Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama

Agent CBA Palikota nie otumani

Janusz Palikot z PO boi się prowokacji tajnych agentów i zapowiada: W biurze poselskim nie będę z nikim rozmawiał w cztery oczy. A z każdego spotkania powstanie notatka. – Nie dajmy się zwariować – ripostuje opozycja.
Nowe zasady przyjmowania gości poseł obwieścił wczoraj na swoim blogu w Internecie. Stawia sprawę jasno: \"1. Każdy klient jest rejestrowany. 2. Żadne spotkanie nie odbywa się w cztery oczy. 3. Z każdego spotkania robiona jest notatka.” Instrukcję wprowadził w związku z \"agentem Tomkiem, Mariuszem Kamińskim i braćmi Kaczyńskimi”. – Przychodzi do nas mnóstwo ludzi, trudno zweryfikować ich prawdziwe cele. Już od pewnego czasu poseł nie spotyka się w swoim biurze z klientami w cztery oczy. Teraz będziemy też sporządzali dokładne notatki: kto przyszedł, w jakiej sprawie, jak przebiegła rozmowa – tłumaczy Łukasz Piłasiewicz, współpracownik Palikota. Polityk PO zazwyczaj przyjmuje w poniedziałki. Bezpośrednio do niego trafia garstka wyselekcjonowanych petentów. – 90 procent osób ma pytania dotyczące spraw prawnych, chcą np. żeby poseł napisał im zażalenie. Nimi zajmujemy się bez organizowania spotkania z szefem – tłumaczy Piłasiewicz. – Nie dajmy się zwariować. Palikot ma przecież tak mocną pozycję w partii, że nic mu nie zagraża. Jest niezatapialny. Dlatego jego obsesja jest raczej udawana. Chce jak najbardziej podeptać CBA – ocenia poseł Jarosław Stawiarski (PiS). I dodaje: Ludzie przychodzą do nas, posłów, jak do konfesjonału. Często chcą się wyżalić na swoje krzywdy. Potrzebują intymności. Prowokacji nie da się wykluczyć, ale nie przesadzajmy z obawami. Palikot nie jest pierwszy. Półtora roku temu kraj obiegła informacja o Pawle Policzkiewiczu, szefie powiatowego sanepidu w Lublinie. Dyrektor wywiesił na drzwiach gabinetu kartkę: \"Rozmowy w tym pomieszczeniu są nagrywane”. Dodatkowo magnetofon rejestrował osoby dzwoniące na telefony stacjonarne do sanepidu. – Pomysł sprawdził się. Polecam go każdemu urzędnikowi. Chyba że ktoś ma powody, by nie nagrywać – mówi Paweł Policzkiewicz. Podkreśla, że prawa nie łamie, bo nie podsłuchuje, tylko nagrywa i wszyscy o tym wiedzą. Dyrektor wylicza zalety: – Czuję się bezpieczniej. Były niejednokrotnie awantury w sekretariacie, a jak petent zobaczył wywieszkę, emocje mu mijały. Nagrania powstrzymują pewnie przed proponowaniem łapówki. Wreszcie pamięć jest zawodna, a dzięki nagraniom nic mi nie umknie. Policzkiewicz przypomina sobie wizytę kolegi, którego nie widział od dziesięciu lat. – Proponował: słuchaj, może pogadamy na zewnątrz. Dziwiłem się: A czemu nie w gabinecie? I na tym spotkanie się kończyło – opowiada. Z kolei na zapisywaniu rozmów telefonicznych korzystają inni pracownicy sanepidu. Nagranie z wyzwiskami i pogróżkami pod adresem jednego z nich trafiło już na policję. Dochodzenie w toku.

Podziel się
Oceń

Komentarze

Reklama