Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama

108 lat życia. Historia Leokadii Sienkiewicz

Nie wyobraża sobie tygodnia bez lokalnej gazety, a dokładnie w dniu jej 107. urodzin przyszła na świat praprawnuczka Zuzia. Za pogodnym uśmiechem i niezwykłą chęcią kontaktu z drugim człowiekiem kryje się jednak życie naznaczone wojną, biedą i ciężką pracą.
108 lat życia. Historia Leokadii Sienkiewicz
23 lipca pani Leokadia świętowała 108. urodziny

Autor: nadesłane

Leokadia Sienkiewicz przeżyła odzyskanie przez Polskę niepodległości, II wojnę światową, lata komunizmu i transformację ustrojową. Dziś o jej losach opowiada wnuczka Jadwiga Rączka.

– Dla babci było w życiu i dużo dobroci, i dużo biedy, choć chyba tej biedy było więcej – mówi Jadwiga Rączka. – Takie były czasy. Bardzo ciężkie.

Leokadia urodziła się 23 lipca 1918 roku w Ciotczy, w rodzinie chłopskiej utrzymującej się z niewielkiego gospodarstwa rolnego. Była najstarszym z czworga rodzeństwa – miała dwóch młodszych braci i siostrę. Już jako dziecko musiała bardzo szybko dorosnąć.

Ukończyła jedynie trzy klasy szkoły podstawowej. Gdy jej ojciec ciężko zachorował na nogi i nie był już w stanie pracować, najstarsza córka została w domu. Pomagała matce prowadzić gospodarstwo, opiekowała się ojcem i młodszym rodzeństwem. Do szkoły chodziły już tylko młodsze dzieci.

– Babcia zawsze powtarzała, że nauczyła się jedynie podstaw. Potrafiła się podpisać, znała litery, ale na dalszą naukę nie było już czasu – opowiada wnuczka.

Ojciec zmarł stosunkowo młodo, mając niewiele ponad czterdzieści lat. Matka Leokadii dożyła natomiast 98 lat. W rodzinie od pokoleń zdarzały się osoby długowieczne.

Pierwszy raz Leokadia wyszła za mąż jako osiemnastolatka. Jej mężem został Stanisław. Młodzi zamieszkali w Michowie. Tam przyszły na świat ich dwie córki – Irena, która żyje do dziś i ma już ponad osiemdziesiąt lat, oraz druga dziewczynka, która zmarła jeszcze jako niemowlę.

Szczęście młodej rodziny nie trwało długo. Wybuchła wojna.

Stanisław został powołany do wojska i trafił na front. Przez długi czas Leokadia nie wiedziała, co się z nim stało. Żyła nadzieją, że wróci.

– Razem z inną kobietą, której mąż służył jako kucharz w wojsku, poszła pieszo w okolice Warszawy. Szukały swoich mężów. Sama ta wyprawa była bardzo niebezpieczna. Kilka razy ją zatrzymywano i przesłuchiwano. Pytano, skąd wie, gdzie stacjonuje wojsko i dlaczego tam dotarła – opowiada Jadwiga.

Dopiero po pewnym czasie dotarła wiadomość, że Stanisław zginął od kuli w głowę.

– To był dla niej ogromny cios. Do końca wierzyła, że może jednak wróci. Została sama z małą córką – mówi wnuczka.

Wojenna zawierucha 

W czasie okupacji Leokadia mieszkała nadal w Michowie. Jak wiele rodzin, musiała oddać część domu na kwaterę dla niemieckich żołnierzy. Jeden pokój zajęło wojsko, a ona z córką przeniosła się do kuchni.

Choć wojna kojarzy się przede wszystkim z okrucieństwem, zapamiętała jednego z niemieckich żołnierzy jako człowieka, który zachował ludzkie odruchy.

– Widząc małą Irenkę, przynosił jej jedzenie – mandarynki, mięso i inne produkty, których Polacy praktycznie wtedy nie mieli. Zabierał ją nawet na krótkie przejażdżki końmi. Babcia zawsze powtarzała, że choć był Niemcem, pozostał człowiekiem.

Nie oznaczało to jednak, że okupację niemiecką wspominała dobrze. Strach był codziennością. Jednak jeszcze trudniejszy okres rozpoczął się wraz z wkroczeniem Armii Czerwonej.

