytknął mu oczywistą hipokryzję, przejechał się w pierwszym tygodniu „urzędowania” jako kandydat Prawa i Sprawiedliwości na premiera Polski.

Mówił swojego czasu, że lubi kolekcjonować rzeczy z duszą, stąd też liczne pamiątki po biskupie Romanie Andrzejewskim, choćby bujany fotel, obraz, zegar. Na ogródek, którym 48-letni polityk ponoć lubi w wolnym czasie się zajmować, prowadzi ganek z kolumnami, dalej kwiaty, rośliny, krzewy i drzewka, wystrzyżona trawa, maszt z biało-czerwoną flagą. 

W oświadczeniu majątkowym Czarnka tego domu nie ma. Żadna to tajemnica, nigdy tego nie ukrywał, nieruchomość z działką przepisał na żonę Katarzynę. W „Super Expressie” opowiadał, że poznali się we Włoszech. W latach dziewięćdziesiątych przyszły polityk jeździł na wakacje do Milano Marittima, popularnej miejscowości wypoczynkowej w Riwierze Adriatyckiej. Pracował tam w hotelu Perez. A któregoś razu do sąsiedniego ośrodka Amber przyjechała ona. 

- Wpadliśmy sobie tam w oko. Trudność polegała na tym, że ja miałam pracę wieczorną, a Kasia przedwieczorną. Wieczorami nie mogliśmy się spotykać, ale to się jakoś nawiązało – mówił Czarnek w „SE”.

W Polsce kontynuowali znajomość. Pobrali się w 2000 roku. Mają córkę Julię i syna Mateusza. Za sprawą tej pierwszej Czarnek w roli ojca wyprawiał już ślub i został dziadkiem. Katarzyna Czarnek, rocznik ’78, na co dzień jest zaś pracownikiem naukowym KUL. Doktorat obroniła w 2019 roku, uczy studentów biologii komórki, biochemii, ochrony środowiska. 

Jej kariera przyspieszyła, gdy mąż został ministrem i stronę KUL szerokim strumieniem popłynęły pieniądze. Katarzyna Czarnek pełni aktualnie na przykład obowiązki dyrektora Instytutu Nauk Medycznych na Wydziale Medycznym KUL.

- Od mojej żony wara! – krzyczał swojego czasu Czarnek do Marty Wcisło.

Bomba atomowa, moherowy beret

Wszyscy w obozie Prawa i Sprawiedliwości powtarzają, że Czarnek jest ulubieńcem Jarosława Kaczyńskiego. A jednak, gdy prezes PiS namaścił swojego faworyta na potencjalnego przyszłego premiera, zapanowało pewne zdziwienie.

- Spodziewaliśmy się „złotego chłopca” z kapelusza, a dostaliśmy „broń o sile rażenia bomby atomowej”, choć nakrytą na razie „moherowym beretem” – żartuje prominentny polityk PiS ze wschodnich rubieży regionu.

Na Lubelszczyźnie nie brakuje działaczy PiS, którzy Czarnka nie znoszą. Irytuje ich jego pewność siebie. Dyrektorska maniera. To, że praktycznie nie da się wygrać z nim dyskusji. Jest mistrzem erystyki, chwytów retorycznych, porywania publiczności. Uwielbia przemawiać. Czarować głosem. Naprawdę ma coś z Trumpa. 

Powszechnie wiadomo, że z Czarnkiem ledwo toleruje się marszałek Jarosław Stawiarski, teoretycznie partyjny kolega. Redbad Klynstra, były dyrektor Teatru Osterwy, gdy ogłoszono, kogo Kaczyński namaścił na premiera z ramienia PiS, opublikował w mediach społecznościowych zrzut ekranu z prywatnego czatu, w którym marszałek odpisuje wicemarszałkowi Piotrowi Bresiowi, żeby nie doklejać Czarnka do wspólnej konferencji poświęconej poparciu Karola Nawrockiego przed drugą turę wyborów prezydenckich. Stawiarski napisał wulgarnie: „Po ch** Czarnek?”. 

Wypowiedzi na temat Czarnka odmówiło nam również kilku jego wieloletnich doradców i bliskich kolegów, których ostatecznie zostawił na placu boju, daleko za sobą. 

- On się pnie w górę z szybkością rakiety kosmicznej. Jak ktoś nie nadąża, a nie nadąża prawie nikt, spada ze stratosfery na Ziemię – powtarzają w tutejszym oddziale PiS-u.

Przyszły premier czy kombinerki prezesa?

W PiS jest przedstawicielem frakcji „Maślarzy”. Tej bardziej betonowej, zorientowanej na prawo niż „Harcerze”, reprezentowani przez Mateusza Morawieckiego, który Czarnka nie za bardzo poważa. Z wzajemnością, tym większa była więc satysfakcja tego drugiego, gdy ograł byłego premiera w walce o względy prezesa Kaczyńskiego.

