Monika przed urlopem macierzyńskim pracowała w administracji. Dziś zarządza zespołem złożonym z 7 pracowników, który obsługuje setki urodzin rocznie i – jak sama mówi – nie zamieniłaby tego na żaden etat.
„Wracam po trzech latach i co teraz?"
Wiele kobiet po długiej przerwie na urlop macierzyński mówi, że powrót na rynek pracy to jeden z trudniejszych momentów w życiu. Jak to wyglądało u ciebie?
Bardzo trudno. Byłam na urlopie łącznie prawie trzy lata – dwójka dzieci, różnica między nimi niecałe dwa lata. I kiedy zaczęłam realnie myśleć o powrocie do pracy, poczułam, że coś we mnie się temu sprzeciwia. Nie tyle sam pomysł pracy, co świadomość, że wracam do miejsca, które zostawiłam trzy lata temu, jakby nic się nie zmieniło. A ja zmieniłam się ogromnie. Inne rzeczy są dla mnie ważne, inaczej myślę o czasie, o priorytetach. Siedziałam wieczorami i zadawałam sobie pytanie: czy naprawdę chcę wracać do tego samego biurka?
I co ci odpowiedziało?
Mąż zapytał mnie pewnego wieczoru wprost: to czego ty tak naprawdę chcesz? Odpowiedziałam – czegoś swojego. Nie wiedziałam jeszcze czego dokładnie, ale wiedziałam, że nie chcę znowu być tylko pracownikiem. Zaczęłam myśleć, co przez ostatnie lata robiłam naprawdę dużo i co znam lepiej niż większość ludzi. Odpowiedź była prosta – sale zabaw. Przez trzy lata urlopu odwiedziłam ich dziesiątki. Z wózkiem, z jednym dzieckiem, z dwójką naraz. Wiem, co znaczy dobra sala zabaw dla rodzica i co znaczy zła.
Pomysł, który dojrzewał przy każdej wizycie w bawialni
Ale od „znam się na salach zabaw jako mama" do „otworzę własną" to duży krok. Jak do niego doszłaś?
Na sale zabaw zaczęłam patrzeć inaczej niż przeciętna mama – jak klient, który wie, czego mu brakuje. Wiele miejsc było świetnych pod względem atrakcji, ale organizacyjnie kulało. Rezerwacje tylko przez telefon, chaotyczne zarządzanie urodzinami, brak jasnej informacji o cenach. Mnie to denerwowało. I gdzieś z tyłu głowy zapisywałam sobie: „to można zrobić lepiej". W pewnym momencie zebrałam te przemyślenia i okazało się, że mam w głowie gotową wizję miejsca, które chciałabym prowadzić.
Jak wyglądały początki – lokal, inwestycja, pierwszy rok?
Byłam przerażona. Nigdy wcześniej nie prowadziłam żadnej firmy. Pracowałam w administracji, więc finanse, umowy, negocjacje z dostawcami – to był zupełnie nowy świat. Razem z męzem zrobiliśmy biznesplan. Lokal znaleźliśmy po trzech miesiącach szukania. Chciałam być blisko centrum, żeby mama z wózkiem mogła dojść pieszo, ale jednocześnie potrzebowałam dużej powierzchni i rozsądnego czynszu. Kompromis znalazłam w dawnym magazynie przy osiedlowej ulicy – nieoczywista lokalizacja, ale parking był duży i okazało się, że to duży atut dla rodziców. Remont trwał cztery miesiące. Otworzyłam w sierpniu, tuż przed sezonem urodzinowym. Z perspektywy czasu – trafienie z terminem otwarcia to był mój najlepszy ruch.
Urodziny co weekend – i zeszyt, który przestał wystarczać
Urodziny to duża część biznesu sali zabaw. Jak sobie z tym radziłaś na początku?
Na początku fatalnie. Zeszyt i Excel. Telefon dzwonił w środku zabawy z dziećmi, mama pytała o wolny termin, ja biegłam po notes, nie mogłam znaleźć długopisu. Chaos. To mnie szybko zmotywowało do szukania rozwiązania, bo wiedziałam, że nie chcę zatrudniać kogoś tylko po to, żeby odbierał telefony z rezerwacjami. Chciałam, żeby cały ten proces działał automatycznie – żebym mogła skupić się na dzieciach i jakości, nie na logistyce.
bday.love – rezerwacje, które obsługują się same
I tak trafiłaś na bday.love?
Tak. Szukałam w internecie oprogramowania dla sal zabaw i trafiłam na bday.love. Na początku byłam sceptyczna – że pewnie drogie albo skomplikowane. Sprawdziłam i okazało się, że system jest intuicyjny, a cena rozsądna jak na to, co dostaję. Wdrożyłam się w jeden wieczór.
Zmieniło mi to pracę fundamentalnie. Klienci rezerwują online sami – rodzic wchodzi na moją stronę, widzi dostępne terminy, wybiera pakiet urodzinowy, opcje dodatkowe, wpisuje dane dziecka i płaci. Ja dostaję powiadomienie. Bez jednego telefonu. To brzmi może banalnie, ale kiedy w sobotę mam trzy imprezy i przygotowuję sale, naprawdę nie mam czasu rozmawiać z każdą mamą przez kwadrans o tym, czy można zmienić smak tortu. System pilnuje kalendarza, pobiera płatności z góry, wysyła rodzicom przypomnienia przed imprezą. Odwołania w ostatniej chwili praktycznie zniknęły.
Cenię sobie też katalog sal zabaw, który bday.love prowadzi dla rodziców. Zanim otworzyłam salę, sama go przeglądałam. Teraz jestem po drugiej stronie i widzę, że nowe zapytania stamtąd przychodzą – rodzice, którzy nigdy by mnie nie znaleźli w Google, trafiają na mój profil przez wyszukiwarkę na bday.love.
Nie bałaś się, że automatyzacja spłyci kontakt z klientami?
Trochę tak. Ale okazało się odwrotnie. Kiedy nie muszę co chwila odbierać telefonu w sprawie rezerwacji, mam więcej czasu i energii dla rodzica, który stoi przede mną. Na omawianie szczegółów imprezy, na pytanie, co lubi urodzinowe dziecko. Automatyzacja zajęła się rzeczami powtarzalnymi. Relacje zostawiła mnie.
Rada dla tych, które jeszcze się wahają
Co byś powiedziała komuś, kto teraz jest w miejscu, w którym ty byłaś trzy lata temu – wraca z macierzyńskiego i nie wie, co dalej?
Żeby nie czekał na idealny moment, bo on nie nadchodzi. Jeśli masz dzieci, rozumiesz potrzeby rodziców i masz serce do pracy z ludźmi – ta branża jest dla ciebie. I żeby od pierwszego dnia zadbał o porządne narzędzia. Nie kombinuj z zeszytem i Excelem, bo szybko wypalasz się na administracji zamiast na tym, co lubisz.
Otwarcie sali zabaw to najlepsza decyzja, jaką podjęłam po macierzyńskim. Moje dzieci wpadają do mnie po szkole. Jestem własnym szefem. I każde dziecięce urodziny, które obsługuję, przypominają mi, po co to wszystko robię.

Komentarze