Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama NOWY LEXUS RZ: Rewolucja totalna! | DNI OTWARTE 4-9 MAJA

Nie wycinam choinek

Jest jedynym trenerem w dziejach rodzimego futbolu, który dwukrotnie wprowadził reprezentację Polski do finałów mistrzostw świata (1982, 1986).
Śpiewano o nim piosenki. Dziesięć lat po meksykańskim mundialu znów przejął obowiązki selekcjonera. Nie zdołał jednak powtórzyć wcześniejszych sukcesów i usunął się w cień. Natomiast niedawno, 11 grudnia, znalazł się w Zarządzie PZPN i jest wymieniany - jako główny kandydat - na nowego wiceprezesa ds. szkoleniowych. Z okazji świąt Bożego Narodzenia postanowiliśmy przypomnieć naszym Czytelnikom Antoniego Piechniczka z nieco innej strony... • Jak będą wyglądały najbliższe święta w pana rodzinie? - Bardzo radośnie. Wprost nie mogę się doczekać. Znów wszyscy razem zasiądziemy do wigilijnego stołu. A w naszym przypadku nie jest to łatwe. Otóż starsza córka, wkrótce po ukończeniu medycyny, wyjechała do Kanady, a obecnie mieszka z mężem i dwójką dzieci w Bostonie. Mamy z żoną ogromną satysfakcję, że nasze wnuki, Kuba i Madzia, znakomicie mówią po polsku, chociaż chodzą do amerykańskiej szkoły. Pragniemy urządzić im takie Boże Narodzenie, które po powrocie za wielką wodę będą jeszcze długo wspominać. Dom został pięknie udekorowany. Prezenty czekają. Oby tylko nie zabrakło śniegu... • Ile w sumie macie państwo wnuków? - Siedmioro. Syn ukończył Katolicki Uniwersytet Lubelski i mieszka z Chorzowie. Natomiast młodsza córka trafiła do Opola. Z nimi utrzymujemy oczywiście regularne kontakty. Natomiast przylot gości z USA stał się prawdziwym wydarzeniem. • Mógłby pan zdradzić, jakie potrawy znajdą się na stole? - Podczas wieczerzy wigilijnej tradycyjnie dominować będą karpie w różnych postaciach. Nie zabraknie zupy rybnej oraz typowo śląskich \"makówek” - to mak zmieszany z bakaliami i podawany ze słodką bułką. • Ciekawi jesteśmy, do jakich wspomnień z okresu dzieciństwa najczęściej powraca pan przy takich okazjach? - Nad moimi bliskimi zawisło jakieś fatum. Dziadek, ojciec i wujek nie wrócili z frontów I i II wojny światowej. Byłem pierwszym mężczyzną dorastającym w rodzinie. Kiedy zacząłem grać w słynnej szkółce profesora Józefa Murgota i strzeliłem bramkę - wycinki z gazet przechowywano w domu niczym relikwie. Oczywiście pod choinką znajdowałem głównie prezenty związane ze sportem: narty, piłki, łyżwy... • W sumie osiem lat spędził pan w Tunezji i Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Przypuszczam, że w krajach arabskich dość trudno było pielęgnować nasze świąteczne tradycje? - Dla mnie Boże Narodzenie to nie tylko uczta dla podniebienia, ale przede wszystkim przeżycie duchowe. Nie wyobrażam sobie tych podniosłych chwil bez udziału w pasterce. W Tunezji czuło się jeszcze oddech Europy. Można było odbierać telewizję Rai Uno, która przekazywała bezpośrednie transmisje z Watykanu. • Ale gdzie w Emiratach znalazł pan kościół katolicki? - Akurat w tym kraju nigdy nie dostrzegłem przejawów islamskiego fanatyzmu. Szejk był bardzo tolerancyjny. Z myślą o grupie około 1,5 miliona zagranicznych przybyszów ufundował świątynie różnych wyznań. Kościół katolicki był zwykle przepełniony, a ksiądz modlił się także za zdrowie hojnego władcy. Przedstawiciele Polonii zwykle trzymali się razem. Do Emiratów przyjeżdżali na ogół ludzie o wysokich kwalifikacjach. Na przykład nasi geodeci bardzo sprawnie oznaczyli numerami ulice i domy w Abu Dabi. Arabowie długo nie wiedzieli, że jest to możliwe. Życie stało się od razu dużo łatwiejsze. W sklepach, prowadzonych przez zagranicznych kupców, można było bez trudu zaopatrzyć się we wszystkie świąteczne specjały, do jakich jesteśmy przyzwyczajeni. Ba, przywiozłem kiedyś do Polski dwie przepiękne, sztuczne choinki. • Po co? Przecież mieszka pan w Wiśle, a na stokach gór rośnie tyle prawdziwych? - Co to, to nie! Nigdy nie wycinam drzewek i broń Boże, by ktoś próbował to zrobić w mojej obecności. Na ekologię jestem naprawdę mocno