- Witam optymistycznie - rzucił klasycznie Władysław Grochowski, właściciel i prezes zarządu Arche SA.
73-letni milioner znany jest z pogody ducha, ekscentrycznych pomysłów i inwestycji w zabytkowe obiekty, które przemienia w nowoczesne hotele przy poszanowaniu dla ich historycznego charakteru. Grochowski, który na co dzień mieszka w Trzebieszowie w powiecie łukowskim, prowadzi na województwie lubelskim aż trzy hotele: Arche Hotel Lublin, Zamek Biskupi Janów Podlaski i Arche Hotel Nałęczów, gdzie 24 sierpnia 2026 roku przybył na inaugurację Sali Optymizmu.
Sala Optymizmu w Nałęczowie
Czterogwiazdkowy Hotel Arche w Nałęczowie powstał w miejscu opuszczonego Sanatorium Milicyjnego z lat osiemdziesiątych. Spółka Arche, jak to ma w zwyczaju na terenie całej Polski, uratowała ruinę przed wyburzeniem i przekształciła ją w część największego kompleksu hotelowego na Lubelszczyźnie. Obiekt oferuje 308 pokoi z klimatyzacją, których wnętrza zdobią malowidła nawiązujące do wzornictwa z czasów PRL.
Jest strefa wellness z basenem, jacuzzi, saunami i grotą solną. Zaplecze rekreacyjne uzupełniają zabiegi SPA Kliniki La Perla, zewnętrzna siłownia i wypożyczalnia sprzętu sportowego. Dla dzieci są brodzik, kolorowa sala zabaw i plac na świeżym powietrzu. Ważnymi elementami oferty są restauracja Retro z lokalną kuchnią, Sky Bar z widokiem na panoramę Nałęczowa o nowo wybudowana Sala Optymizmu.

- Długo o tym marzyliśmy i te marzenia w końcu się realizują. Ogromna w tym zasługa pana prezesa Grochowskiego, który podejmuje decyzje w ekspresowym tempie - mówił Artur Trukawiński, dyrektor generalny Arche Nałęczów, podczas oficjalnego otwarcia Sali Optymizmu.
Sala ta w kompleksie Arche Nałęczów to wielofunkcyjny obiekt konferencyjno-eventowy o łącznej powierzchni użytkowej 1500 metrów kwadratowych, w tym 1486 metrów kwadratowych sali głównej i 195 metrów kwadratowych foyer, oraz wysokości 8,05 metra. Przestrzeń umożliwia podział mobilnymi ścianami na trzy niezależne strefy: A, B i C. Mieści do 700 osób w układzie bankietowym. Konstrukcja pozwala na wjazd i ekspozycję samochodów, co umożliwia organizację wydarzeń motoryzacyjnych, kongresów, targów, dużych produkcji telewizyjnych i hybrydowych.
Zaplecze techniczne obejmuje oświetlenie z opcją personalizacji, systemy nagłośnieniowe, urządzenia do transmisji online, cyfrowe sterowanie z inteligentnego panelu. Obiekt jest skomunikowany krytym łącznikiem z głównym hotelem i posiada bezpośredni dostęp do garażu podziemnego. Dodatkową infrastrukturę stanowi zewnętrzny taras ze strefą relaksu i naturalną zielenią.

Wizja Grochowskiego
- Mamy piękny pawilon. Zamierzamy mocno zamieszać na rynku konferencyjnym. Połączenie tej przestrzeni z naszą bazą noclegową czyni nas jednym z największych obiektów konferencyjnych na Lubelszczyźnie i w całym kraju. Ten sukces nie byłby możliwy bez zaangażowanego zespołu. Dziękuję wszystkim firmom, podwykonawcom oraz osobom, które kibicowały nam podczas budowy. Szczególne podziękowania kieruję do naszych sąsiadów. Od dwóch lat wspierają nas w zarządzaniu obiektem i tworzeniu lokalnych atrakcji. Cieszę się, że z miesiąca na miesiąc przyjeżdża do nas coraz więcej gości, a nasze obłożenie stale rośnie - relacjonował dyrektor Trukawiński.

Po nim głos zabrał Władysław Grochowski.
