Kiedy inni zachwycają się pejzażami na filmie, on wypatruje samochodów. Nie dlatego, że jest zagorzałym fanem motoryzacji. Skupia się na tablicach rejestracyjnych. Wie o nich tyle, że potrafi rozpoznać, z jakiego są miasta, państwa, a nawet jaka czcionka została użyta do ich wykonania.
Ale to nie wszystko. Jest też współwłaścicielem największej w Europie Manufaktury Blach Tłoczonych: inaczej mówiąc firmy, która produkuje na zamówienie każdy rodzaj tablicy rejestracyjnej. I jest to firma z Lublina.
Zbieracze tablic
Jarosław Kołodziejczyk o swoim hobby może mówić godzinami. Takich jak on, kolekcjonerów tablic rejestracyjnych jest w Polsce ok. dwustu. Czynnie działających w klubie „zbieraczy tablic”: sześćdziesięciu. Posiadaczy cennych eksponatów: kilku. Wśród nich jest właśnie pan Jarek.
- Najcenniejsze są próbne tablice sprzed 1938 roku - mówi. - To są tzw. „białe kruki”. Zresztą cenne są każde wyprodukowane przed tą datą. Oczywiście mówimy o polskich tablicach. Z zagranicznych jest duży popyt na tablice z Watykanu. Sztuka może kosztować nawet 4 tys. euro.
Polskich, przedwojennych tablic - według jego wiedzy - jest w Polsce siedem. On sam ma jedynie jej replikę. W Lublinie znajdują się jednak trzy tego rodzaju tablice.
- Kilka lat temu za taką tablicę proponowano krakowskiemu antykwariuszowi nawet 20 tys. zł - mówi Jarek Kołodziejczyk. - Nie zgodził się sprzedać.
On sam stara się - zamiast płacić krocie za tablice - zamieniać się. Jeśli kupuje, to tak jak kiedyś postanowił: wydaje maksymalnie do 300 zł.
Filmowe numery
Jarosław Kołodziejczyk nie ukrywa, że jak widzi samochód, to nie patrzy na jego linię czy kształt, ale na tablice rejestracyjne. Tak jest również na filmach. I czasami albo się irytuje, albo coś budzi jednak zazdrość lub zaciekawienie.
- W „Czasie honoru” krew mnie zalała, kiedy zobaczyłem samochód w okupowanej Warszawie z próbną tablicą rejestracyjną z lat 90. - wspomina. - Motyw tablic pojawiał się również w serialu „13 posterunek”. Bardzo starannie zrobiona czcionka. To, że były to podróbki, zdradziła niezgodność numeracji. Podobnie było z jednym z głośnych rosyjskich filmów. Zainteresowały mnie perfekcyjnie wykonane tablice. Kiedy chciałem sprawdzić - według nich - gdzie był kręcony film, okazało się, że są fikcyjne.
Tak się zmieniały tablice
Lubelskie tablice od 1922 do 1937 roku miały symbol LB w kolorze czerwonym. Pierwsza miała numer 3001. W późniejszym okresie zaczynały się od 74000 wzwyż - bez podziału na samochody czy motocykle; te drugie miały tylko przednie tablice, tylne tylko w przypadku motocykla z przyczepką. Tuż przed wojną tablice zmieniły tło z białego na czarne.
Inne była też symbole: litera A oznaczała, że jest to prywatny samochód, T- użytkowy, M - motocykl, a litera W była przeznaczona dla pojazdów wojskowych. Do tego numeracja: od 35000 do 39999.
Kiedy wybuchła wojna, Niemcy wprowadzili swoje tablice, z zaznaczeniem odpowiedniej guberni.
W 1946 roku pojawiły się nowe, zmodyfikowane „blachy”.
- To był bardzo ciekawy okres dla historii tablic - zaznacza lubelski kolekcjoner. - Przed wszystkim pojawiła się pełna nazwa stolicy województwa. Ciekawe były też oznaczenia. Litera H oznaczała, że mamy do czynienia z pojazdem prywatnym, dla państwowych były zarezerwowane litery od A w górę, taksówki miały literę T, a wojsko U.
Więzienne blachy
W 1950 roku powstała pierwsza, jak na tamte czasy profesjonalna, fabryka tablic rejestracyjnych w Polsce. Mieściła się w więzieniu we... Wronkach. Tablice były robione ze stali. Ani wcześniejsze ani późniejsze nie dorównywały im jakością. O tym, że dany wyrób pochodził z Wronek może świadczyć wytłoczona na blasze litera W.