wyczulony. • Przez wiele lat mieszkał pan z rodziną w Chorzowie, niemal w samym centrum zapylonego Śląska. Teraz jest inaczej. Okazały dom, z pięknym widokiem na Beskidy, to jakby nowa jakość życia. - Naprawdę nie przypuszczałem, że będę \"gazdował” w tym miejscu. Pod koniec lat siedemdziesiątych udało mi się kupić kemping typu \"Brda”. Sądziłem, że dla naszych potrzeb w zupełności wystarczy. Później wielokrotnie słyszałem od znajomych: - Skoro pokochałeś te góry, to bierz się za budowę! - Z racji nieustannych wyjazdów sprawa jednak przeciągała się. Ale warto było. Wprawdzie kiedy ponownie pracowałem w PZPN - musiałem wyskakiwać z łóżka już o godzinie 4, by zdążyć na pociąg do stolicy. To jednak mimo wszystko coś innego niż pobudka w miejskim blokowisku. • Wszystko wskazuje, iż niebawem znów czekają pana częste podróże. Ba, jeszcze kilka miesięcy temu wymieniano pana wśród najpoważniejszych kandydatów na prezesa futbolowej centrali. Dlaczego ostatecznie zrezygnował pan z rzucenia rękawicy Michałowi Listkiewiczowi? - Zapewniam, iż sam Piechniczek nigdy nie widział siebie na tym stanowisku. • A to dlaczego? - Szef związku musi być osobą bardzo wszechstronną. A ja nie najlepiej czuję się chociażby w świecie polityki i biznesu. Dlatego wolę robić to, na czym naprawdę się znam. • Ponoć wkrótce ma pan zastąpić Henryka Apostela na stanowisku wiceprezesa ds. szkoleniowych. Co zamierza pan zmienić? - Spokojnie. Na razie nie zostałem wybrany. Uważam jednak, iż największą rezerwą polskiego futbolu są ludzie. Sztuczne oświetlenia na ligowych stadionach oraz pierwsze podgrzewane boiska oczywiście cieszą, lecz najważniejsi są zawodnicy i szkoleniowcy. Dlatego mocno ubolewam nad upadkiem rangi naszego zawodu. Nie potrafię na przykład wytłumaczyć tej fascynacji Czechami i Słowakami. Naprawdę nie jesteśmy od nich gorsi. Serdecznie współczuję Heniowi Kasperczakowi za to, co od pewnego czasu przeżywa w Krakowie. I jeszcze pewna refleksja… Otóż prowadzę zajęcia na kilku uczelniach. Patrząc na tych studentów często zadaję sobie pytanie: Gdzie wy chłopcy będziecie pracować? - Głośno jednak nie mówię o swych rozterkach. Nie mogę przecież zabijać ich zapału. • Jaki był mijający rok dla naszej piłki? - Przeżywaliśmy istną huśtawkę nastrojów. Z pewnością najbardziej miłym zaskoczeniem była postawa reprezentacji w jesiennych eliminacjach mistrzostw świata. Zdobycie kompletu punktów w trzech meczach wyjazdowych i strzelenie dziewięciu goli ma swoją wymowę. Mamy bardzo dużą szansę, by zakwalifikować się do finałowego turnieju, który w 2006 roku rozegrany zostanie w Niemczech. Znacznie gorzej wypadliśmy w rywalizacji klubowej. Któż mógł przypuszczać, że Wisła Kraków zostanie wyeliminowana z Pucharu UEFA przez Dynamo Tbilisi? Z kolei Amica awansowała wprawdzie do rozgrywek grupowych, ale została w nich wręcz upokorzona. Ze smutkiem obserwowałem jej mecze. • Pana kariera trenerska jest niemal pasmem sukcesów. Z pewnym wyjątkami. Czy na przykład Polska musiała przegrać eliminacje MŚ 98. Jak teraz pan na to patrzy? - Kiedy zgodziłem się przyjąć propozycję ówczesnego prezesa, Mariana Dziurowicza i ponownie zostałem selekcjonerem kadry, miałem 54 lata. Nie czułem się wypalony, nie musiałem też gonić za pieniędzmi. Sądziłem, że potrafię jeszcze pomóc naszej piłce. Przypomnę, że reprezentacja Polski przez szesnaście miesięcy nie odniosła wcześniej zwycięstwa. I oto w październiku 1996 roku - po strzale Marka Citki - prowadziliśmy z Anglią na Wembley! Niestety, niektórym zawodnikom zabrakło poczucia własnej wartości. Nagle przestraszyli się, że mogą wygrać. Proste błędy indywidualne zadecydowały, że Alan Shearer dwukrotnie trafił do naszej bramki. Po powrocie do kraju zebraliśmy wprawdzie wiele pochwał, ale punkty uciekły. Z kolei wiosną 1997 roku byliśmy w Chorzowie bardzo blisko pokonania Włochów. Skończyło się remisem 0:0. A po rewanżu z Anglikami \"zupa się wylała”. • Jednak już po debiucie - podczas towarzyskiego spotkania z Rosją - atmosfera w kadrze zrobiła