Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama

Rodem Lublinianka, a talentem świata obywatelka

Ania Próchniak to urodzona w Lublinie aktorka filmowa i serialowa, absolwentka łódzkiej „filmówki”. Na dużym ekranie debiutowała w produkcji „Bez wstydu” Filipa Marczewskiego, a popularność w kraju przyniosła jej rola „Kamy” w głośnym filmie „Miasto 44” Jana Komasy. Od ponad 10 lat z powodzeniem gra w produkcjach międzynarodowych. Na przestrzeni lat można ją było zobaczyć m.in. w filmach „Les Innocentes” w reżyserii Anne Fontaine, prezentowanym na festiwalu Sundance czy w „Oleg” Jurisa Kursietisa, pokazywanym w Cannes. Za rolę Gity w serialu „Tatuażysta z Auschwitz” Sky/Peacock (w Polsce do obejrzenia na platformie SkyShowtime) została nominowana do nagrody BAFTA Scotland. Ceniona za intensywność i autentyczność kreacji, z powodzeniem łączy pracę w Polsce i zagranicą, konsekwentnie budując swoją pozycję w europejskim kinie.
Rodem Lublinianka, a talentem świata obywatelka

Aniu, czy dla aktorki, która zwiedziła już wiele zakątków Europy, Lublin to faktycznie – tak jak głosi jego hasło reklamowe – miasto inspiracji?

Oczywiście, że tak. Lublin ma w sobie coś wyjątkowego i niepowtarzalnego. Dla mnie to jednak nie tylko miasto, ale przede wszystkim tkanka wspomnień. To właśnie w lubelskim Centrum Kultury chodziłam do Ogniska Baletowego – ten barokowy budynek, były klasztor wizytek z XVIII wieku, miał dla mnie szczególne znaczenie. Spędziłam w tych grubych murach tysiące godzin.

Jak się tam znalazłaś?

Moja miłość do tańca i impuls, by zacząć trenować balet, były czymś bardzo organicznym i intuicyjnym – przejawem rodzącej się we mnie potrzeby niezależności i szukania własnej drogi, bo w moim przypadku było to marzenie dziecka, nie rodziców. I właśnie tam kształtowały się moja konsekwencja i determinacja. Jest w tym coś magicznego, kiedy teraz o tym myślę, bo te długie godziny spędzone w klasztornych murach, na ćwiczeniu coraz trudniejszych baletowych figur, były jak medytacja. Tam zrozumiałam, że poprzez ruch można opowiadać historie, komunikować się z drugim człowiekiem, mówić o emocjach bez słów. To było dla mnie niezwykłe odkrycie i – choć wtedy jeszcze nieświadomy – pierwszy krok w stronę tego, co robię dzisiaj.

Jestem bardzo wrażliwa na wszystko, co związane z Lublinem. Zauważam i doceniam momenty, kiedy ludzie kultury i sztuki mówią o moim rodzinnym mieście, dostrzegają jego charakter i bogactwo kulturowe. Mam też wrażenie, że tego zachwytu nad Lublinem jest dziś coraz więcej - czego dowodem jest choćby wybór miasta na Europejską Stolicę Kultury w 2029 roku. Bardzo mnie to cieszy.

Czy Lublin ukształtował cię jako artystkę? Czy masz tu swoje magiczne miejsca?

W moim domu tematy kultury, literatury i szacunku do historii były obecne od zawsze. To było bezpieczne miejsce, w którym nasiąkałam sztuką, mogłam się kształtować, eksperymentować i szukać. Rodzice dali mi narzędzia i wolność, nauczyli krytycznego myślenia.

Co roku zabierali mnie na Konfrontacje Teatralne, razem oglądaliśmy spektakle eksperymentalnych grup teatralnych z całego świata. Mam do Lublina ogromny sentyment. To tutaj po raz pierwszy poszłam do kina, tutaj zaczęła się moja przygoda z tańcem i teatrem, tutaj chodziłam do klasy dziennikarsko-teatralnej w III Liceum imienia Unii Lubelskiej! Miałam swoje wydeptane ścieżki.

