Górnik Łęczna po trzecim sezonie w pierwszej lidze
To był najgorszy sezon w historii Górnika. Zakończył się szczęśliwie, ale środki uspokajające trzeba było brać aż do dziewięćdziesiątej minuty ostatniego meczu.
- 21.05.2006 23:22
Transfery
Za całokształt odpowiadają dwaj trenerzy: Bogusław Kaczmarek i Dariusz Kubicki. „Bobo” stracił pracę po 11 kolejce, „Kuba” oficjalnie objął zespół po 13 serii. Jeden doświadczony, być może powoli schodzący ze sceny. Drugi młody, próbujący na nią wkroczyć. Pierwszy szybko eliminował z Łęcznej piłkarzy z ekipy Jacka Zielińskiego, bez opamiętania, poznania, określenia przydatności, sprowadzając głównie doświadczonych zawodników, z nazwiskami i wymaganiami finansowymi. Drugi postanowił odmłodzić drużynę, jednocześnie jej nie budując, nie nadając charakteru ani stylu. Odeszli: Grzegorz Bronowicki Łukasz Madej, Jarosław Popiela, Robert Mioduszewski, Remigiusz Jezierski, a listę do odstrzelenia otwierał... Rafał Kaczmarczyk. W ich miejsce przyszli nowi, w połowie zupełnie nieznani. Po rundzie wiosennej odpowiedź na pytanie: Dlaczego? – nasunęła się sama. Tak naprawdę udanie i równo zaprezentował się tylko Przemysław Kulig. – Jestem wdzięczny Górnikowi, że zainwestował we mnie pieniądze. Postaram się je spłacić – walką i sercem. Rzadko zdarza się, aby w debiutanckim sezonie zawodnik rozegrał wszystkie spotkania i to w pełnym wymiarze czasowym. Na pewno zyskałem na doświadczeniu, ale muszę jeszcze podnieść liczbę asyst i zacząć strzelać gole. Zawsze wymagam wiele od siebie – podkreślił. Jakub Grzegorzewski na swoją obronę strzelił trzy ważne gole. Pech dopadł Łukasza Masłowskiego. Lek Kcira i Borce Manevski grali mało, bo na więcej nie zasługiwali. Może też dlatego Górnik utrzymał się w ekstraklasie.
Komfort przygotowań
Oprócz Masłowskiego kontuzjowani byli Artur Bożyk, Sławomir Nazaruk i Artur Andruszczak. To duże osłabienia, zwłaszcza że kartki i drobne urazy czasem pustoszyły szatnię przed meczem. Jednak te elementy wpisane są na stałe w piłkarski krajobraz. A nad Górnikiem jakieś fatum zawisło jeszcze w pierwszym
sezonie pobytu w ekstraklasie.
Długie przygotowania, odpowiednie warunki, baza, zgrupowania, otwarty budżet powodowały, że trener Kubicki miał komfort i spełnione wszystkie kryteria, aby tworzyć mocną i perspektywiczną ekipę. I ze spokojem obserwować gości na finiszu rozgrywek. Triumfować, a nie trząść portkami. A pole manewru było takie, że z napastników trzeba było robić pomocników, a z pomocników obrońców. Jednak to wszystko na własne życzenie. Dziś pewnie trzeba by było sposobić się do barażu, gdyby nie kilka niespodziewanych prezentów ze strony najgroźniejszych rywali.
Bez eksplozji
W przekroju rundy trudno znaleźć piłkarza, który z pełnym przekonaniem zasłużyłby na wyróżnienie. Kilka razy błysnęły talenty Kamila Ozimeczuka i Przemysław Tytonia, który na końcowych kolejkach wysadził z siodła Andrzeja Bledzewskiego. W środku pola ważnym ogniwami byli Veljko Nikitović, Piotr Bronowicki i Rafał Kaczmarczyk, a w obronie Bartosz Jurkowski. Na prawej flance pewnie poczynał sobie wspomniany Kulig. Łatwiej jednak wyliczyć tych, którzy rozczarowali. Przez całą wiosnę nikt nie eksplodował talentem i umiejętnościami. I nawet w zwycięskiej konfrontacji z Koroną nie było błysku. Pozbawieni przywódcy „zielono-czarni” nie stworzyli jednego, dobrze funkcjonującego i rozumiejącego się organizmu.