– Babcia zawsze mówiła, że wtedy zaczęła się prawdziwa tragedia. Rosjanie zajmowali domy, wyrzucali ludzi z izb, spali na słomie, palili mokrym drewnem. Wszędzie był dym, brud i bałagan. Często byli pijani. Ludzie żyli w ciągłym strachu, a kobiety bały się wychodzić z domów – mówi Jadwiga. 

Leokadia do końca życia zachowała również obraz wycofujących się wojsk niemieckich.

– Opowiadała, że całymi dniami drogami ciągnęły kolumny żołnierzy, koni i wozów. Gdy wracała pieszo od swojej mamy z Ciotczy do Michowa, nieraz musiała długo czekać, aż przejdą kolejne oddziały. To był widok, którego nigdy nie zapomniała.

Najbardziej jednak zapamiętała nie bitwy ani działania wojenne, lecz codzienne życie zwykłych ludzi – głód, niepewność i nieustanny lęk o najbliższych.

Trudne początki nowego życia

Po wojnie Leokadia po raz drugi wyszła za mąż. Jej mężem został Henryk. Z tego małżeństwa urodziło się dwoje dzieci – syn Kazimierz i córka Jadwiga.

Przez pewien czas rodzina mieszkała jeszcze w Michowie, ale z czasem zdecydowała się przenieść do Rudzienka. Tam zaczęli budować własny dom i nowe życie. Łatwo jednak nie było.

– Weszli do domu praktycznie z jedną łyżką i jednym garnkiem – opowiada Jadwiga Rączka. – W środku była tylko gliniana podłoga, nie było nawet desek. Wszystkiego dorabiali się własną, ciężką pracą.

Na wsi życie płynęło zupełnie inaczej niż dziś. Nie było bieżącej wody, a każde wiadro trzeba było przynieść ze studni. O kanalizacji czy centralnym ogrzewaniu nikt nawet nie marzył. Prąd do Rudzienka dotarł dopiero w latach siedemdziesiątych.

Henryk przez pewien czas pracował w cegielni, ale podstawą utrzymania rodziny pozostawało gospodarstwo rolne. Pracy nigdy nie brakowało. Każdy dzień wyznaczały obowiązki związane z uprawą ziemi i hodowlą zwierząt.

Mimo trudnych warunków Leokadia i Henryk przeżyli razem ponad pięćdziesiąt lat. Zbudowali dom i stworzyli rodzinę, która do dziś pozostaje bardzo ze sobą związana.

Babcia, która zastąpiła mamę

Jadwigę i Leokadię połączyła szczególna więź. 

– Moja mama zmarła przy porodzie. Babcia zastąpiła mi mamę. To ona mnie wychowała i właściwie wszystko jej zawdzięczam – mówi ze wzruszeniem.

Na barki Leokadii spadło wtedy kolejne wielkie wyzwanie. Musiała opiekować się wnuczką, prowadzić gospodarstwo, wspierać rodzinę i radzić sobie z codziennymi obowiązkami.

– Mówiła, że nie wie, czy da radę. A jednak dała. Nigdy nie usłyszałam od niej narzekania.

Jadwiga wspomina, że babcia zawsze stawiała potrzeby innych ponad własne.

– Oddałaby mi ostatni kawałek chleba. Najpierw myślała o dzieciach i wnukach, dopiero potem o sobie. Taką była osobą.

Choć pieniędzy brakowało, w domu nie zabrakło ciepła i wzajemnej troski.

– Z gospodarstwa trudno było utrzymać rodzinę, ale nigdy nie czułam, że czegoś mi brakuje. Babcia i dziadek robili wszystko, żebym mogła się uczyć – wspomina nasza rozmówczyni. 

Dzięki ich wsparciu rozpoczęła naukę w Lublinie.

– Dawali mi pieniądze na bilet i bułkę. Wiedziałam jednak, jak ciężko na nie pracowali, dlatego często nie kupowałam sobie nic do jedzenia i przywoziłam te pieniądze z powrotem do domu. Dzisiaj staram się odwdzięczyć za wszystko, co dla mnie zrobili – mówi Jadwiga. 

Miłość do czytania 

Choć Leokadia ukończyła zaledwie trzy klasy szkoły podstawowej, nigdy nie pogodziła się z tym, że nie mogła się dalej uczyć. Z czasem sama nauczyła się czytać i do dziś nie wyobraża sobie życia bez książek i gazet.