Myślę, że dla osoby z artystyczną duszą Lublin musi być niezwykły…

Lublin jest dla mnie miastem tajemniczym, choć dobrze znanym, wciąż nie do końca odkrytym. Ma w sobie coś z południowych miasteczek Europy, a jednocześnie bardzo wyrazisty, indywidualny charakter. Zawsze znajdował się na styku kultur, jest miastem legend, miastem o silnej tożsamości, której wyrazem jest między innymi niepowtarzalne Stare Miasto z pięknymi, wąskimi uliczkami.

Ale Lublin niesie w sobie także cień przedwojennych miejsc, których już nie ma. To miasto, które pamięta. Czasami nie wiadomo, dlaczego tak mocno wpatrujesz się w oczy filmowego bohatera, który nic nie mówi, albo w abstrakcyjne dzieło sztuki – takie, które teoretycznie nie ma sensu, nie opowiada linearnej historii, a jednak porusza w tobie jakąś strunę. Z tym właśnie kojarzy mi się Lublin – z ciszą, tajemnicą, z czymś, co jest „ponad wiedzą”, z tym, co zostało przeżyte i odcisnęło ślad. To miasto ma w sobie magnetyzm.

Dziś wyjechałaś w świat i nie będzie chyba żadną przesadą stwierdzenie, że jesteś bardziej znana zagranicą niż w Polsce. Dlaczego tak potoczyła się twoja kariera? To dzieło przypadku czy zaplanowana droga?

Nie wiem, czy jestem bardziej znana za granicą niż w Polsce, ale na pewno mam ogromne szczęście od ponad dziesięciu lat pracować przy produkcjach międzynarodowych. Zarówno przy filmach arthouse’owych, które były wielokrotnie pokazywane w konkursach festiwali A-klasy, takich jak Sundance czy Festival de Cannes, jak i przy wysokobudżetowych produkcjach dostępnych na platformach streamingowych na całym świecie, jak serial „Tatuażysta z Auschwitz” z muzyką Hansa Zimmera, w którym gram główną rolę kobiecą u boku Jonah Hauer-Kinga i Harveya Keitela. Ta rola przyniosła mi w zeszłym roku nominację do BAFTA Scotland.

Taka droga wymaga nie tylko talentu, ale i odwagi…

Zawsze miałam w sobie dużo odwagi i determinacji, ale nigdy nie planowałam, że będę grała za granicą – nie zabiegałam o to w sposób szczególny. Myślę, że w dużej mierze był to splot różnych okoliczności, ale też efekt decyzji podejmowanych na kolejnych etapach drogi. Z perspektywy czasu widzę w tym pewną logikę. Sekret tkwi w gotowości. Potrafiłam rzucać się na głęboką wodę za każdym razem, nawet jeśli była coraz głębsza i robiłam to bez lęku, że się wygłupię.

Nie bez znaczenia jest też na pewno fakt, że szybko zaczęłaś grać w polskich produkcjach.

Tak, zanim zaczęłam pracować za granicą, miałam też sporo szczęścia w Polsce. Debiutowałam bardzo wcześnie. Już na drugim roku szkoły filmowej w Łodzi zagrałam Romkę Irminę w filmie „Bez wstydu” Filipa Marczewskiego. Film miał swoją światową premierę na festiwalu w Karlowych Warach, napisało o mnie „Variety”. Reżyser po powrocie z festiwalu mówił mi, że krytycy nie wierzyli, że to moja pierwsza rola. Niedługo później zagrałam jedną z głównych ról w filmie „Miasto 44” Jana Komasy, opowiadającym o Powstaniu Warszawskim z perspektywy młodych ludzi. To było dla mnie bardzo ważne doświadczenie – pierwszy projekt na tak dużą skalę. W moim przypadku to lata przygotowań i miesiące prób, a potem to niezwykłe lato 2013 roku, podczas którego kręciliśmy film i ani razu nie spadł deszcz, dokładnie tak jak podczas powstania.

Film spotkał się z bardzo dobrym przyjęciem, podobnie jak twoja kreacja. 

Za rolę Kamy dostałam kilka nagród w kraju i za granicą, byłam też nominowana do Nagrody im. Zbyszka Cybulskiego. Ten projekt i ta rola mają dla mnie szczególne znaczenie. Później bardzo świadomie starałam się nie zostać zaszufladkowana. Po roli łączniczki w Powstaniu zależało mi na tym, żeby grać postaci różniące się od siebie – wielowymiarowe, nieoczywiste, intrygujące.

