Ostatni w tym roku mecz w Łęcznej, rozgrywany w przeddzień barbórkowego święta, ściągnął na trybuny trzy tysiące kibiców – w większości górników, którzy liczyli, że piłkarze sprawią im okolicznościowy prezent. Niestety, srodze się rozczarowali. Górnik zagrał beznadziejnie, zasłużenie przegrał z II-ligową Koroną 0:2 i odpadł z Pucharu Polski.
Wiadomo było, że Górnik musiał wygrać, żeby marzyć o awansie do dalszej fazy PP, podczas gdy gości zadowalał remis. Dla kilku zawodników łęczyńskiej jedenastki miał to być ostatni sprawdzian przed planowanymi rozmowami kontraktowymi. Z przebiegu wydarzeń na boisku trudno było jednak odróżnić, która drużyna występuje w ekstraklasie, a która w II lidze i komu bardziej zależy na zwycięstwie... Kto wie, jeżeli Górnik nie zmieni swojego stylu gry, to czy oba zespoły za pół roku nie zamienią się miejscami...
Gospodarze jedyną groźną akcję w pierwszej połowie przeprowadzili w 10 min. W zamieszaniu na polu karnym Sławomir Nazaruk uderzył głową z ostrego kąta, ale Aleksander Radunović wybił piłkę na róg. Jednak więcej w tym było przypadku niż pomysłu. Kielczanie takich sytuacji stworzyli więcej, a Robertowi Mioduszewskiemu szczególnie dał się we znaki Grzegorz Piechna. Biegający do niedawna po III-ligowych boiskach piłkarz w Łęcznej wypadł jak profesor.
Niebezpieczne akcje kielczan przyniosły efekt przed przerwą. Gol padł po dwójkowej akcji Rafała Wójcika z Piechną. Ten ostatni został sfaulowany w polu karnym przez Artura Bożyka i sędzia wskazał na jedenasty metr. Co gorsza, Bożyk obejrzał drugą żółtą kartkę i powędrował do szatni. Rzut karny pewnie wykorzystał Arkadiusz Bilski.
Po zmianie stron obraz gry się nie zmienił. Korona wciąż przeważała, a Górnik raził nieporadnością i bezbronnością. Gospodarzy było stać tylko na słaby strzał Sebastiana Szałachowskiego. Gdyby nie Mioduszewski i brak skuteczności Korony mogło skończyć się pogromem. Drugi gol musiał paść. W 58 min Wójcik wykorzystał sytuację „sam na sam”.
Reklama













Komentarze