W Kazimierzu Dolnym lany poniedziałek na rynku od dawna ma twarz strażaków. Od powstania Ochotniczej Straży Pożarnej w 1906 roku odwiedzali mieszkańców, składali życzenia, zbierali fundusze na zakup nowego sprzętu. Przełom nastąpił w 1979 roku, kiedy straż pożarna w Kazimierzu Dolnym została wyposażona w nowy samochód bojowy, który posiadał działo wodne.
- No i wtedy strażacy, żeby się zaprezentować mieszkańcom, wyjechali na uliczki Kazimierza, wyjechali na rynek, uruchomili działo, żeby pokazać, jak działa ten nowy samochód, jego walory bojowe. I to się spotkało z wielką radością mieszkańców. No i stało się to od tego momentu zwyczajem — opowiada druh Jerzy Kobiałka.
Choć dla widzów to przede wszystkim kilka minut widowiskowej zabawy, za kulisami wszystko wygląda znacznie bardziej poważnie. W tym roku w przygotowaniach i samej akcji brało udział około 25 osób.
— Tylko do samego zabezpieczenia rynku potrzeba było co najmniej dziesięciu druhów. — mówi druh Tomasz Anysz - Przed wyjazdem trzeba sprawdzić samochody, sprzęt, zabezpieczenia dla druhów jadących na wozach i wszystkie techniczne szczegóły, których z rynku nikt nie widzi.
Liczy się też czas. — Zbiornik napełnia się około trzech minut, zależy jakie mamy ciśnienie hydrantów. — tłumaczy druh Stanisław Wolski - Nawet w trakcie świątecznej akcji musimy myśleć kategoriami gotowości bojowej. W każdej chwili może zdarzyć się tak, że będziemy musieli wyjechać na akcję.
I nie są to tylko teoretyczne założenia. Strażacy wspominają, że kilka lat temu, tuż po zakończeniu pokazu na rynku, musieli ruszyć do prawdziwego pożaru. — Raz, zdarzyło się. Kilka lat temu na Dołach dom się zapalił. Już kończyliśmy tutaj pokazy, działania nasze. - Opowiada druh Krzysztof Górecki - Wszystko też było umówione, w jaki sposób podejmujemy działania, w jakiej kolejności opuszczamy rynek. Dwa zastępy ruszyły na miejsce zdarzenia.
To właśnie kwestia bezpieczeństwa wracała w niemal każdej rozmowie. Dla ludzi stojących na rynku śmigus-dyngus z udziałem strażaków to radosne widowisko. Dla samych druhów — także odpowiedzialność. — To jest nie tylko widowisko, ale to widowisko przede wszystkim musi być bezpieczne dla wszystkich — podkreśla strażaczka biorąca udział w akcji Nelka Dunin-Kozicka — Musimy mieć oczy dookoła głowy, żeby pilnować bezpieczeństwa, żeby nikt nie wbiegł, żeby nikomu się nic nie stało.
A co jeśli ktoś zachowuje się szczególnie brawurowo?
Strażacy przyznają, że nie da się wszystkiego rozpisać z góry. — Nie można mieć na wszystko gotowych scenariuszy, tylko trzeba reagować na to, co się dzieje — mówi Nelka Dunin-Kozicka. Tomek Anysz zaznacza, że na ogół tłum zachowuje respekt wobec samochodów strażackich, ale czujność musi być zachowana zawsze, bo przy takiej liczbie ludzi wystarczy chwila nieuwagi.
Najmocniej w rozmowach ze strażakami wybrzmiewały jednak emocje. Ci, którzy biorą udział w akcji od lat, mówili o radości, adrenalinie i poczuciu wyróżnienia, bo wyjazd na rynek wciąż nie stał się dla nich rutyną. Druh Krzysiek Górecki przyznał, że towarzyszy temu „potężna lawina adrenaliny” i że „nie da się tego w słowa ubrać”. Podkreślał, że nawet po 35 latach nic tu nie spowszedniało, bo za każdym razem, gdy zawyje syrena i wozy ruszają na rynek, znów pojawia się ta sama mobilizacja.
Druh Szymon Andrzejewski nie ukrywa, że wjazd na rynek jest bardzo wzruszający - Szklą się trochę oczy. Jest bardzo przyjemnie. Strażacy mówią też o obopólnej radości — swojej i ludzi czekających na rynku. Gdy z góry widzą tłum, uśmiechy i wyciągnięte twarze, wiedzą, że uczestniczą w czymś znacznie większym niż tylko świąteczna zabawa.
Druh Karol Walencik wspomina rok, gdy na rynku leżał śnieg. - Zawsze laliśmy. Bez względu na pogodę, na ilość ludzi. Dziś też pogoda nam nie przeszkadza. Nigdy nie przeszkadzała.
Na rynku rzeczywiście nie było widać, by pogoda kogokolwiek skutecznie odstraszyła. Choć poranek był chłodny i nieprzyjemny, na sam moment akcji warunki się poprawiły. Pojawiło się słońce, a na płycie rynku zgromadziły się tłumy mieszkańców i turystów. — Od rana była fatalna pogoda, ale na sam moment już teraz mamy słoneczko — mówi Tomek Anysz po zakończeniu akcji. — Na rynek przyszło dużo ludzi, może nie był to rekord, ale co najważniejsze, spowodowaliśmy uśmiech na twarzach tych ludzi — dodaje.
Szczęśliwy był też druh Stanisław Wolski. To jego pierwszy raz “na działku”, a pracę w OSP Kazimierz Dolny zaczął w 1992 roku. Jak było? - Super! - mówi z uśmiechem - Lepiej niż za kierownicą! Tutaj wszystko świetnie widać!
Po akcji, gdy wozy ustawiły się pod studnią, atmosfera zrobiła się luźniejsza. Zmęczenie mieszało się z satysfakcją, ale nie było poczucia, że to tylko kolejny odhaczony punkt w kalendarzu. Raczej przekonanie, że znów udało się zrobić coś, na co ludzie naprawdę czekali. Strażacy powtarzali, że dla wielu osób to już stały punkt świąt, a dla samej jednostki — coś więcej niż tylko pokaz. — Dla straży pożarnej jest to duże święto — mówi Jurek Kobiałka — Wielkanoc to duże święto — dodaje.
I chyba właśnie w tym kryje się siła tej tradycji. W Kazimierzu Dolnym lany poniedziałek nie jest już tylko zwyczajem. To spotkanie mieszkańców, gości i strażaków, którzy na kilka chwil zamieniają rynek w miejsce wspólnej zabawy, ale nigdy nie zapominają, że nawet wtedy odpowiadają za bezpieczeństwo. Dlatego w tej tradycji jest jednocześnie coś lekkiego i coś bardzo poważnego. Frajda, adrenalina, śmiech i tłum ludzi, ale też dyscyplina, plan i gotowość do działania, gdyby życie nagle dopisało własny scenariusz.














Komentarze