Twoja ostatnia premiera to „Les Rayons et Les Ombres”. Co to za film?

To najnowszy film Xaviera Giannoliego, reżysera „Straconych Złudzeń”, nagrodzonych siedmioma Cezarami. Obraz inspirowany jest prawdziwą biografią Jeana Luchaire’a – paryskiego dziennikarza i bon vivanta, który z lewicowego pacyfisty stał się kolaborantem współpracującym z nazistami. Les Rayons et les Ombres opowiada o konsekwencjach kompromisów i moralnych uwikłań. To temat, który we francuskim kinie powraca od lat i wciąż budzi emocje.

W filmie widzimy plejadę znakomitych aktorów.

W rolę Jeana Luchaire’a wcielił się Jean Dujardin, laureat Oscara za „Artystę”. Partneruje mu m.in. August Diehl, który gra ambasadora Trzeciej Rzeszy w Paryżu. Ich relacja jest jednym z głównych napięć filmu. Nastya Golubeva-Carax, gra Corinne Luchaire, córkę Jeana, początkującą aktorkę. Jej powojenne losy stają się punktem wyjścia do refleksji nad odpowiedzialnością i dziedziczeniem wyborów.

A kogo grasz ty?

Ja gram Lydię Rogers, tajemniczą gwiazdę paryskiego kabaretu, muzę i ekscentryczną artystkę, która wchodzi w złożoną relację z Corinne i Jeanem.

To mój drugi francuski film. Co ciekawe, pierwszy – polsko-francuska koprodukcja „Niewinne” w reżyserii Anne Fontaine – stał się dla mnie przepustką do produkcji międzynarodowych. Ten tytuł przez lata do mnie wracał, wielokrotnie wspominali o nim producenci i reżyserzy castingu, z którymi później pracowałam.

Kino francuskie od lat inspiruje twórców na całym świecie. Jak Ty je postrzegasz i co jest Ci w nim najbliższe?

Mam dużą słabość do francuskiego kina. Zwłaszcza Nowa Fala i cinéma vérité mocno kształtowały moją wrażliwość. Bardzo bliskie jest mi też kino Krzysztofa Kieślowskiego – jego francuski okres i trylogia „Trzy kolory”, w której w niezwykły sposób połączył polską wrażliwość z francuską tradycją intelektualną i emocjonalną subtelnością. To kino, które operuje ciszą, niedopowiedzeniem i wewnętrznym napięciem. Coś, co jest mi szczególnie bliskie.

Kreacje w filmach obcojęzycznych to dla ciebie duże wyzwanie? Pytam tu o kwestie warsztatowe, związane stricte z językiem.

To chyba zależy od języka. Grając po angielsku czuję się bardzo swobodnie, bo w ostatnich latach częściej gram w tym języku niż po polsku. Natomiast na planie „Les Rayons et Les Ombres” grałam po francusku i mimo, że uczyłam się tego języka w liceum przez trzy lata, to jednak nie mówię nim płynnie. Pracowałam więc z coachem językowym. To było duże wyzwanie, tym bardziej że reżyser znany jest z pracy opartej na improwizacji. To był więc kolejny skok na głęboką wodę (śmiech).

Czy zdarzyło ci się, że język obcy paradoksalnie dawał ci większą wolność aktorską niż polski?

Ciężko mi jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Uważam, że język jest tylko pretekstem. Najważniejsze jest to, co postać ma do powiedzenia, co nią kieruje, w jakim jest stanie emocjonalnym wypowiadając dane słowa – jaki komunikat ze sobą niesie.

Już w moim pierwszym filmie „Bez wstydu” postać, którą grałam – Irmina – miała kwestie po romsku. Pamiętam, jak ogromnym było to było dla mnie odkryciem, że tak naprawdę nie jest istotne w jakim języku mówię, ale co chcę przekazać.

Wiele twoich ról ogniskuje się wokół tematu II Wojny Światowej. Twój poważny debiut w dużej roli to przecież „Miasto 44” Jana Komasy. Potem m.in. „Niewinne”, „Tatuażysta z Auschwitz”, „Pojedynek” czy wspomniane „Les Rayons et Les Ombres”. Czemu dla reżyserów stałaś się „dyżurną” aktorką od filmów wojennych?

