Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama

Mierzwa: Skasowali mnie przez korupcję

ROZMOWA Z Przemysławem Mierzwą, bramkarzem Motoru, kiedyś zawodnikiem Korony Kielce
Przemysław Mierzwa najbardziej przyczynił się do rozwikłania zagadki Korony Kielce - donosi Przegląd Sportowy. Dręczony wyrzutami sumienia bramkarz podobno sam zgłosił się do prokuratury, aby opowiedzieć, jak trenerzy zbierali pieniądze na łapówki dla sędziów. Zawodnik twierdzi jednak, że podana informacja nie jest w pełni prawdziwa. - Kiedy w mediach zaczęto mówić o Koronie w kontekście afery korupcyjnej, moja żona Edyta sama zadzwoniła do prokuratury - wyjaśnił Przemysław Mierzwa. - Dobrze wiedziała, co działo się w klubie. Wielokrotnie o tym dyskutowaliśmy. Nie chciała, abym odpowiadał za czyny, którym próbowałem się przeciwstawić i przez to miałem dodatkowe kłopoty. - Nie i byłem bardzo zaskoczony, kiedy skontaktował się ze mną prokurator. Przyjechał do Buska i wówczas wszystko opowiedziałem. - Dokładnie nie pamiętam. Może pół roku. - Jako jeden z niewielu nie chciałem oddawać swoich pieniędzy. Głośno o tym mówiłem od pierwszego spotkania z trenerem Dariuszem Wdowczykiem. - Z grą w podstawowym składzie bywało różnie. Najgorsze, że nie zawsze decydował o tym czynnik sportowy. Pamiętam, że na początku pracy w Koronie trener Wdowczyk patrząc na mnie powiedział, że w wyjściowej \"jedenastce” wystąpi Mariusz Stawarz. Ja odparłem, że nie jestem Stawarzem, co wywołało konsternację. Okazało się, że obserwacje szkoleniowca nie szły w parze z wytycznymi. Ale czasami otrzymywałem szansę, chociażby w meczu z Górnikiem w Łęcznej. To było bardzo ważne spotkanie. Wygraliśmy 2:0, wszyscy mi gratulowali, ale znowu poszedłem w odstawkę. - Jestem pewny, że tak. - Najczęściej zakładali trenerzy i później chcieli odzyskać swoje pieniądze. W dzień wypłaty upominali się o dług. - Nie i przez to nie miałem życia. W Koronie byłem skasowany. Nie grałem nawet w rezerwach. Pomyślałem, że może zacznę regulować swoje zobowiązania, ale i to już nie pomogło. Do dziś jestem winny pieniądze trenerowi Andrzejowi Woźniakowi. - Za wygraną w meczu pucharowym z Pogonią Staszów otrzymaliśmy premie. Wydaje mi się, że wypadło po osiemset złotych. Pieniądze musieliśmy oddać na spotkanie ligowe. Oczywiście protestowałem. Wojtek Małocha też nie był zadowolony. W taki sposób rozpisano dodatkowe środki. - I miałem duże problemy ze znalezieniem nowego klubu. Kiedy odchodziłem trener Woźniak, asystent trenera Wdowczyka, ze złośliwym uśmiechem powiedział, że w sporcie już nie mam czego szukać. - Obdzwoniłem całą drugą ligę, przyjeżdżałem na testy i na tym się kończyło. Ktoś dobrze pilnował, abym nie dostał zatrudnienia. Wylądowałem w czwartej lidze, później wróciłem do Buska. - To był prawdziwy dar, za który jestem wdzięczny lubelskim działaczom i trenerowi Ryszardowi Kuźmie. Dzięki Motorowi odżyłem i nigdy tego nie zapomnę. Może było ubogo, ale mogłem się przypomnieć kibicom, wreszcie mogłem bronić w wyższej lidze. - Moim zdaniem tak. W sezonie, kiedy Cracovia awansowała do drugiej ligi, potrafiliśmy być w czubie tabeli, chociaż krakowianie się podpierali. - Tego nie wiem, ale słyszałem, że motywowali naszych przeciwników, a to nie jest karalne. Motor jest dobrym przykładem awansu bez \"podpórek”. Na walce z korupcją skorzysta przede wszystkim młodzież. Mam nadzieję, że trafi do czystszego futbolu. - Po tekście w Przeglądzie Sportowym mam obawy. Dlatego poprosiłem o zaprezentowanie mojej wersji wydarzeń, bliższej prawdy. Kibiców Korony bardzo szanuję, ponieważ zawsze mnie wspierali, niezależnie, gdzie grałem. Myślę, że dla nas wszystkich sytuacja jest przykra.

Podziel się
Oceń

Komentarze

Reklama