Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama

Zwierzęta to moja pasja

Andrzej Rater ze Świdnika jest zafascynowany zwierzętami od dzieciństwa. Ptaki, psy, chomiki w rodzinnym domu w Radzyniu Podlaskim były od zawsze. Żyjąc w ich otoczeniu nawet nie przypuszczał, że po latach dzięki nim będzie utrzymywał rodzinę
Rodzice widzieli przyszłość syna jako mechanika, więc po podstawówce trafił do miejscowej zawodówki, a potem do technikum. Metale i metody ich obróbki nie osłabiły jednak jego wrażliwości na przyrodę. - Kiedy tylko mogłem, wyrywałem się do wsi Szóstka koło Międzyrzeca, gdzie ksiądz Wojciech trzymał na plebanii ryby, a w ganku różne ptactwo. Znajomość ta przetrwała lata - mówi dzisiaj A. Rater. Liczył, że ten zakład będzie miejscem jego zawodowej kariery i życiowej stabilizacji. Tak się nie stało. Po roku ślusarz-niter otrzymał wezwanie do wojska. Trafił do szkoły materiałów pędnych w Puławach, potem na dęblińskie lotnisko. W 1986 roku, służąc w wojsku, ożenił się ze świdniczanką Barbarą. W WSK, gdzie powrócił do pracy po wojsku, zarobki zaczęły spadać, potrzeby rodziny natomiast szybko rosły. Zamienił więc firmę państwową na prywatny zakład. Wiodło mu się lepiej tylko do czasu, gdy były zamówienia. Później było już tylko coraz gorzej... - Przez wszystkie te lata trzymałem w domu jakieś zwierzątka, często chodziłem też do sklepu zoologicznego - mówi. - W 1989 roku jego właściciel, zmieniając branżę, zaproponował mi, abym odkupił wyposażenie. Pokusa była duża, ponadto wokół siebie słyszałem wręcz natrętne: \"Bierz sprawy w swoje ręce”. Przez blisko rok szukali z kolegą lokalu. W 1990 r. otworzyli sklep zoologiczny. Początki były trudne, zyski niewielkie, więc po półtora roku został sam. Wspólnik wyjechał za chlebem do Francji, natomiast pan Andrzej zaangażował do pomocy rodzinę: teściową, u której mieszka do dziś, żonę i dzieci. wspomina jako wyczerpującą pracę. Walczyć musiał nie tylko o klienta, ale również i z sąsiadami, którzy nie byli mu życzliwi. Sytuacja poprawiła się, gdy w 1997 r. wykupił na własność duże pomieszczenie w piwnicy, z odrębnym wejściem. Z finansami nadal jednak było źle. Aby wspomóc sklep i nie wpaść w długi zajął się produkcją i dystrybucją pokarmu dla gryzoni i egzotycznych zwierząt. Po zwierzątka jeździ do Łodzi na jedyną w Polsce giełdę zoologiczną, odwiedza ich hodowców i hurtowników, czasem zastępuje żonę w sklepie. Cieszy go widok klientów, którzy robili u niego zakupy jako kilkunastoletni młodzieńcy, a dzisiaj przychodzą ze swoimi dziećmi. - Takie kontakty są mi potrzebne, bo przekazuję wiedzę młodym pasjonatom, ale również wiele się uczę od długoletnich hodowców - mówi. Prowadzi sklep już ponad dziesięć lat, przysłowiowych Wierzy jednak, że z czasem ludziom będzie się lepiej żyło, a telewizor i komputer nie zdominują ich życia. Bo, jak mówi, najlepiej się wypoczywa wieczorem, gdy siedząc w fotelu ogląda się akwarium - mebel, który nie da się zaprogramować. Jego marzeniem jest by, chociaż jedno z dzieci, piętnastoletnia obecnie Iza lub czternastoletni Łukasz, skończywszy weterynarię przejęli ten rodzinny interes. Chociaż... W sklepie też widać zastój. Klienci kupują mniej i tańsze gatunki zwierząt. Nie sprowadza więc już rzadkich żółwi greckich po 200 zł czy stepowych po 110 zł, a tylko wodno-lądowe, czerwonolice, po 15 zł. Tak samo jest z rybami czy ptakami. Nie ma chętnych na słodkowodną murenę za kilkadziesiąt złotych. Jako ciekawostkę podaje cenę niebieskoskrzydłej papugi ary wystawionej na łódzkiej giełdzie: 12 000 zł.

Podziel się
Oceń

Komentarze

Reklama

ALARM 24

Masz dla nas temat?

Daj nam znać pod numerem:

+48 691 770 010

Kliknij i poinformuj nas!

Reklama

CHCESZ BYĆ NA BIEŻĄCO?

Reklama
Reklama
Reklama