Nie wiem, czy można powiedzieć, że stałam się „aktorką od filmów wojennych” – mam na koncie również sporo współczesnych filmów i seriali. Temat II wojny światowej nigdy nie był też dla mnie argumentem przy wyborze roli. Zawsze najważniejsza jest postać i – tak jak wspominałam – nigdy nie chciałam zostać zaszufladkowana.

Rzeczywiście, mam na koncie kilka produkcji osadzonych w latach czterdziestych XX wieku, ale za każdym razem gram zupełnie inną rolę. To bohaterki wielowymiarowe i magnetyczne. To, co je łączy, to fakt, że stają w obliczu ogromnych wyzwań, często znajdują się w sytuacjach granicznych – wymagających, bardzo głębokich, intensywnych emocji. Myślę, że to właśnie może być klucz, według którego wybieram role, albo taki, który sprawia, że role wybierają mnie.

W Polsce rozpoznawalność zyskałaś dzięki „Miastu”, ale drzwi do międzynarodowej kariery otworzyła ci główna rola w „Tatuażyście”. Jak dostałaś angaż do tej gigantycznej produkcji?

Myślę, że miałam szczęście, że te drzwi uchyliły się na długo przed „Tatuażystą z Auschwitz” – jedno wynikało z drugiego. Kiedy brałam udział w castingu do tego serialu, od kilku lat miałam już agenta w Londynie, za sobą setki self-tape’ów i role w europejskich oraz brytyjskich produkcjach. W tym zawodzie „overnight success” to najczęściej efekt lat pracy.

W trakcie castingów do „Tatuażysty z Auschwitz” zostałam poproszona o nagranie kolejno trzech różnych self-tape’ów do trzech różnych ról, a następnie otrzymałam zaproszenie na spotkanie na Zoomie z reżyserką, casting director, producentami i Jonah Hauer-Kingiem. Ostatnim etapem dopiero był „chemistry test” na żywo.

Wybór Polki do roli Gity nie wydawał się oczywisty…

To był wieloetapowy, bardzo szeroki casting. Zarówno Gita, jak i Lali pochodzili ze Słowacji, jednak ze względu na to, że serial jest produkcją brytyjsko-amerykańską, producenci zakładali, że główną rolę kobiecą zagra raczej aktorka z Wielkiej Brytanii. Ostatecznie trafiła ona jednak do mnie. To było dla mnie ogromnie ważne doświadczenie – kolejny duży casting, który udało mi się wygrać. Podobnie było przy „Mieście 44”, z tą różnicą, że tam poszukiwania były ogólnopolskie, a tutaj – ogólnoświatowe.

Później, kiedy otrzymałam nominację do BAFTA Scotland w kategorii „najlepsza aktorka”, obok takich artystek jak Tilda Swinton czy Saoirse Ronan, poczułam, że to wszystko ma sens, że nic na mojej drodze nie dzieje się przypadkiem. To było niezwykłe uczucie: zostać docenioną w tak ważnym kontekście.

Ten serial to przejmująca opowieść o miłości i walce o przeżycie w najbardziej brutalnej, obozowej rzeczywistości, w czasach odczłowieczenia. Wielu aktorów mówi, że tego typu role „odchorowuje się” tygodniami. Dużo kosztował cię ten serial?

Tak. Myślę, że ten projekt dużo mnie kosztował. To nie byłoby w porządku, gdyby było inaczej. Rola Gity była bardzo wymagająca – zarówno psychicznie jak i fizycznie. Plan zdjęciowy trwał ponad pięć miesięcy, do tego dochodziły przygotowania, próby i cały proces wejścia w tę historię, przyjrzenia się czemuś, co jest niewyobrażalne i głęboko przerażające.

Jednocześnie wierzę, że jeśli coś nas kosztuje, to znaczy, że ma wartość. Najbliższe są mi role, dzięki którym można opowiedzieć ważną historię. Taką, która może sprawić, że ktoś po drugiej stronie poczuje się mniej samotny, bardziej zrozumiany, zobaczony. Wtedy wiem, że ta praca ma sens.

