– Byliśmy małżeństwem przez 10 lat – rozpoczyna swoją opowieść pan Konrad. Jest spokojny. Z czasem jednak głos zacznie mu się łamać. Od 2009 roku pracował w Norwegii. Właściwie pracuje tam do dziś. Z czasem przeprowadziła się do niego również żona. To tam urodziło się im pierwsze dziecko. Niedługo na świat przychodzi jeszcze dwójka potomków. Na północy Europy rodzina spędza razem 6 lat.
– Były plany, żeby tam zostać, ale żona chciała wrócić do Polski. Kupiliśmy mieszkanie w Wielkopolsce, w moich rodzinnych stronach. Remontowaliśmy je, mieliśmy się przeprowadzić rok temu w wakacje – opowiada pan Konrad, który pozostał w Norwegii, by nadal zarabiać na wykończenie mieszkania. Jego żona wróciła do Polski z dziećmi. On przyjeżdżał tu na dwa tygodnie, mniej więcej co miesiąc. Odwiedzał bliskich i przy okazji powoli przygotowywał ich nowe cztery kąty.
– Do listopada 2024 wszystko było normalnie. Wtedy jednak zauważyłem sporo zmian w zachowaniu mojej żony. Gdy się kogoś zna, takie rzeczy się dostrzega. Moją uwagę przykuło to, że coraz częściej chodzi do kościoła. Szykowała się bardzo długo, ubierała się wyzywająco. Zapisała dzieci na ogniska misyjne. Jednocześnie nasza relacja zaczęła się pogarszać – wspomina pan Konrad. – Żona coraz rzadziej do mnie dzwoniła. Kiedyś rozmawialiśmy ze sobą praktycznie codziennie – dodaje.
NIE MA TO JAK BILING
Sytuacja eskalowała w szybkim tempie. – Gdy przyjechałem na święta i sylwestra, czułem się traktowany jak pies. Atmosfera w domu była fatalna. Pewnego razu żona kompletnie niepytana rzuciła do mnie: „Czy ty myślisz, że mogłabym cię zdradzić?”. To dało mi do myślenia – mówi 37-latek. – Potem przy ludziach, przy świątecznym stole powiedziała też, że „ludzie się czasem rozwodzą”. Uznała to za normalne. Oburzyli się nawet jej rodzice – relacjonuje pan Konrad.
Dla mężczyzny jasne stało się, że musi znaleźć powód, dla którego nie poznaje swojej żony. – Byłem w Norwegii. Wtedy uświadomiłem sobie, że żona przez 12 lat używała telefonu, który był formalnie na mnie. Zadzwoniłem do operatora, wziąłem billingi. Wszystko zaczęło stawać się jasne – mówi pan Konrad. Jego druga połówka nagminnie rozmawiała i esmesowała z jednym numerem. – Czasem te rozmowy trwały od 22 do późnej nocy. Po kilka godzin. Do tego mnóstwo esemesów. Często krótkie połączenia z samego rana, zaraz po przebudzeniu. W terminach, gdy wracałem do Polski, to zanikało. Gdy wyjeżdżałem – od nowa – wyjaśnia nasz rozmówca.
DETEKTYW W AKCJI
Pan Konrad postanowił zatrudnić detektywa. – Sam powiedział mi na wstępie, że miał już takich spraw wiele i przeważnie w grę wchodzi to samo, czyli zdrada. Jak się okazało, miał rację – mówi.
Detektyw ustalił, że żona pana Konrada umawia się z mężczyzną. Są przy tym bardzo dyskretni. Dbają o to. Umawiają się w nieoczywistych miejscach. Przykładowo na sklepowych parkingach. Potem jadą wspólnie jednym autem do lasu. Wiadomo po co. – Żona zwalniała się ze stażu, specjalnie po to, żeby się z nim spotkać. Jeździli terenówką w trudno dostępne miejsce, gdzie zwykły, osobowy samochód nie bardzo mógł nawet wjechać – opisuje pan Konrad. Jego detektyw zdobył jednak materiały na potwierdzenie dotychczasowych przypuszczeń.