- Byłem tu w trakcie budowy, widziałem same mury i nie wiedziałem, jak to wyjdzie. Ale obiekt siedzi bardzo dobrze! Drogo to kosztowało: około 25 milionów złotych. Ale efekt jest tak udany, że o pieniądzach się w ogóle nie pamięta. I całe szczęście, bo początkowo trochę się przestraszyłem, jak zobaczyłem koszty. Trzeba robić takie rzeczy. Tu w Nałęczowie mówiono kiedyś, że powstanie wielki grzmot i miasteczko popsujemy. Tak się nie stało. Hotel pięknie usadowiony. Wizerunku i marki Nałęczowa nie popsuliśmy. Będziemy ściągać tu firmy z Lubelszczyzny, Mazowsza, Warszawy, całej Polski i z zagranicy - zapowiedział Grochowski.

Właściciel Arche śmiał się, że sam rzadko śpi w swoich hotelach i czasami zapomina nawet, ile ich wybudował, ale sukces zawdzięcza „świetnym ludziom”, którzy go otaczają.
- Rynek hotelarski jest zdominowany przez międzynarodowe sieci, ale my konsekwentnie budujemy własną, polską markę. Mamy już ponad 20 działających obiektów, a w planach i umowach przedwstępnych kolejne kilkadziesiąt. W samym Nałęczowie również planujemy dalszą rozbudowę. Zmieniają się też nasze plany finansowe i organizacyjne. Przymierzamy się do wejścia na giełdę, aby pozyskać kapitał na kolejne inwestycje. Zauważono nas już w Europie, dlatego planujemy pierwsze projekty poza granicami Polski. Od lat specjalizujemy się w nadawaniu drugiego życia obiektom porzuconym, poprzemysłowym i ruinom. To, co dla innych wydaje się niemożliwe, dla nas jest źródłem największej satysfakcji - puentował Władysław Grochowski.
Wstęga została przecięta, a Centrum Konferencyjne w Nałęczowie otwarte.
Dawne sanatorium milicyjne
Rozmawialiśmy z Bogumiłą Wartacz, animatorką społeczności w Arche Hotel Nałęczów.
- Historia tego miejsca jest specyficzna. To niedokończony obiekt, który nigdy nie zaczął działać jako „sanatorium milicyjne” . Budynek z żółtymi balkonami góruje nad Nałęczowem na tak zwanej Armatniej Górze. Początkowo planowano postawić obiekt po drugiej stronie ulicy Spółdzielczej. Miejscowa ludność jednak zaprotestowała. Protest uwzględniono i budowę przeniesiono na stronę północną. Jego budowa ruszyła w 1983 roku. Miało to być branżowe sanatorium kardiologiczne dla milicjantów. Warto dodać, że Nałęczów to ewenement w Polsce, uzdrowisko o jednym profilu leczniczym. Kamień węgielny pod budowę wmurowywał generał Kiszczak. W 1989 roku nadeszła transformacja ustrojowa i zmiana władzy. Prace wstrzymano.
- Na jakim etapie przerwano budowę?
- Budynek był w stanie surowym zamkniętym. Wstawiono okna, a na najwyższych piętrach wykończono już niektóre łazienki. Planowany był mniejszy basen, w obecnej Sali Uzdrowienia mieściła się kotłownia gazowa. Zupełnie inaczej zaprojektowana była przestrzeń, w której teraz znajduje restauracja Retro i Sala Harmonii 600 metrów kwadratowych, która służy za salę konferencyjną. Były tylko gołe ściany i posadzki. Szacuje się, że do ukończenia tego olbrzymiego obiektu zabrakło około półtora roku do dwóch lat.
- Czyli nikt z tego obiektu nie korzystał? Nie było nawet blisko otwarcia?
- Obiekt nigdy nie został oddany do użytku. Nie funkcjonował jako sanatorium. Nie było tu ani „dobrych”, ani „złych” milicjantów. Ten budynek zaczyna teraz zupełnie nową historię. Przez dziesięciolecia budynek był jedynie dozorowany. Działała w nim kotłownia. Trzeba było pilnować obiektu i zapobiegać awariom. Zachowały się księgi inspekcji z podpisami kontrolerów sprawdzających stan kotłów. Budynek trwał w tym stanie przez lata, a jego właściciele się zmieniali. Próbowano znaleźć inwestora, który dałby mu nowe życie.