Tylko zapaśnicy
O wynikach łęcznian miało być głośno od Bugu po Odrę. Apetyty zostały dodatkowo rozbudzone inauguracyjnymi remisami z Legią i Wisłą. Potem jeszcze tylko dwa razy było się z czego cieszyć – zwycięstwa na Łazienkowskiej i również sensacyjnej wygranej nad beniaminkiem Kielc. A tak powody do radości kibicom „zielono-czarnych” dawali tylko zapaśnicy Piotra Garbala, o których mówiło się nie tylko w granicach Polski. O futbolistach natomiast rozprawiano najczęściej z przyczyn pozaboiskowych.
Szum zaczął się jeszcze w ubiegłym sezonie, od okoliczności rozstania z Pawłem Bugałą i Sylwestrem Czereszewskim. Potem doszedł konflikt z Ireneuszem Kościelniakiem i minionej jesieni z Cezarym Kucharskim. Wiosna natomiast rozpoczęła się od kompromitującej wpadki w Bełchatowie i problemem zliczenia do czterech. Łukasz Masłowski powinien pauzować z powodu kartek i sam ten problem zgłaszał. Komu? Przecież nie poszedł do prezesa, kiedy za ścianą siedzi trener i po przeciwnej stronie holu menedżer. Mimo to zdanie piłkarza wylądowało w koszu, ważniejsza była niekompetentna opinia PZPN. Komisja Ligi Ekstraklasy SA, organu jak najbardziej upoważnionego, ukarała Górnika walkowerem. Odwołanie przyniosło skutek, bo w polskim futbolu nie takie cuda się zdarzały. Dobrze przynajmniej, że ten jeden punkt nie decydował o utrzymaniu. Do tego doszedł także problem braku podgrzewanej płyty. Wszystkie mecze z początku wiosny zostały przełożone, bo na stadionie przy al. Jana Pawła II nie dawało się grać. Czy nie można było o tym pomyśleć wcześniej? Później jeszcze kluczy zapomniał Walerij Sokolenko, a na koniec sezonu kilka krytycznych słów o klubie, w dodatku na antenie dwóch stacji, dorzucił „Kucharz”.
Wizerunek
Górnik nie potrafi zadbać o korzystny i sympatyczny wizerunek. Kibice przyjeżdżają do Łęcznej nawet z najdalszych zakątków regionu, aby zaspokoić futbolowy głód. Ale danie, które im zaoferowano wiosną było niesmaczne. Niestety, także niedbale podane. Widowisko, jakim jest spotkanie piłkarskie, można odpowiednio ulepszyć i uatrakcyjnić. Trzeba tylko tego chcieć. Wystarczy podpatrzeć innych i spróbować zrobić podobny show na swoim stadionie. Dlaczego przed sezonem nie zrobiono uroczystej prezentacji zespołu? Przecież nie od razu jej miejscem musi być multikino. Dlaczego spiker wciąż plecie trzy po trzy, popełniając masę gaf? Dlaczego zamiast dynamicznej muzyki, przy której można rozkręcić i zabawiać publiczność, przez kilka minut czytane są niestrawne ulotki reklamowe? Przykłady można mnożyć.
Nie wszystko da się też przeliczyć na pieniądze. Górnik Zabrze, który groszem nie śmierdzi, otworzył bramy stadionowe dla kibiców za pięć złotych. I widownia pękała w szwach. Amica ufundowała swoim fanom kiełbaski. Górnika Łęczna nie stać na podobne gesty? Szkoda, tym bardziej że to takie proste. A tak właśnie, nie tylko grą, zdobywa się sympatię i wierność kibica. I uznanie na Lubelszczyźnie.