– Złożyłem pozew z orzeczeniem o winie. Żona już wcześniej powiedziała mi, że jak chcę, to mogę się zająć załatwieniem rozwodu. Myślała, że to zlekceważę. Ale ja nie będę z kimś na siłę. Chciałem po prostu wiedzieć, dlaczego – wyjaśnia mężczyzna. Jak nietrudno domyśleć się z kontekstu, żona pana Konrada urządzała sobie schadzki z… księdzem, który pełnił wówczas posługę w jednej z parafii w Lublinie. – Znałem go z twarzy. Nie byliśmy żadnymi kolegami, ale służył między innymi przy naszym ślubie, chrzcił nasze dzieci. Dla mnie to, co on zrobił, jest niepojęte. Moje dzieci mówiły do niego „wujku”. Jeździli na wspólne wyjazdy. Wynajmowali domek, nocowali razem z moją żoną i dziećmi. Udawali rodzinę. A tak naprawdę on rozbił moją rodzinę – opowiada pan Konrad, coraz trudniej cedząc kolejne zdania.
– Moja żona wszystko zrujnowała. Rozwaliła. Zaczęła nastawiać dzieci przeciwko mnie. Opowiadać o mnie jakieś rzeczy. Dzieci teraz nie chcą mnie znać. Straciłem z nimi kontakt. Zaprzeczała zdradzie. On również zaprzeczył, by uprawiali seks. Ale potwierdził, że się spotykali. Że mieli bliską relację. Że wspólnie wyjeżdżali do wynajętego domku. Powiedział też, że miał podobne relacje z dwoma innymi parafiankami – relacjonuje 37-latek.

INTERNETOWY ŚLAD
Zdradzony mężczyzna nie odpuścił tej sprawy. Rozmawiał z proboszczem lubelskiej parafii. Ten powiedział mu, że musi podjąć jakieś kroki. – Byłem też w kurii. Arcybiskup powiedział, że chce dowodów. Powiedziałem, że dowody są w sądzie – wyjaśnia pan Konrad.
15 czerwca na facebookowym tamtejszej profilu parafii pojawił się wpis. Oto jego treść: – Decyzją Arcybiskupa Metropolity Lubelskiego Stanisława Budzika z dniem 1 lipca posługę w naszej Parafii kończy ks. (tu – personalia) – rozpocznie pracę w Parafii (tu – nazwa parafii).
Pod wpisem możemy przeczytać kilkadziesiąt komentarzy. Rozpętała się istna burza. Wśród komentujących jest między innymi pan Konrad, a także jego znajomi, którzy piszą wprost o powodach, dla których duchowny został przeniesiony. Ktoś pisze nawet: „Strzeżcie się fałszywych proroków, którzy przychodzą do was w owczej skórze, a wewnątrz są drapieżnymi wilkami”. To cytat z Ewangelii św. Mateusza.
Nie brak również wpisów broniących dobrego imienia księdza. Część parafian go lubi. Żałują, że odchodzi. Twierdzą, że jest pomawiany bez dowodów. Podobna sytuacja jest pod innym wpisem, gdy parafia 28 czerwca publikuje zdjęcia z pożegnania księdza. Pan Konrad pisze komentarz: „12 lat kłamstw i obłudy pod przykrywką wiary… Gdzie on ma sumienie patrząc tym ludziom w oczy…”.
PAN KONRAD WKRACZA DO AKCJI
Kilka dni później w nowym miejscu posługi „bohatera” tej historii odbyła się feralna msza. To inauguracja jego pracy w nowym miejscu. – Byłem akurat w Polsce. Dowiedziałem się, że on będzie odprawiał tam liturgię. Stwierdziłem, że pojadę tam, by ostrzec parafian przed tym człowiekiem. O ironio, głosił kazanie o rodzinie. Gdy skończył, spokojnie wstałem i powiedziałem, by na niego uważali. Że to człowiek, który rozbija rodziny. Że zabierał moją żonę do lasu i uprawiali tam seks – opisuje sytuację pan Konrad. Między panami miała się wywiązać krótka interakcja:
- Zadzwonię na policję!
- To dzwoń. Dumny z siebie jesteś?
Tak przynajmniej relacjonuje pan Konrad. – „Ty się człowieku Boga nie boisz”, powiedziałem mu na odchodne – mówi.