– Kiedy prawnuki przynosiły ze szkoły lektury, babcia od razu je brała i czytała. Dzisiaj czyta jednym okiem, bez okularów. Każdego tygodnia musi dostać gazetę albo książkę. Najbardziej lubi lokalną prasę. Często sama opowiada mi, co wydarzyło się w okolicy, bo wcześniej przeczytała o tym w gazecie. Pisać już nie potrafi, ale czyta bardzo sprawnie – mówi Jadwiga Rączka.

Mimo wieku interesuje się tym, co dzieje się wokół niej. Chce wiedzieć, co wydarzyło się w okolicy, kto się ożenił, komu urodziło się dziecko i jakie wydarzenia opisuje lokalna prasa.

Leokadia nadal żyje również sprawami swoich bliskich.

– Mam czterech synów. Wszyscy są już dorośli, mają własne rodziny, ale babcia nadal chce wiedzieć, gdzie każdy z nich jest, kiedy wróci i czy wszystko u niego w porządku – opowiada Jadwiga.

Każdy dzień jest wyzwaniem

Cztery lata temu życie Leokadii bardzo się zmieniło. Upadła przy drzwiach łazienki i złamała biodro. Był środek pandemii COVID-19.

– Babcia powtarzała: „Nie zabierajcie mnie do szpitala. Ja tam umrę”. Po przyjęciu jej stan rzeczywiście się pogorszył. Prawdopodobnie przeszła lekki udar. Lekarze proponowali operację. Nie wyraziłam zgody. Uznałam, że jeśli miałaby odejść, to chcę, żeby była w domu, z rodziną. Lekarz powiedział, że nie dam sobie rady z opieką. A jednak się udało – mówi wnuczka. 

Przez trzy miesiące Jadwiga karmiła babcię łyżeczką, rehabilitowała ją i pomagała we wszystkich codziennych czynnościach.

– Nigdy ani razu nie powiedziała, że coś ją boli. Powoli zaczęła siadać, później znowu samodzielnie jeść. Dzisiaj nie chodzi, ale sama pije, je, ogląda telewizję i cały czas jest z nami w kontakcie.

Opieka nad 108-letnią seniorką jest wymagająca. 

–Babcia nie waży nawet pięćdziesięciu kilogramów, ale podnieść dorosłą osobę to naprawdę ogromny wysiłek. Kiedy jest mąż albo któryś z synów, dajemy sobie radę. Sama często po prostu nie jestem w stanie – mówi wnuczka. 

Mimo to Jadwiga stara się, by babcia nie była skazana wyłącznie na cztery ściany pokoju.

– W ubiegłym roku zabrałam ją do kościoła. Mamy dwa i pół kilometra, więc pojechałyśmy powoli wózkiem inwalidzkim. Była bardzo szczęśliwa. Po mszy odwiedziłyśmy jeszcze Irkę, jej córkę, która mieszka w Michowie. Później mój syn przyjechał po nas samochodem. To była dla babci naprawdę wielka radość.

Sekret długowieczności

Na pytanie o receptę na tak długie życie Jadwiga odpowiada z uśmiechem:

– Trudno powiedzieć. Może to geny, bo mama babci dożyła 98 lat. Może dawniej ludzie jedli zdrowiej, wszystko mieli z własnego gospodarstwa. Nie było tylu przetworzonych produktów i chemii. Żyło się biedniej, ale naturalniej.

Jest jednak coś, co powtarza z całym przekonaniem.

– Babcia przez całe życie była niezwykle pracowita. Nigdy nie bała się ciężkiej pracy i zawsze bardziej myślała o innych niż o sobie.

Leokadia Sienkiewicz jest jedną z najstarszych osób w naszym kraju. Warto wspomnieć, że obecnie tytuł najstarszej Polki ma Anna Winiarska, która w tym roku skończyła 111 lat. 

Podwójne święto

Tegoroczne urodziny Leokadii były podwójnie wyjątkowe. 

Dokładnie rok temu, w dniu jej 107. urodzin, na świat przyszła jej praprawnuczka Zuzia.

– Od tego czasu świętujemy podwójnie. Zamówiłam dwa torty. Jeden dla babci, drugi dla Zuzi. To była wspólna, rodzinna uroczystość – mówi nam Jadwiga Rączka. 

Redakcja „Dziennika Wschodniego” życzy Jubilatce dużo zdrowia, pogody ducha i kolejnych lat życia. Wszystkiego najlepszego! 

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Komentarze

Reklama