- Czy w Nałęczowie odczuwano opór lokalnej społeczności wobec tak dużej inwestycji, gdy wchodziła tu Arche?
- Patrząc obiektywnie, wejście do Nałęczowa Arche S.A., firmy z polskim kapitałem, jest dla Nałęczowa bardzo dobrym ruchem. Ktoś wreszcie zajął się „losem kolosa”. Wiadomo, że każdy lokalny przedsiębiorca może postrzegać to inaczej. Moim zdaniem, Nałęczów ma ogromne szczęście do wizjonerów. Podobnie było w 1878 roku z doktorem Fortunatem Nowickim. Po powrocie z dziesięcioletniego zesłania za udział w powstaniu styczniowym, chciał stworzyć w Królestwie Polskim nowoczesny zakład leczniczy na poziomie europejskim. Zależało mu, żeby Polacy nie wyjeżdżali do zagranicznych kurortów. Doradzano mu różne lokalizacje: lubelski Sławinek, Celejów w gminie Wąwolnica. Ostatecznie Nowicki zajął się ruiną po Małachowskich i w 1878 roku reaktywował uzdrowisko w Nałęczowie.
- Od tamtego momentu datowałaby pani początek dzisiejszego Nałęczowa?
- To był kolejny etap. Wcześniej byli Małachowscy. Po powstaniu listopadowym Rosjanie zniszczyli zakład i przez pięćdziesiąt lat nic się tu nie działo. Działał tylko folwark. W pałacu urządzono kurnik i stajnię, a w dawnych obiektach uzdrowiskowych działała cukrownia. Uzdrowisko zamarło na pół wieku. Widzę tu pewną analogię. Arche S.A. „odczarowało” obiekt, który czekał na swój moment przez czterdzieści lat.
- Czyli dostrzega pani w prezesie Arche kolejnego wizjonera Nałęczowa?
- Tak, pan prezes Władysław Grochowski to człowiek tej samej rangi dla Nałęczowa, co kiedyś doktor Fortunat Nowicki. Dostrzegł potencjał w budynku, który przez lata był przekazywany z rąk do rąk. Pomysły na ten obiekt były różne: dokończenie szpitala, siedziba Uniwersytetu Polsko-Ukraińskiego, a nawet zburzenie budynku i wykorzystanie gruzu do budowy trasy S17. W pandemii, w listopadzie 2020 roku, ogłoszono przetarg. Cena spadła z ponad dwudziestu milionów do niecałych dziewięciu milionów złotych. Właścicielem była Agencja Mienia Wojskowego. 26 listopada 2020 roku Arche S.A. zakupiła obiekt i tak zaczęła się nowa historia tego miejsca.
Wpływ Arche S.A. na Nałęczów jest ogromny. Dotychczas przyjeżdżali tu głównie kuracjusze. Arche otworzyło miasto na turystykę konferencyjną i rodzinną. W obiekcie bywa w weekendy nawet siedemset osób. Turyści korzystają nie tylko z atrakcji obiektu hotelowego, ale też z potencjału Nałęczowa i okolicy: parku zdrojowego, wąwozów lessowych, pól lawendowych, winnic, bogatej i różnorodnej oferty lokalnych i regionalnych atrakcji. Dyrektor generalny hotelu Artur Trukawiński jest prawdziwym ambasadorem Nałęczowa. Promując Arche Nałęczów, promuje całe miasto. Zaprasza znanych i cenionych fotografów, otwiera się na współpracę z lokalną społecznością, artystami, instytucjami, stowarzyszeniami. Nieprzypadkowo mówi się, że ludzie tworzą miejsca.
Zyskują też finanse miasta i gminy Nałęczów. Każdy gość, który zostaje na dłużej niż na jedną dobę hotelową, płaci opłatę klimatyczną. To duże koło zamachowe dla rozwoju Nałęczowa. Dzięki Arche ludzie na nowo odkrywają Nałęczów. Często oprowadzam grupy z tego obiektu, gdy pytam, kto jest w Nałęczowie po raz pierwszy, podnosi się las rąk. To zupełnie nowy profil turysty.