Ale nie powiedziałabym, że „odchorowuję” role. Potrafię wejść bardzo głęboko w emocje, jeśli jest to potrzebne, ale też bezpiecznie z nich wyjść. Najtrudniejsze jest zawsze pożegnanie z projektem i postacią. W końcu żyjesz z nią na co dzień przez długie miesiące. Dzielisz z nią ciało, umysł, wyobraźnię, wrażliwość. W tym przypadku pod koniec zdjęć miałam jednak poczucie domknięcia. Jako ostatnią scenę podczas ostatniego dnia zdjęciowego kręciliśmy scenę porodu, tak więc, także symbolicznie, przyszedł moment, by oddać tę historię widzom.

Ponoć marzy ci się rola w horrorze. Skąd fascynacja tym gatunkiem?

Horrory paradoksalnie mnie uspokajają. Myślę, że mam w sobie sporo napięcia, które towarzyszy mi na co dzień, a ten gatunek, podobnie jak filmy dokumentalne, często przenosi środek ciężkości gdzieś poza mnie. Część z nich to moje guilty pleasure, ale te najlepsze są czymś więcej – stają się platformą do opowiadania o trudnych emocjach i nieprzepracowanych traumach.

Stereotypowo myśli się, że horror to tylko strach, a chyba nie do końca tak jest. 

Myślę, że horror na świecie przeżywa dziś renesans, bo widzowie tęsknią za opowieściami, które nie uciekają od tego, co trudne i niewygodne. Mam też wrażenie, że coraz trudniej jest nam się skupić, a dobrze skonstruowany horror potrafi „chwycić za gardło” i nie puścić, co przynosi ulgę w dobie przebodźcowania i nieustannej gonitwy myśli. 

Czuję też, że w naszej współczesnej rzeczywistości zaczyna brakować metafory, a to właśnie ona jest jednym z fundamentów horroru. To gatunek, który często mówi o rzeczach najtrudniejszych właśnie poprzez obraz, symbol, niedopowiedzenie. W świecie, w którym wszystko jest szybkie i dosłowne, taka forma opowieści wydaje mi się szczególnie potrzebna i dlatego bardzo ją cenię. 

Przywykłaś już do określenia „polska Natalie Portman”?

To bardzo miły komplement, który rzeczywiście towarzyszy mi od dawna. Nie pamiętam już, kto pierwszy go wypowiedział – być może profesor Grzegorz Mielczarek na jednych z pierwszych zajęć z prozy na wydziale aktorskim. W każdym razie wraca do mnie co jakiś czas.

Bardzo szanuję Natalie Portman za jej drogę zawodową, wybory i zaangażowanie w promocję czytelnictwa. „Leon zawodowiec” to zresztą jeden z filmów, przy których dorastałam. Jednocześnie myślę, że chciałabym być postrzegana przede wszystkim jako ja – nie jako „polska wersja” kogokolwiek innego. Od zawsze wpajano mi, że indywidualizm jest fundamentem, że składają się na niego również niedoskonałości i to właśnie one czynią nas niepowtarzalnymi. I tego się trzymam!

Czego dziś szukasz w kinie – jako widzka, nie aktorka?

Myślę, że zarówno jako widz, jak i aktorka czytająca scenariusze, szukam podobnych rzeczy, przede wszystkim autentyczności, szczerości i odwagi. Szukam „teleportu” do innego świata, języka opowiadania, który nie boi się oddechu i ciszy, w którym czuć intencję i myśl, której czystość potrafi poruszyć na wskroś.

Szukam opowieści odważnych, szalonych, autorskiego kina, które wynika z potrzeby opowiedzenia czegoś głęboko osobistego.

Mam dużą słabość do filmów dokumentalnych. To gatunek będący niewyczerpaną kopalnią inspiracji. Dobry dokument potrafi trzymać w napięciu, wzruszać, bawić, a czasem przerażać. Jednocześnie każdy z nich jest rodzajem lustra, w którym się przeglądasz, bo widzisz prawdziwą historię. Każda z nich mówi coś o człowieku, o popędach, konsekwencjach, uwarunkowaniach, o kondycji świata. Dla mnie oglądanie dokumentów to niezwykle fascynujące i głęboko humanistyczne doświadczenie

Jednocześnie często wracam do klasyków kina Godarda, Tarkowskiego czy wspomnianego wcześniej Kieślowskiego.