Ksiądz słowa dotrzymał. Złożył doniesienie na policję w sprawie przerwanej mszy. – Faktycznie, byłem na komisariacie i składałem wyjaśnienia. W kościele nie zachowywałem się konfrontacyjnie. Spokojnie powiedziałem swoje i wyszedłem. Jeśli będę miał okazję jeszcze raz tam pojechać i ostrzec ludzi, to to zrobię. To jest zwykły oszust, nie ma nic wspólnego z wiarą – rzuca gorzko nasz rozmówca.
KSIĄDZ „NIE PĘKA”
Skontaktowaliśmy się z zainteresowanym księdzem Grzegorzem. Nie był skory do rozmowy. – Ja jego rodziny nie rozbiłem. Sprawa jest w sądzie. Sam zostawił żonę, a teraz na mnie zgania. Nie będę niczego komentował – powiedział w żołnierskich słowach duchowny.
Po kilku minutach ksiądz dzwoni do nas. Grozi procesem w przypadku publikacji nieprawdy na jego temat. Dodaje, że mamy obowiązek wspomnieć o tym, że żona pana Konrada złożyła na swojego męża doniesienie, zarzucając mu znęcanie się. Kończy rozmowę, dodając, że w przeszłości pisaliśmy już nieprawdę na jego temat. – Wtedy odpuściłem, teraz nie odpuszczę – odgraża się duchowny.
– Nigdy nie znęcałem się nad żoną i, z tego o wiem, nie złożyła ona żadnego doniesienia. Ja przynajmniej niczego nie dostałem. Ale faktycznie twierdziła, że stosowałem wobec niej przemoc ekonomiczną i nawet seksualną. Dowiedziałem się o sobie nowych rzeczy. To są zarzuty wyssane z palca. Ona o tym doskonale wie. Nigdy bym jej nie zostawił sam z siebie. Mieliśmy wspólne plany, to mieszkanie… Pisała w esmsesach do mojej siostry, że kocha mnie nad życie – mówi pan Konrad.
KURIA: SAM PODJĄŁ DZIAŁANIA NAPRAWCZE
Co na to wszystko kuria? Oto odpowiedź na nasze zapytanie przesłana przez rzecznika prasowego, ks. Adama Jaszcza. - Przypadek duchownego znany jest jego przełożonym. Sam podjął wobec siebie działania naprawcze, które uznajemy za właściwe. To sprawia, że może rozpocząć posługę jako wikariusz w miejscu wskazanym przez biskupa. Bycie księdzem nie oznacza, że człowiek nie popełnia błędów. Ponosi się też ich konsekwencje. Sama sprawa jest bardziej skomplikowana, jednak nie jest moją rolą przedstawianie jej szczegółów w mediach. Niedopuszczalne jest zakłócanie nabożeństw w celach awanturniczych, ponieważ godzi to w prawo wiernych do spokojnego uczestnictwa w liturgii. Sprawiedliwości można dochodzić na różne sposoby, zarówno w Kościele, jak i na forum świeckim, ale powinno się to odbywać z poszanowaniem prawa, godności osób oraz miejsc świętych.
Głosu w sprawie nie chciał zabierać nowy, bezpośredni przełożony księdza. – Po zaciągnięciu opinii u prawnika na tym etapie postępowania nie mogę udzielić odpowiedzi – napisał nam proboszcz.
Pan Konrad rozwodzi się z żoną. Za nimi już cztery rozprawy. Przed nimi kolejne. Najbliższa w listopadzie. Do przesłuchania zostało jeszcze trochę świadków. – Najbardziej zależy mi na dzieciach. Rozwód jest już formalnością – wyjaśnia mężczyzna.
NIE ODPUŚCI, JAKO INNI ODPUSZCZAJĄ
Nasz rozmówca jest – rzecz jasna – zdeterminowany, by wyjaśnić sprawę do końca. Uważa, że dla ludzi pokroju tego księdza nie ma miejsce w Kościele. Napisał nawet list do Watykanu. Stolica Apostolska odpowiedziała, że zapoznała się z treścią oskarżeń pod adresem duchownego i zamierza wyjaśnić sprawę, nawiązując kontakt z właściwym ordynariuszem. Dodajmy, że uwikłany w sprawę ksiądz w przeszłości uczył religii w jednej ze szkół. Sam zrezygnował z tego zajęcia.
Relacje pana Konrada potwierdził nam w rozmowie prywatny detektyw, który dokumentował potajemne spotkania żony swojego klienta z księdzem.

Komentarze