ROZMOWA z Piotrem Prędotą, piłkarzem Motoru Lublin, autorem pięknego gola w derbach z Avią Świdnik
17.05.2007 17:22
• Zdajesz sobie sprawę, że po takich bramkach przechodzi się do historii?
- Czy ja wiem? Gol jak gol, najważniejsze, że się udało strzelić. Miałem taki pomysł na rozwiązanie sytuacji, zaryzykowałem i piłka wpadła do siatki.
• To skromna ocena...
- Na każdy sukces pracuje zespół. Moim kolegom należy się uznanie za upór, za konsekwentną walkę do końca spotkania. Najpierw dążyliśmy do wyrównania, później do zwycięstwa. Myślę, że korzystny wynik był w pełni zasłużony. Byliśmy lepsi od Avii.
• Głównie w drugiej połowie.
- W pierwszej brakowało wykończenia, tego decydującego podania.
• Powróćmy jeszcze do twojego gola, który był gwoździem programu. Widziałeś jak piłka ląduje w bramce?
- Nie. Tylko przez moment, kątem oka zobaczyłem, że leci w dobrym kierunku. Później byłem w wielkim szoku, a jednocześnie czułem ogromną radość. Dopiero po spotkaniu okazało się, że było jeszcze inne wyjście z tej akcji. Na dobrej pozycji, przed bramką, stał Paweł Maziarz i mogłem mu podać piłkę. Ale wtedy o tym nie wiedziałem.
• To była twoja pierwsza próba strzału w tak ekwilibrystyczny sposób?
- Pierwsza udana. Wcześniej nie wychodziło, chociaż chciałem strzelić przewrotką w jednym z zimowych sparingów. W lidze też próbowałem.
• Przed derbami z Avią nie chcieliście podgrzewać atmosfery, zapewnialiście, że podchodzicie do tego meczu jak do każdego innego. Było jednak widać pewne zdenerwowanie.
- Przed wyjściem na boisko czułem lekki stres, ale później napięcie spadło. Bardzo zależało nam na wygranej właśnie w tym spotkaniu. Ostatnio z Avią szczęście nam nie dopisywało, dlatego teraz nie zamierzaliśmy odpuszczać nawet na milimetr.
• Po pierwszej połowie wynik był niekorzystny. W przerwie trener nie szczędził wam krytycznych słów. Jego reprymendę było słychać w całym budynku.
- Trener miał uwagi głównie do nas, napastników. Skarcił nas za to, że dopuszczaliśmy do akcji bocznych obrońców. Chciał też, abyśmy utrzymali właściwy rytm z końcówki pierwszej połowy. Jak widać, poskutkowało.
• Miesiąc temu, po bezbramkowym remisie z Hetmanem, nie mieliście najlepszych nastrojów, jednak ty pewnym głosem powiedziałeś, że Motor i tak awansuje do drugiej ligi…
- Byłem optymistą ponieważ widziałem, że gramy coraz lepiej. Mimo słabszej formy na początku rundy potrafiliśmy zwyciężać. Owszem, przytrafiały się wpadki, jednak generalnie wszystko szło w dobrym kierunku. Miałem przekonanie, że jak nam zaskoczy, to nikt nas nie powstrzyma. Wygraliśmy sześć meczów z rzędu i mam nadzieję, że ta passa nadal będzie trwała.
• Wasza gra coraz bardziej zwraca uwagę menedżerów. Czy ktoś się po ciebie zgłosił?
- Do mnie nikt nie dzwonił. Na razie jest spokój i niech ten spokój pozostanie do końca sezonu. Oczywiście docierają jakieś sygnały, ale w tej chwili lepiej o tym nie myśleć.
• Tym bardziej, że już próbowałeś szczęścia poza Lublinem…
- I jakoś nie wyszło. Może w innym środowisku trudniej jest się przebić. W Motorze lepiej się rozumiemy, grając ze sobą od wielu lat.
• W tym sezonie zdobyłeś dwunastą bramkę.
- Skuteczność dopisuje nie tylko mnie. Daniel Koczon ma jedenaście trafień, siedem bramek zdobył Marcin Popławski. Jakoś się to rozkłada. Inni koledzy też celnie strzelają.
• Żona widziała twoją przewrotkę?
- Nie była na spotkaniu. W tej rundzie tylko raz przyszła na mecz i... zremisowaliśmy z Hetmanem. Teraz na wszelki wypadek pozostaje w domu.
• Jej obecność rozprasza cię?
- Odruchowo szukam jej na trybunach, a kiedy jej nie ma, mogę skupić się tylko na grze. Lepiej nie rozwijać tego wątku bo może trener przeczyta.
• Ale w domu świętujecie zwycięstwa?
- Jasne. I wierzę, że po udanej walce o awans będziemy razem cieszyli się na... stadionie.
Rozmawiał Artur Toruń
Komentarze