Choć nazwa brzmi tajemniczo, samo zjawisko jest dobrze znane od wieków. Eta Akwarydy obserwowano już w średniowieczu – pierwsze wzmianki pochodzą z Chin z 687 roku. Dziś wiadomo, że rój ten ma związek z jedną z najsłynniejszych komet – Halleya. To właśnie pozostawione przez nią drobiny kosmicznego pyłu wpadają w ziemską atmosferę, tworząc jasne smugi na niebie.
Aktywność roju trwa od połowy kwietnia do końca maja, ale to właśnie noc z 5 na 6 maja zapowiada się najciekawiej. W idealnych warunkach, czyli z dala od miejskich świateł i przy bezchmurnym niebie, można liczyć na kilkadziesiąt meteorów w ciągu godziny. W praktyce wszystko zależy od pogody i… cierpliwości obserwatora.
Meteory z tego roju są wyjątkowo efektowne – szybkie, jasne i często pozostawiają za sobą świetlisty ślad. Ich radiant, czyli miejsce, z którego pozornie „wylatują”, znajduje się w gwiazdozbiorze Wodnika. Nie trzeba jednak wpatrywać się dokładnie w ten punkt – lepiej obserwować fragment nieba nieco obok.
Najlepszy moment na obserwacje przypada w drugiej części nocy, tuż przed świtem. Wtedy konstelacja Wodnika wznosi się wyżej nad horyzontem. W tym roku pewnym utrudnieniem może być Księżyc, kilka dni po pełni, który rozświetli niebo i ograniczy widoczność słabszych zjawisk.
Do obserwacji nie potrzeba żadnego specjalistycznego sprzętu. Wystarczy ciemne miejsce, odrobina wygody i chwila skupienia. To jedno z tych widowisk, które nie kosztują nic, a potrafią zrobić ogromne wrażenie.
Dla przypomnienia – „spadające gwiazdy” nie mają nic wspólnego z gwiazdami. To niewielkie okruchy materii kosmicznej, które spalają się w atmosferze Ziemi. Jeśli fragment jest większy i dotrze do powierzchni, mówimy już o meteorycie. Niedawno taki obiekt znaleziono w centralnej Polsce – ważył niemal 3 kilogramy i był efektem spektakularnego zjawiska widzianego nad krajem w połowie kwietnia.














Komentarze