Nasz blok został zbudowany po wojnie i był typową socrealistyczną bryłą: prostą, surową, przytłaczającą. Okna mieszkania z jednej strony wychodziły na „wnętrze osiedla”: pozostałe budynki, przedszkole i żłobek, a po drugiej stronie był rozległy, zaniedbany plac – pozostałości po dawnych zabudowaniach, a nawet po fragmencie pasa startowego. Ten obszar był porządkowany, wyrównywany i później powstało tu boisku, a teraz stoi kościół. Ale o tym opowiem za chwilę.
Czołgi na kocich łbach
Tuż obok biegła ulica Pogodna wyłożona wtedy kocimi łbami. Pogodna oddzielała Bronowice od Majdanu Tatarskiego, który był typowo podmiejskim obszarem. Drewniane, skromne chałupki, jakieś komórki, dużo drzew owocowych, gruntowa droga, bez bieżącej wody i kanalizacji. Mało atrakcyjne miejsce, które później zostało zrównane z ziemią i powstała dwupasmówka.
Kiedy wiosną zaczynały się roztopy po tych kocich łbach płynęła w dół woda. Puszczaliśmy z kolegami na tej „rzeczce” łódki z zapałek. Do domu wracaliśmy przemoczeni, zmarznięci, ale szczęśliwi.
Kocie łby prowadziły do jednostki wojskowej przy Drodze Męczenników Majdanka. Kojarzą mi się z czołgami, które jeździły ulicą Krzemionki w stronę Dworca Północnego. Bardzo się ich bałem, bo przypominały mi wojnę – to były czasy powojenne i ta trauma była bardzo świeża.

Odkopali protezy, zrobili boisko
Plac przed naszym blokiem to było jedno wielkie rumowisko. Odkąd pamiętam pracował tam spychacz i równał ten teren. I pewnego dnia robotnicy dokopali się do… protez ludzkich kończyn. To było coś makabrycznego, nie do wytłumaczenia. Nie wiadomo, skąd te protezy się tam wzięły, czy zostały zakopane po likwidacji obozu na Majdanku, czy pochodziły jakiegoś szpitala. To na zawsze pozostało mroczną tajemnicą.
W końcu na placu powstało boisko. To było duże, pełnowymiarowe boisko. W ramach prac społecznych porządkowaliśmy je z chłopakami, wyrównywaliśmy powierzchnię, sialiśmy trawę. Obok spychacze usypały sporą górkę, z której zjeżdżaliśmy zimą na sankach. A boisko zamieniało się zimą w lodowisko. I to było lodowisko z prawdziwego zdarzenia! W grudniu przyjeżdżała straż pożarna i wylewała wodę. A my wyrównywaliśmy taflę lodu starymi siennikami. Lodowisko było oświetlone lampami i było największe w całym mieście. Można było jeździć na łyżwach do nocy. Drugie mniejsze lodowisko powstało na pasie startowym.

Basen na Łabędziej
Chodziłem do Szkoły Podstawowej nr 33 przy ulicy Pogodnej. Niedaleko był Dom Dziecka, z którego dzieci uczyły się w Szkole Podstawowej nr 42. Kiedy tę podstawówkę zlikwidowano i powstało tam Liceum nr 8, uczniowie przeszli do nas.
Ze szkoły pamiętam inscenizacje sztuk, które przygotowywaliśmy. W Zemście grałem Papkina, wystawialiśmy też Pana Tadeusza. Nasza wychowawczy i zarazem nauczycielka języka polskiego stawiała na rozwój artystyczny i mieliśmy z tego frajdę.
Dużą atrakcją był basen przy ulicy Łabędziej. Basen był odkryty, miał 25 metrów długości. Był czynny całe lato i ściągał młodzież z całego miasta. A my mieliśmy go dosłownie pod nosem.
Trzy beczki w warzywniaku i setka w Picolo
Blisko naszego bloku były Delikatesy przy ulicy Puchacza, które zawsze były dobrze zaopatrzone. Na Lotniczej był Dom Książki i warzywniak. Z tego warzywniaki pamiętam trzy wielkie beczki: jedna z ogórkami kiszonymi, druga z kapustą kiszoną, a trzecia ze śledziami solonymi – z łbami i bez łbów. Na roku Lotniczej i Drogi Męczenników Majdanka był duży sklep mięsny, dalej był papierniczy, fryzjer, tekstylny, apteka. No i Picolo – słynna speluna ze śledzikiem, piwkiem i wódeczką.
Ten pasaż handlowy skręcał w lewo, dalej była poczta, SAM spożywczy „15” i elektryczny. Na końcu był dom kultury z biblioteką. A po przeciwnej stronie słynna Moda Polska, w której naprawdę można się było dobrze ubrać.
Obok był targ – który zresztą funkcjonuje do dzisiaj w dużo bardziej rozbudowanej formie. Z tamtych czasów pamiętam to miejsce z jednego powodu. Otóż na targu kupowało się gumy balonowe „Donaldówy” – przywożone zza granicy albo dostępne w Pewexach. Jedna „Donaldówa” kosztowała 10 złotych (to był majątek!), a kupowało się ją przede wszystkim dla załączonej historyjki obrazkowej.

Telefon w hotelu
Z obiektów, które przetrwały do dzisiaj warto wspomnieć o hotelu przy ulicy Pogodnej (dzisiaj to blok mieszkalny). Wtedy był to hotel Przedsiębiorstwa Usług Socjalnych Budownictwa przeznaczony dla robotników i ich rodzin. W hotelu był telefon na monety, do którego ustawiała się długa kolejka, bo po prostu telefonów nikt wtedy nie miał. O ile z łącznością telefoniczną były problemy to trzeba przyznać, że dzielnica była dość dobrze skomunikowana z miastem. Podstawowym autobusem jadącym do centrum była 7, potem doszła jeszcze 14 i 23. Drogą Męczenników Majdanka jeździły też trolejbusy. Początkowo była to linia 22, potem doszło 53 przemianowane z czasem na 153 i 56 zmienione na 156. Trolejbusy były zawsze wypełnione na ścisk, jechały powoli kiwając się na boki, szelki często spadały, ale jakoś jechało się do celu.

Cyrk Arena
Moim najpiękniejszym wspomnieniem z dzieciństwa jest miesiąc, który spędziłem z cyrkiem Arena, słynnym na całą Polskę. Cyrk rozstawił się na placu tuż przy naszym bloku. Przez otwarte okno widziałem wejście na arenę i mogłem tak oglądać wszystkie przestawienia! Największe wrażenie zrobiły na mnie występy zwierząt – był lew, tygrys bengalski, słoń. Po przedstawieniach chodziłem na zaplecze cyrku, poznałem wszystkich artystów, z bliska przyglądałem się zwierzętom, które były bardzo zadbane i otoczone wyjątkową opieką. A z dziećmi cyrkowców chodziłem przez miesiąc do szkoły. Polubiliśmy się bardzo, ciężko było się rozstawać. To był magiczny miesiąc, jak z filmu Disneya. Nigdy go nie zapomnę.
Wysłuchała Magdalena Bożko-Miedzwiecka














Komentarze