W kilku wywiadach powiedziałaś, że chciałabyś częściej pojawiać się w polskich produkcjach. Czy zanosi się na to?

Oczywiście, że chciałabym pojawiać się częściej w polskich produkcjach. Niedawno można było mnie zobaczyć w „Pojedynku” Łukasza Palkowskiego. Zobaczymy, co przyniesie przyszłość, jestem dobrej myśli!

Dzięki zagranicznej karierze zwiedziłaś już wiele miejsc, w tym tak nieoczywiste jak Islandia. Gdzie na stałe mieszka Ania Próchniak i gdzie chciałaby mieszkać za 10 lat?

Mieszkam w Warszawie, ale przez ostatnie lata rzeczywiście spędzałam więcej czasu na planach poza Polską niż w domu. Mam w sobie coś, co pozwala mi „wozić dom ze sobą” i oswajać kolejne miasta. Kiedyś nie było to dla mnie takie oczywiste, ale dziś jest to dużo prostsze.

Myślę, że jestem na etapie, w którym udało mi się poukładać wiele rzeczy. Mam w sobie więcej spokoju i bliskich, na których zawsze mogę liczyć niezależnie od tego, gdzie jestem. To daje mi poczucie bezpieczeństwa – a to chyba najbliższy mi dziś synonim domu.

A za dziesięć lat? Nie wiem. Nie wykluczam życia między dwoma krajami. Kto wie? Chciałabym móc wracać do Polski, ale też nie miałabym problemu z tym, żeby część roku spędzać gdzieś zupełnie indziej.

Zaglądasz jeszcze w rodzinne strony?

Tak, za każdym razem wracam do Lublina z sentymentem. Mam do tego miasta dużo czułości. Wzrusza mnie to, jak się zmienia i jak jego naturalne piękno staje się coraz bardziej widoczne. Cieszę się też na Europejską Stolicę Kultury w 2029 roku!

Lublin w ostatnich latach „grał” w kilku filmach. Zakładam, że jako Lublinianka i miłośniczka kina widziałaś je…

Tak, to prawda – Lublin to miasto, które pięknie się fotografuje i coraz częściej staje się doskonałą, żywą scenografią filmową.

Na mnie szczególne wrażenie zrobił „The Real Pain” – film lekki w formie, ale bardzo głęboki w treści, opowiadający o traumie. Ta „słodko-gorzka” historia, balansująca między humorem sytuacyjnym a momentami głębokiego, przejmującego smutku, z miłością i czułością pokazuje Lublin.

Szczególnie ciekawe jest to, jak wiele osób z Polski było zaangażowanych w tę hollywoodzką produkcję – między innymi świetny operator Michał Dymek, z którym znamy się jeszcze ze Szkoły Filmowej w Łodzi. Napawa mnie ogromną dumą to, jak jego międzynarodowa kariera nabiera tempa. To wspaniały artysta i człowiek, który zasługuje na wszystko, co najlepsze.

Czy to nie piękne, że w tym projekcie spotkali się twórcy z różnych stron świata, a Lublin stał się dla nich wspólną przestrzenią opowieści?

Bez wątpienia. Czas szybko płynie. Kiedyś chadzaliśmy tym samym korytarzem „Unii”, dziś spotykamy się mając już ustabilizowaną zawodową sytuację. Co byś powiedziała młodej Ani Próchniak, stojącej u progu dorosłości?

Powiedziałabym jej, żeby nigdy nie wątpiła w siebie i żeby mierzyła tak wysoko, jak tylko chce. Żeby pamiętała, że przekonania stają się rzeczywistością, więc warto mówić do siebie z miłością i czułością. Żeby miała odwagę czuć wszystko. Ale żeby pamiętała, że najważniejszą wartością w życiu jest spokojny układ nerwowy. Ale myślę też, że ona już wtedy miała w sobie tę intuicję.


Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Komentarze

Reklama

ALARM 24

Masz dla nas temat?

Daj nam znać pod numerem:

+48 691 770 010

Kliknij i poinformuj nas!

Reklama

CHCESZ BYĆ NA BIEŻĄCO?

Reklama
Reklama
Reklama