Sezon 2003/04
Jacek Zieliński – 8 miejsce, 28 spotkań, 33 punkty,
10 zwycięstw
Sezon 2004/05
Bogusław Kaczmarek – 7 miejsce, 28 spotkań,
36 punktów, 10 zwycięstw
Sezon 2005/06
Bogusław Kaczmarek – 11 spotkań, 10 punktów,
1 zwycięstwo
Marek Kostrzewa/Tadeusz Łapa – 2 spotkania, 1 punkt,
0 zwycięstw
Dariusz Kubicki – 17 spotkań, 22 punkty, 6 zwycięstw
Łącznie – 13 miejsce, 30 spotkań, 33 punkty, 7 zwycięstw
Czym Dariusz Kubicki zasłużył się Górnikowi? Wygraną nad Legią w Warszawie i nad beniaminkiem Koroną Kielce. Utrzymał także zespół w ekstraklasie. Ale spaść w takim sezonie, to dopiero sztuka. Utrzymanie to tylko minimum przyzwoitość i zachowanie godności. Jednak od triumfu nad Legią, łatwiej odszukać w pamięci pogrom we Wronkach. Bo to największa kompromitacja w dziejach klubu!
Cudowne zwycięstwo nad Koroną, to w znacznej mierze zasługa przebudzonego Jakuba Grzegorzewskiego, który przyćmił samego Grzegorza Piechnę.
Co powiedział „Gonzo” o zdominowaniu najlepszego ligowego snajpera? – Ja go przyćmiłem w jednym meczu, a on mnie w ilu? Trudno ocenić napastnika po jednym spotkaniu, czy jest dobry czy zły. Grzesiek ma 21 goli na koncie, a ja 5. Więc jeszcze trochę mi ich brakuje. Można jedynie powiedzieć, że w tym meczu wygrałem z nim 2:0.
Nic dodać, nic ująć, strzał w dziesiątkę. I tak samo nie można zapomnieć o słabym sezonie Górnika i ocaleniu rzutem na taśmę. Czy jeden lub dwa mecze mogą przesłonić cały obraz? Nie mogą! Tak jak i nie mogą przesłonić stylu drużyny oraz pracy trenera.
Najpierw „zielono-czarnych” prowadził Bogusław Kaczmarek, który najchętniej spędzał czas w Sztumie, czyli w domu. Jego następca identyfikował się z Łęczną w stopniu zbliżonym. Jeszcze nie wszyscy piłkarze zdążyli zejść z trening, a ich szkoleniowiec już siedział w samochodzie, kierując się na ukochaną stolicę. Nie było czasu na rozmowy z piłkarzami, nie było też ich na dyskusje z dziennikarzami. Proszę zadzwonić, słyszeliśmy w biegu. No i dzwoniliśmy, po to, aby po rozłączeniu dojść do wniosku: wiem, że nic nie wiem. Nie było też czasu na obejrzenie w akcji juniorów, zespołu rezerw, meczów niższych lig w regionie.
Na szczęście Kubicki miał przy sobie Artura Płatka, który panował nad całą sytuacją. To asystent chodził na mecze drugiej drużyny, obserwował rywali i kandydatów do gry w Górniku. Miał więcej czasu, bo mieszkał w Łęcznej. To Płatek rozmawiał z piłkarzami, rozluźniony wymieniał poglądy z dziennikarzami.
Skończył się sezon, a mimo to wciąż nie wiadomo, kto ma odejść z drużyny, a kto do niej przyjść. Gdzie zespół pojedzie na obóz, jak będą wyglądały przygotowania. Czy dlatego, że czas Kubickiego w Łęcznej dobieg końca?
Rynek wartościowych trenerów i piłkarzy w Polsce jest mocno ograniczony. Tak jak i czas na podejmowanie decyzji. Te trzeba podjąć już dziś, na posiedzeniu zarządu.
Artur Ogórek
Reklama













Komentarze