Udział w pochodach pierwszomajowych nie był obowiązkowy. Nigdzie nie było to zapisane. Nie było przymusu. Ale…
– Kiedyś nie poszedłem na pochód, wybrałem się na działkę i mi to w pracy wytknęli – wspomina Zdzisław Jarosiński, były pracownik lubelskiej FSC. – Następnego dnia wezwał mnie kierownik i w obecności działacza Podstawowej Organizacji Partyjnej otrzymałem reprymendę. Nie dostałem żadnej kary czy nagany, ale przez kolejne lata omijały mnie awanse, premie.
Inaczej to święto ludzi pracy pamięta pan Władysław, emerytowany żołnierz z Lublina.
– Dla mnie to było radosne święto – mówi. – Mnóstwo znajomych, czuć było podniosłą atmosferę. Potem były różne występy, koncerty, pieczone kiełbaski. Po południu spotykaliśmy się rodzinami ze znajomymi, był alkohol. To były zupełnie inne czasy. W bloku czy na osiedlu wszyscy się znali, pozdrawiali. Dzisiaj każdy siedzi w czterech ścianach i nawet nie wie, kim jest sąsiad.
Przez wiele lat szkoły w PRL-u raczej dość rygorystycznie podchodziły do udziału uczniów w pochodach. Zazwyczaj sprawdzana była lista obecności.
– Pamiętam, że niektórzy pojawiali się tylko na początku, żeby mieć obecność, a potem uciekali – wspomina Jarosław Kowalczyk, absolwent V LO w Lublinie. – Niektórzy wychowawcy sprawdzali jednak obecność zarówno przed, jak i po pochodzie. Zdarzało się, że potem uczniowie na świadectwie mieli obniżone sprawowanie.
Historia obchodów święta 1 maja sięga końca XIX wieku. W Polsce pochody kojarzą się jednak przede wszystkim z czasami PRL-u. Dla jednych były wyrazem poparcia dla systemu, dla innych obowiązkowym „spacerem” pod czujnym okiem kierownika zakładu pracy, nauczyciela albo pani z komitetu. Ulicami miast i miasteczek maszerowali robotnicy, uczniowie, studenci, sportowcy, członkowie organizacji młodzieżowych i pracownicy zakładów, których nazwy brzmiały dumnie nawet wtedy, gdy produkowały coś bardzo prozaicznego, na przykład śruby, uszczelki albo metalowe części do urządzeń, których nikt poza głównym inżynierem nie umiał nazwać.
Były transparenty, chorągiewki, portrety przywódców i hasła. Klasyka brzmiała poważnie: „Niech żyje 1 Maja!”, „Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się!”, „Pokój, praca, socjalizm!” czy też „Program Partii – programem narodu!”. Ale w zbiorowej pamięci przetrwały też te bardziej swojskie, które mogłyby dziś zrobić karierę jako memy.
Wśród tych najbardziej kuriozalnych były np. transparenty z hasłami: „Studenci, kończcie studia w terminie!”, „Chłopi i kobiety wiejskie – podnoście plony z hektara, rozwijajcie hodowlę, walczcie z wyzyskiem bogaczy i spekulantów!”, „Matki Polki! Wychowujcie dzieci na dzielnych patriotów, budowniczych socjalizmu!”.
Tego dnia nie chodziło wyłącznie o świętowanie pracy, lecz o pokazanie, że całe społeczeństwo maszeruje w jednym kierunku – za partią. To podkreślano na każdym kroku, zwłaszcza w mediach, kiedy główne wydanie „Wiadomości” pokazywało tłumy wiwatujące na cześć ówczesnych rządów. Władze dbały o to, żeby w gazetach i kronikach filmowych widać było przede wszystkim radość, porządek i masowość. Dlatego uczestników ustawiano sektorami: osobno szkoły, osobno zakłady pracy, osobno organizacje młodzieżowe, sportowcy, wojsko, milicja, harcerze. Każda grupa miała wyglądać „reprezentacyjnie”.
Główne obchody święta 1 maja w Lublinie przebiegały na Krakowskim Przedmieściu. Tutaj – przy budynku Poczty Głównej – stała trybuna honorowa. W tym miejscu należało się „pokazać”. Maszerujący mieli wyglądać jak najlepiej: energicznie machać chorągiewkami, uśmiechać się, skandować hasła. W praktyce wiele osób czekało tylko, aż miną to najważniejsze miejsce i będzie można się rozejść.