- Jak ocenia pani ten projekt? W jakim stopniu jest spójny z oryginalnym PRL-owskim założeniem lub nim zainspirowany?
- Arche S.A. nie wymazuje historii. Gdy kupują cukrownię czy dwór, nie ukrywają ich przeszłości. Użycie nazwy „Dawne Sanatorium Milicyjne” było odważną decyzją. Gdyby przemianowano obiekt na „Hotel Różany” czy „Victoria”, zaraz znaleźliby się „życzliwi”, przypominający o przeszłości budynku. Arche stanęło w prawdzie. Zapisują nową kartę historii w tym miejscu. Nazwa to tylko nawiązanie do historii miejsca. Nikt tu nie propaguje dawnego ustroju. Dyrektor Artur Trukawiński skupił się na dobrej stronie wzornictwa PRL-u: wyszukuje meble, sztukę, tkaniny z tamtego okresu. To ukłon w stronę polskiej szkoły designu. Warto też zwrócić uwagę na nazwy sal: Optymizmu, Harmonii, Uzdrowienia, Regeneracji, Witalności. Są bardzo pozytywne. To budowanie nowej jakości w tej przestrzeni.
- Czy sama bryła budynku wygląda tak, jak w pierwotnych projektach?
- Projekty z lat osiemdziesiątych ulegały zmianom. Głównym architektem był inżynier Stanisław Fijałkowski, ale później wprowadzano korekty. Po zakupie obiektu przez Arche wyburzono łącznik między garażami. Dostosowano obiekt do potrzeb nowoczesnego obiektu hotelowego i centrum eventowego. Przebudowano pokoje, wygospodarowano przestrzeń na salę Harmonii i restaurację. Zrezygnowano z dawnych gabinetów zabiegowych.
Warto dodać ważny fakt z historii budowy. Przy pracach w latach osiemdziesiątych pracowali więźniowie, którzy mieszkali na budowie w barakach. Arche S.A. nawiązało do tego faktu i podjęło współpracę z Zakładem Karnym w Siedlcach, Aresztem Śledczym w Łowiczu, Warszawie, a ostatnio w Łodzi (resocjalizacja kobiet). Więźniowie pracują w pracowniach: tapicerskiej, stolarskiej, rękodzieła, prefabrykacji, tworzą meble, mozaiki, elementy konstrukcyjne. Niektóre materiały, z których zbudowano Salę Optymizmu powstały w Arche Prefabrykacja w Siedlcach. Arche S.A. nie tylko ratuje więc stare, niechciane budynki, ale daje też drugą szansę ludziom wykluczonym, wspiera osoby z niepełnosprawnościami, angażuje, działa z lokalną społecznością. W myśl filozofii Arche: „Łączymy sprzeczności, ufamy wszystkim, zmieniamy siebie” - mówi Bogumiła Wartacz, animatorka społeczności w Arche Hotel Nałęczów.
PRL z twistem
W restauracji Retro ugościł nas Łukasz Rudzki, szef kuchni w hotelu Arche Nałęczów.
- Jaką macie tu specjalność?
- Odtwarzamy dania z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych we współczesnym wydaniu z nowoczesnym twistem.
- To brzmi dość ryzykownie. Wraca moda na takie smaki?
- Tak, choć goście coraz chętniej wracają do smaków z dzieciństwa.
- Mógłby pan podać przykład takiego dania i wyjaśnić, na czym polega ten twist?
- Do karty wraca prawdziwy śledź matjas. Używamy surowego, niesolonego śledzia, którego sami marynujemy i łączymy ze składnikami sezonowymi. Twist polega na dodaniu czegoś nieoczywistego. Śledzia panierujemy w panierce ze specjalnie wysuszonego pumpernikla. Pumpernikiel ma bardzo intensywny smak, który po wysuszeniu staje się jeszcze mocniejszy. Goście bywają zaskoczeni tym połączeniem, ale reagują bardzo pozytywnie.
- Poprosimy o inne przykłady.
- Bardzo dobrze sprzedaje się pieczeń z sarny ze smardzami. Serwujemy ją z wytrawnym sękaczem z dodatkiem jałowca. Sękacz kojarzy się ze słodkim wypiekiem, a nasz jest parzony na maśle i ma wyraźną, jałowcową goryczkę. To kolejne niebanalne zestawienie.