Aż pięćdziesiąt osiem procent ankietowanych źle ocenia wybór Czarnka jako kandydata na przyszłego premiera. Pozytywnie o nim w roli szefa KPRM wypowiada się co czwarty badany, czyli niecałe dwadzieścia cztery procent. Tak wynika z badania United Surveys na zlecenie Wirtualnej Polski. 

Marta Wcisło: - Skuteczność polityczna Czarnka wynika tylko z jego agresywnej postawy. Jest kombinerkami w rękach prezesa Kaczyńskiego, który stara się wycinać przeciwników politycznych. Do tego wycinania właśnie służy mu Czarnek. Jest takim taranem do wywracania rządu i demolowania państwa.

Piotr Gawryszczak: - Nie zgadzam się z opiniami, że kieruje się wyłącznie interesem politycznym czy własną karierą. Bardzo często działał ponad podziałami partyjnymi. I nie jest żadnym talibem. Czy też katotalibem. Jest chrześcijaninem. Nie wstydzi się tego. Otwarcie mówi o chrześcijańskich wartościach. O Dekalogu. O tym, że stara się żyć zgodnie z nauką Jezusa Chrystusa. Przypomina o przykazaniach, takich jak „nie zabijaj” czy „nie kradnij”. Nie ma w tym nic złego, nawet jeśli kogoś to uwiera. Daje tym samym świadectwo wiary.

Maja Zaborowska: - Wybór Czarnka na kandydata na premiera jest naciskiem na polaryzację i bardzo ostry język w kampanii. Mówię „ostry”, żeby nie używać jeszcze mocniejszych słów. Będzie podważał wartości, które moim zdaniem są dla nas gwarancją bezpieczeństwa i dobrobytu. Obok nas trwa wojna, sytuacja międzynarodowa jest bardzo niestabilna, trudno przewidywać relacje ze Stanami Zjednoczonymi. W takim układzie antagonizowanie nas z Zachodem, burzenie rzeczywistości, na przykład negowanie odnawialnych źródeł energii i mówienie o powrocie do rozwiązań sprzed lat, typu spalanie węgla, jest po prostu szkodliwe. Ale oczywiście może przyciągnąć część elektoratu, który odchodzi od PiS, zwłaszcza w kierunku bardziej radykalnych środowisk, jak choćby te Grzegorza Brauna. Tylko że w polityce ważna jest jeszcze odpowiedzialność.

Andrzej Pruszkowski: - Jakim człowiekiem i politykiem jest Przemysław Czarnek? Wybitnym. Z pewnością jednym z najwybitniejszych polityków swojego pokolenia.

Maja Zaborowska: - Mam obawę, że za sprawą Czarnka poziom debaty publicznej może na dobre podupaść. Trudno będzie to później odwrócić. Społeczeństwo jeszcze bardziej się podzieli. Jedni staną po tej stronie, inni po tamtej. Niewykluczone, że już na zawsze. Czy taki model uprawia polityki ma przyszłość? Chyba nie. Zwłaszcza teraz, kiedy powinniśmy działać bardzo ostrożnie, nie szukać wrogów tam, gdzie ich nie ma, tylko koncentrować się na tym, co jest naprawdę ważne. A tymczasem znów pojawia się pomysł izolowania się i zamykania. Przemysław Czarnek jest w moim odczuciu pewną emanacją takiej polityki. 

Piotr Gawryszczak: - Uważam, że ma realną szansę zostać premierem Polski. Być może nie jestem w tej ocenie całkowicie obiektywny, bo już przy pierwszych jego wystąpieniach w roli wojewody zrobiło na mnie wrażenie, jak wielką ma wiedzę, zwłaszcza historyczną, i jak ciekawie potrafi ją przekazywać. Ale naprawdę uważam, że mógłby być sprawnym, dobrym premierem. Tego mu zresztą życzę. To człowiek decyzyjny, a w polityce bardzo ważne jest właśnie szybkie i odpowiedzialne podejmowanie decyzji, a nie przeciąganie spraw miesiącami.

Marta Wcisło: - Recepta na pokonanie Czarnka jest jedna: ujawniać jego kłamstwa i hipokryzję. Tłumaczyć przykładowo patologię programu „Willa Plus”. Pokazywać, jak do różnych organizacji, fundacji czy stowarzyszeń powiązanych z PiS przekazał olbrzymie pieniądze, kiedy jeździł na pikniki, grillował, przemawiał w czasie kampanii. Mam nadzieję, że prawda się obroni i że ludzie zobaczą, jak instrumentalnie Czarnek traktuje drugiego człowieka i jak koniunkturalnie podchodzi do polityki.

Andrzej Pruszkowski: - Czy uważam, że profesor Czarnek ma realne szanse zostać premierem Polski? Tak. Bardzo tego sobie i całej Polsce życzę.

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Komentarze

Reklama

ALARM 24

Masz dla nas temat?

Daj nam znać pod numerem:

+48 691 770 010

Kliknij i poinformuj nas!

Reklama

CHCESZ BYĆ NA BIEŻĄCO?

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama