Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama

Fatalna frekwencja w wyborach do rad dzielnic. Potrzebne było także losowanie

Znikomym zainteresowaniem cieszyły się wybory do rad dzielnic. Kandydatów było mało, zdobyli niewiele głosów, bo mało kto poszedł do urn. Na wybory pofatygowało się nieco ponad siedmiu na stu mieszkańców. W efekcie do zdobycia mandatu niektórym wystarczyło... kilkanaście głosów.
Fatalna frekwencja w wyborach do rad dzielnic. Potrzebne było także losowanie
Najwięcej głosów w skali miasta zdobył Radosław Osiak, kandydat do Rady Dzielnicy Sławin, którego poparło 307 osób. Zaraz za nim uplasowała się Grażyna Stadnik (Czuby Północne) z wynikiem 290 głosów. Ale już Joannie Baranowskiej wystarczyło 17 głosów, by wejść do Rady Dzielnicy Stare Miasto, z identycznym poparciem do tej rady weszła też Teresa Kwiatuszewska, a obie panie uzyskały najgorszy w Lublinie wynik.

To efekt bardzo małej frekwencji, która wyniosła ogółem 7,49 proc. - Możemy cały czas podkreślać, że to mało, ale proszę zwrócić uwagę, że to o prawie półtora procent więcej niż cztery lata temu, jest pozytywna progresja - mówi Jarosław Pakuła, przewodniczący Miejskiej Komisji Wyborczej.

O ile cztery lata temu rekordowa frekwencja w Głusku przekroczyła 20 proc., o tyle teraz nigdzie nie pojawił się choćby zbliżony wynik. Najwięcej osób poszło na wybory w dzielnicach peryferyjnych: Zemborzyce (14,42 proc.), Szerokie (14,32 proc.), Głusk (14 proc.), Hajdów-Zadębie (13,91 proc.) i Abramowice (12,67 proc.).

Natomiast najniższa frekwencja była w dzielnicy Śródmieście (4,19 proc.), Czuby Południowe (5 proc.) i Stare Miasto (5,31 proc.). W tej ostatniej do rady na swoją kolejną dzielnicową kadencję kandydowała posłanka Twojego Ruchu, Zofia Popiołek. Mandat dostała uzyskując… 19 głosów.

Przytłaczająca większość mieszkańców nie zainteresowała się wyborami, choć Ratusz próbował różnych zachęt. - Były spoty reklamowe, plakaty w autobusach i na przystankach - wymienia Beata Krzyżanowska, rzecznik prezydenta. Zapewnia, że miasto nie zamierza "uśmiercić” rad dzielnic. - Są dla nas wsparciem, są ważne w momencie opiniowania różnych projektów, pomagają diagnozować potrzeby dzielnic, ta współpraca się sprawdzała.

Stosunkowo małym zainteresowaniem cieszył się już sam nabór kandydatów do rad, bo było ich mniej niż dwóch na jedno miejsce. A w sześciu obwodach chętnych było dokładnie tyle, ile miejsc do obsadzenia i tu głosowania nie było, a każdy kto się zgłosił ma automatycznie zapewniony mandat.W trzech dzielnicach o ostatecznym składzie rady rozstrzygnęło poniedziałkowe losowanie. Dlaczego? W czterech obwodach (dwóch na Bronowicach i po jednym na Szerokiem i Za Cukrownią) doszło do sytuacji, gdy dwie osoby uzyskały taką samą liczbę głosów.

Do pracy w radach tłumy się nie garną, bo za taką pracę nie dostaje się wynagrodzenia. Otrzymuje je jedynie (1700 zł na rękę) przewodniczący zarządu każdej z dzielnic, którego radni wybierają spośród siebie. Roczny budżet 27 rad dzielnic to łącznie 650 tys. zł, z czego 530 tys. zł idzie na diety, a 92 tys. zł na czynsze.

Co może rada

Rady dzielnic (zasiada w nich 441 osób) co roku decydują o podziale specjalnej rezerwy w miejskiej kasie wynoszącej 129 tys. zł na dzielnicę. W tym roku limit został już wyczerpany i nowe rady będą musiały czekać do przyszłego roku.

Podziel się
Oceń

Komentarze

Reklama