Konia z rzędem temu, kto przewidzi w tym sezonie wynik Lublinianki. Po trzech porażkach z rzędu piłkarze Modesta Boguszewskiego jechali do jaskini lwa, czyli na boisko Stali Rzeszów, jak na ścięcie. I o dziwo zamiast wracać z bagażem kilku goli zremisowali z wielkim faworytem 2:2.
22.11.2014 15:00
Wszystko zaczęło się zgodnie z planem, bo w 22 minucie Piotr Prędota był ciut szybszy od Marcina Zapała. Uprzedził bramkarza rywali i spokojnie kopnął piłkę do siatki.
10 minut później Stal podwyższyła swoje prowadzenie po golu Petera Suswama, który huknął z kilkunastu metrów w samo okienko.
W tym momencie większość kibiców gospodarzy pewnie przestała martwić się już o końcowy wynik. Fani raczej zastanawiali się ile goli ich pupile wbiją czerwonej latarni rozgrywek.
Do przerwy skończyło się na wyniku 2:0, ale tuż po zmianie stron goście wreszcie się odkuli.
Przemysław Kanarek głową pokonał Miłosza Lewandowskiego, niestety cieszył się tylko przez chwilę, bo boczny arbiter zasygnalizował pozycję spaloną.
Lublinianka dopięła swego w 72 minucie, kiedy Stefan Kucharzewski wreszcie się przełamał i po długich tygodniach bez gola zapisał na swoim koncie drugie trafienie.
Tym razem wykorzystał dośrodkowanie Huberta Kotowicza z rzutu rożnego i głową z bliska dał przyjezdnym nadzieję na przerwanie serii porażek.
W 87 minucie podopieczni trenera Boguszewskiego wrócili z dalekiej podróży. Maciej Maślany posłał potężną bombę z około 30 metrów i piłka wylądowała na poprzeczce. Dopadł do niej Sebastian Brocki, ale w kapitalnej sytuacji... nie trafił w bramkę.
Za to pudło Stal bardzo słono zapłaciła w doliczonym czasie gry, kiedy Kanarek wpadł w pole karne i mimo asysty obrońców zdołał wpakować piłkę do siatki.
Mimo remisu Erwin Sobiech i spółka zakończą rok na ostatnim miejscu w tabeli. Udowodnili sobie jednak, że potrafią grać w piłkę. Na wiosnę wszystko będzie też możliwe, bo strata do bezpiecznych drużyn wynosi ledwie kilka "oczek".
Komentarze