- Kuchnia lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych kojarzy się często z ciężkimi, tłustymi potrawami. Ile w tym prawdy?
- To mit. Wynikało to raczej z ówczesnego braku produktów na rynku. Podchodzimy do tego inaczej. Dla dzieci wprowadziliśmy na przykład leniwe. Serwowane nie z masłem, ale z jagodami na słodko. Dużym powodzeniem cieszą się też nasze kopytka marchewkowe, które podajemy w emulsji winno-maślanej. Robimy je także z batatów lub dyni, w zależności od sezonu. Ciekawostką jest, że gdy w menu zmieniliśmy nazwę z „kopytek” na „kluski marchewkowe”, ich sprzedaż drastycznie spadła. Gdy kelnerzy zaczęli ponownie mówić na nie „kopytka”, zamówienia natychmiast wzrosły.

- Domknijmy zestawienie dań flagowych.
- Autorski żurek z wędzonym pstrągiem. Zupa nie powstaje na wywarze mięsnym. A na wywarze z wędzonej ryby. W smaku jest delikatnie rybna, ale zachowuje tradycyjną kwasowość zakwasu żytniego i chrzanu. Wkładką jest ryba, jajko i purée ziemniaczane.
- Czy zdarzają się goście, którzy uważają te połączenia za zbyt przekombinowane?
- Tak, czasem ktoś wolałby pełną klasykę. Wszystkim nie da się dogodzić.
- Ile osób liczy pański zespół?
- Łącznie ze mną oraz z pomocami kuchennymi to zespół 28 osób.
- Otwarcie nowej sali konferencyjnej wymusi powiększenie tej ekipy?
- Przy pełnym rozruchu sali powstanie osobny punkt gastronomiczny z oddzieloną ekipą. Zespół zwiększy się prawdopodobnie o około 50%.
- Ilu klientów dziennie obsługuje restauracja?
- W upalne dni turyści i rodziny z dziećmi zostają w klimatyzowanym obiekcie, więc obsługujemy wtedy około 400–500 osób dziennie. W wakacje, ferie i weekendy mamy niemal sto procent obłożenia gości indywidualnych. Od września rusza sezon konferencyjny. Grupy mają wtedy stałe godziny lunchów czy kolacji i obsługujemy je w formie bufetów.
- Jesteście nagradzani, prawda?
- W marcu tego roku nasza restauracja trafiła do przewodnika Żółtego Przewodnika Gault&Millau. W całej Polsce wyróżniono w nim 251 lokali. Otrzymaliśmy jedną czapkę, co jest dla nas świetnym debiutem i przyciąga gości podróżujących kulinarnie.
- Jak często zmienia pan kartę dań?
- Trzon menu pozostaje stały, ale zmieniamy dodatki i zupy sezonowe. Latem mieliśmy zupę kurkową, krem z botwiny czy ze szczawiu. Obecnie kończymy już prace nad nową kartą jesienną.
- Od jak dawna pracuje pan w Arche?
- Moja przygoda z Arche trwa już dziesięć lat. Zaczynałem w Janowie Podlaskim, potem pracowałem w Arche Hotel Lublin i w Dworze Uphagena w Gdańsku, aż trafiłem do Nałęczowa. Pochodzę z Lubelszczyzny, więc czuję się tu jak w domu.
- Co pana zdaniem wyróżnia obiekty tej sieci?
- Architektura i dusza każdego miejsca. Hotele Arche to nie są sieciowe, powtarzalne obiekty. Każdy budynek ma swoją historię i zabytek w tle.
- Jaka jest obecnie pańska największa ambicja kulinarna?
- Głównym priorytetem jest sprawne wystartowanie z nową salą konferencyjną i obsługa dużych eventów na kilkaset czy tysiąc osób. Praca na kuchni bywa wycieńczająca. Zaczynam o 8.00, czasem o 6.00, a kończę po 22.00–23.00. Podczas dużych wydarzeń praca trwa jeszcze dłużej, ale nie obawiam się o poziom dań. Mam zaufany zespół i wspólnie damy radę - kończy Łukasz Rudzki, szef kuchni w hotelu Arche Nałęczów.

Komentarze