się bardzo gorąca. Kilku piłkarzy narzekało, że z pustymi brzuchami trudno grać. - Korzystaliśmy z hotelu w pobliżu Kremla, który tradycyjnie gościł zagraniczne ekipy sportowe. Rosjanie przyjęli nas tak, jak wtedy mogli. Z pewnością jednak nikt nie chodził głodny. Po prostu Andrzej Juskowiak, Wojciech Kowalczyk i Tomasz Iwan poczuli się urażeni dokonanymi zmianami. Sądzili, że są niezastąpieni. Zapowiedzieli rezygnację z występów w reprezentacji Polski. Dla mnie było to zupełnie nowe doświadczenie. Nie mogłem pojąć, jak można obrazić się na swój narodowy zespół. To przecież rodzaj krucjaty - zamknięty, elitarny klub, do którego wstęp mają tylko najlepsi. • Niemal non stop był pan krytykowany za poszczególne decyzje personalne… - Mogę wymienić sporą grupę zawodników, których powoływałem do kadry i - w tym sensie - pomagałem w karierze. Są oczywiście wybitne indywidualności, które nie potrzebują wsparcia. Wprawdzie Zbigniew Boniek najbardziej sympatycznie wspomina hiszpański mundial w 1982 roku, ale on trafiłby na szczyty i bez pomocy Piechniczka. Z kolei Józef Młynarczyk prawie cały czas - począwszy od BKS Bielsko - był blisko mnie. Miałem też spory wpływ na sportowe losy Andrzeja Buncola, Waldka Matysika, Włodka Smolarka, Janusza Kupcewicza... Natomiast z późniejszego \"rozdania” mogę wymienić Jurka Dudka, którego pierwszy raz powołałem na zgrupowanie do Wisły. A kto dał szansę Radosławowi Kałużnemu? Kto głośno mówił, że Jacek Zieliński jest lepszym libero niż Tomasz Łapiński? Wielka szkoda, że kontuzje nie pozwoliły w pełni rozwinąć umiejętności dwóm Markom - Citce i Saganowskiemu. • Dlaczego dochodziło do tak częstych konfliktów z prasą? W pewnym momencie zanosiło się nawet na procesy sądowe. - Wiadomo, iż faworytem dużej grupy warszawskich dziennikarzy był w tamtym okresie Janusz Wójcik. Miałem wrażenie, że niektórzy wręcz czekają na potknięcia moje i drużyny. Konferencje prasowe po meczach były zwykle bardzo napastliwe. Niekiedy nie wytrzymywałem i odpowiadałem pięknym za nadobne. Przyznaję, iż rozważałem wystąpienie na drogę prawną. Chciałem jednak poczekać z tym do zakończenia pracy z reprezentacją. Znany stołeczny adwokat uświadomił mi jednak, że po kilku miesiącach trudno już dochodzić roszczeń. Mogłem tylko ubolewać, że PZPN nie zapewnił mi żadnej ochrony. Prezes Dziurowicz, z którym byliśmy przecież po imieniu, zwrócił się kiedyś bardzo oficjalnie: - Panie selekcjonerze, proszę nie wpuszczać związku w walkę z czwartą władzą! - W takim układzie trudno było walczyć o zachowanie niezbędnego autorytetu. • Pod koniec kwietnia 2001 roku dość niespodziewanie rozstał się pan z Górnikiem Zabrze, który walczył o pozostanie w ekstraklasie. Dlaczego? Zabrakło determinacji czy może odwagi? - Piechniczek młodszy o dziesięć - piętnaście lat zapewne grałby do końca. Wówczas było to moje życie oraz gwarancja utrzymania całej rodziny. Teraz nie pozwalam grać sobą. Także w Zarządzie PZPN tej zasadzie pozostanę wierny. urodził się 3 maja 1942 roku w Chorzowie. Był zawodnikiem miejscowego Zrywu i Ruchu, Legii Warszawa oraz Chateauroux (Francja). Rozegrał 3 mecze w reprezentacji Polski. Jest absolwentem stołecznej AWF. Karierę trenerską rozpoczął w 1973 roku w BKS Bielsko -Biała, następnie prowadził Odrę Opole. Od stycznia 1981 do czerwca 1986 był selekcjonerem kadry narodowej. W 1982 roku doprowadził „biało-czerwonych” do trzeciego miejsca na MŚ w Hiszpanii. W 1987 zdobył z Górnikiem Zabrze tytuł mistrza kraju. Później pracował w Tunezji (między innymi prowadził zespół tego kraju na igrzyskach olimpijskich w Seulu) oraz Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Od maja 1996 ponownie był przez rok selekcjonerem reprezentacji Polski. W sumie pięciokrotnie – na trzech kontynentach – prowadził drużyny w eliminacjach mistrzostw świata.

Podziel się
Oceń

Komentarze

Reklama

ALARM 24

Masz dla nas temat?

Daj nam znać pod numerem:

+48 691 770 010

Kliknij i poinformuj nas!

Reklama

CHCESZ BYĆ NA BIEŻĄCO?

Reklama
Reklama
Reklama