Przez głośniki zawieszone wzdłuż ulicy spiker zapowiadał przemarsz pracowników kolejnego zakładu pracy, szkoły czy uczelni. Wymieniał ich osiągnięcia, sukcesy. Dzisiaj brzmiałoby to dość komicznie, gdyby w głośnikach pojawił się komunikat, że jakiś zakład pracy – dla uczczenia tego święta – przekroczył plan np. uboju trzody chlewnej o 300 procent. Bo i takie wiadomości można było usłyszeć.
Zdarzały się też sytuacje komiczne. W Lublinie w latach 60. jeden z uczestników pochodu tak bardzo chciał uścisnąć działacza partyjnego na trybunie, że obaj z niej spadli. Jak widać, kontakt z władzą bywał czasami bolesny – dosłownie.
W połowie lat 60. przed trybuną honorową zepsuł się także nowiutki, lśniący lakierem Żuk. Było to akurat wtedy, kiedy spiker entuzjastycznie zachwalał wyrób rodem z FSC, podkreślając niezawodność „socjalistycznej motoryzacji”.
Niektórzy z uczestników pochodu szli w nim nawet kilka razy, bo najpierw np. z harcerzami, potem z klubem sportowym, a na końcu jeszcze z mamą z zakładu pracy.
Po uroczystym pochodzie na wszystkich czekało wiele atrakcji. To nie tylko koncerty, występy taneczne, ale przede wszystkim stoiska z napojami, kiełbaskami, słodyczami. Dla dzieci – niecodzienna frajda, żeby wyszaleć się na karuzeli, zjeść watę cukrową czy nawet skosztować pomarańczę, popijając oranżadą. Tego dnia, w latach 80., na przeróżnych festynach pierwszomajowych można też było kupić „napój imperialistów” – czyli coca-colę.
Ale nie zawsze było miło i sympatycznie. Pan Marek z Hrubieszowa pamięta, jak tuż po pochodzie jeden z działaczy miejscowego klubu sportowego Unia wytargał go za ucho – za to, że według niego za nisko niósł flagę.
– Miałem wtedy może z dziesięć lat – wspomina. – Do dziś to pamiętam. Ale pamiętam też, że po pochodzie w parku obok stadionu był festyn pierwszomajowy. Wata cukrowa, piwo dla dorosłych, oranżada dla dzieci i gorące kiełbaski. To była największa atrakcja. Wcześniej same nudy – długie przemówienia, z których rozumiałem tylko tyle, że Związek Radziecki to nasz dozgonny przyjaciel, a Zachód – wróg numer jeden.
Nie wszyscy tego dnia świętowali, wyrażając poparcie dla ówczesnych władz i systemu. Dla niektórych był to dzień wolny od pracy i poświęcony wypoczynkowi. Nic więcej.
– Nie chodziłem na pochody – przyznaje Mirosław Zaręba z Lublina. – Nie należałem do partii, pracowałem w niewielkim zakładzie rzemieślniczym. Kiedyś szef mnie nagabywał, ale powiedziałem, że na żadne tego typu pochody nigdy nie pójdę i więcej mi o tym nie mówił. Jak nie było pogody, to siedziałem w domu. Jak było ciepło, to szedłem na działkę. Nie porywały mnie te wszystkie hasła, meldunki o wykonaniu planu. To była jedna wielka ściema, a każdy udawał, że w nią wierzy. Co roku brakowało sznurka do snopowiązałek, papier toaletowy był luksusem, nawet w lecie były braki napojów gazowanych w sklepach, a na pochodach władza chwaliła się, że Polska Rzeczpospolita Ludowa jest jedną z gospodarczych potęg świata. Dobrze, że ta epoka się skończyła. Zupełnie za nią nie tęsknię. Dziwię się, że niektórzy moi znajomi zachwalają te czasy. Do dzisiaj nie mogę zrozumieć, jak w PRL-u kilkuletni samochód na giełdzie mógł być droższy od nowego, prosto z fabryki. To się kupy nie trzyma.
Uroczystości pierwszomajowe były też swoistym sprawdzianem dla partyjnych działaczy. To oni decydowali, kto stanie na trybunie honorowej. Każda zmiana w jej składzie była sygnałem: kto awansuje, a kto właśnie „idzie w odstawkę”. Miejsce na trybunie mogło otworzyć drzwi do kariery – albo je zatrzasnąć.
1 maja 1989 roku PZPR po raz pierwszy odwołała pochody, obawiając się, że legalna już „Solidarność” całkowicie je zdominuje. Dziś po tych obchodach pozostały głównie wspomnienia – dla jednych gorzkie, dla innych nostalgiczne, a dla wielu po prostu pachnące gorącą kiełbaską z festynu.













Komentarze