Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama

Letnicy płonęli jak pochodnie

Zbigniew T. długo nie zapomni tej nocy. Dom jego sąsiadów stanął w ogniu. Poparzeni ludzie krzyczeli z bólu. Z hukiem pękały szyby... W nocy z czwartku na piątek zapalił się drewniany dom letniskowy w Jagodnie nad jeziorem Zagłębocze. 51-letnia właścicielka posesji Anna Sz., 46-letnia Halina M. oraz jej syn 16-letni Mateusz wydostali się na zewnątrz. W szoku pobiegli do jeziora, aby schłodzić rany.
Sąsiad ofiar, Zbigniew T., natychmiast wybrał ratunkowy numer 112. O godz. 1.37 zgłoszenie odebrali strażacy z oddalonej o 25 km Łęcznej. - Miało się palić w Lejnie, w powiecie parczewskim - mówi asp. sztab. Sławomir Michalski, rzecznik prasowy Państwowej Straży Pożarnej w Łęcznej. Dlatego informację przekazano do Parczewa. Kiedy ekipy ratunkowe dojechały na miejsce dochodziła 2.15 i było już po pożarze. Zastali tylko zgliszcza. - Zgłoszenie było na tyle nieprecyzyjne, że pojechaliśmy na drugi brzeg jeziora. A taki domek pali się błyskawicznie - tłumaczy opóźnienie mł. bryg. Janusz Krasuski, komendant z Parczewa. Kiedy strażacy błądzili wokół jeziora, wokół pogorzeliska rozgrywał się dramat. Biegnącą do wody trójkę ofiar zatrzymała Karolina Gwiazda, absolwentka Akademii Medycznej. - Byli strasznie poparzeni - opowiada. - Podałam im nurofen od bólu i pantenol od poparzeń. Polewaliśmy ich wodą. Mówili, że domek zajął się od kadzidełka przeciwko komarom. Karetki zabrały poszkodowanych z poparzeniami drugiego stopnia do szpitala w Parczewie. Stamtąd do Lublina, bo w Centrum Leczenia Oparzeń w Siemianowicach na Śląsku, gdzie leczą tak poważne poparzenia, nie było wolnych miejsc. - Jedna osoba jest w stanie ciężkim i rokowanie, co do jej zdrowia i życia jest niepewne. Stan pozostałych jest zadowalający - usłyszeliśmy wczoraj ok. godz. 19 od lekarza dyżurnego z Kliniki Chirurgii Urazowej i Medycyny Ratunkowej przy ul. Staszica w Lublinie. W Jagodnie huczy. Mieszkańcy oskarżają strażaków o nieudolność. - Nie chcieli nam dać apteczki. Mówili, że się nie znają na oparzeniach. - A co apteczka mogła pomóc przy oparzeniu? - broni się Tadeusz Przesmycki, komendant Ochotniczej Straży Pożarnej w Sosnowicy. Ale wysuwają też cięższy zarzut. - Niektórzy ze strażaków byli pod wpływem alkoholu - twierdzą. - Ale gdy policja wzięła ich na alkomaty, to ci pijani już uciekli. - To letnicy byli pijani - denerwuje się Józef Matejuk, komendant OSP w Orzechowie Nowym. I powołuje się na badanie alkomatem, jakie policjanci przeprowadzili po akcji ratunkowej. - Policja z Łęcznej nie stwierdziła, żeby któryś ze strażaków był pod wpływem alkoholu. Strażacy wstępnie przyjęli, że przyczyną pożaru było zwarcie w instalacji elektrycznej. Sebastian Pawlak, Rafał Panas - W domkach letniskowych trzeba sprawdzać, czy kable są całe (mogły je uszkodzić gryzonie), czy nie ma przebić. Domki są nieużywane przez część roku. Wilgoć i pleśń mogą powodować zwarcia. Budynki stoją zazwyczaj na małych działkach. Ludzie, budując się, nie pamiętają, żeby zapewnić dojazd dla strażaków czy pogotowia ratunkowego. •

Podziel się
Oceń

Komentarze

Reklama

ALARM 24

Masz dla nas temat?

Daj nam znać pod numerem:

+48 691 770 010

Kliknij i poinformuj nas!

Reklama

CHCESZ BYĆ NA BIEŻĄCO?

Reklama
Reklama
Reklama