Przed nie lada zadaniem stanęli w 1953 roku właściciele pojazdów z Katowic. Komunistyczne władze postanowiły, że od tej pory miasto będzie się nazywać Stalinogród. Wszyscy musieli zatem, na własną rękę „wyklepać” na tablicy wytłoczoną nazwę Katowice i umieścić na nich aktualnie obowiązującą.
Koniec kombinacji
- W okresie 1956-1976 robiono byle jakie tablice: tandetnie wykonane, z użyciem dziwnych czcionek - mówi Jarosław Kołodziejczyk. - Warszawa przykładowo robiła plastikowe tablice z dyktą w środku. Były bardzo nietrwałe.
Lublin miał na początku tego okresu tablice zaczynające się od litery LL, później pojawiły się one po cyfrach.
Pojazdy zarejestrowane w mieście miały symbole LL, LW i LU, a z okolic: LN. Ciekawa była wówczas numeracja taksówek, których tablice były zgodne z numerami bocznymi (przeznaczono dla nich 300 tablic)
Pojazdy wojskowe miały literę U, a milicyjne: Y.
Kolejne zmiany nastąpiły w roku 1976 roku. Plusem było to, że wreszcie stały się w miarę jednolite o europejskich rozmiarach (520x110 lub 120 mm), minusem: miały zbyt małą pojemność. Podobną wadę mają dzisiejsze tablice. O ile w Białej Podlaskiej nie wykorzystano nawet 30 proc. tablic, o tyle w Poznaniu i Krakowie po 1,5 roku zabrakło już kombinacji.
Wśród licznych eksponatów w domu pana Jarka na uwagę zasługują też tablice do jazdy badawczej (takie m.in. miały testowane w Lublinie honkery) jak również prawdziwa perełka: tablice przeznaczone dla cudzoziemców zameldowanych w Polsce. Obowiązywały one do 1993 roku.
Zbiera i robi
Po kilku latach „zbieractwa” lubelski kolekcjoner poszedł krok do przodu: próbował rekonstruować stare tablice rejestracyjne. Zaczął od tej, której nie miał w swojej kolekcji: przedwojennej z czerwoną literą. W międzyczasie poznał Artura Kosnowicza z Warszawy, również pasjonata tablic, ale przede wszystkim zdolnego grafika komputerowego.
Wykonali wspólnie kilka starych tablic rejestracyjnych i ruszyli w Polskę. Zaczęli od muzeum motocykli i samochodów pod Wrocławiem.
- Jak zobaczyli nasze tablice, to bez namysłu zamówili 40 kompletów - mówi Kołodziejczyk. - Pracowaliśmy nad tym 3 miesiące.
Komplet tablic kosztuje u nich ok. 250 zł. Ale na początku wychodzili na tym praktycznie na zero. - Trzeba wziąć pod uwagę nie tylko koszty materiałów na tablice, ale również koszty przygotowania matryc z czcionką. Wycięcie jednej litery czy cyfry kosztuje od kilku do kilkunastu złotych. Poza tym tablice są z różnych okresów i różnią się nie tylko rozmiarem, ale i przetłoczeniami, wykończeniem. To nie jest tak, że robimy matrycę i wkładamy to do prasy. Czasami tablice są tak skomplikowane w prostej wydawałoby się budowie, że wymaga to za każdym razem innej technologii produkcji.
Panie Dulskie i Bodo
Ich repliki szybko dotarły pocztą pantoflową nie tylko do muzeów. Po dwóch latach działalności otrzymali pierwsze zamówienie od producenta filmowego: zamówił tablice do kręconego w Lublinie filmu „Panie Dulskie”.
Potem przyszły kolejne: ich tablice „grają” też między innymi w serialu „Bodo”. Mają też wstępną umowę na dostarczenie tablic motocyklowych na plan „Wołynia” Smarzowskiego.
- Nie zarabiam jednak takich pieniędzy, żeby mnie było stać na porzucenie swojej właściwej pracy (pan Jarek jest absolwentem Politechniki Lubelskiej i na co dzień pracuje w branży budowlanej - przyp. aut.). Tablice są wciąż bardziej moim hobby, aniżeli sposobem na dorobienie się.
To jednak może się zmienić, dzięki... Kalifornii, gdzie niedawno zmieniły się przepisy i można rejestrować samochody na zabytkowych tablicach. Stamtąd też otrzymali propozycję współpracy. Na próbę wysłali kilka kompletów tablic i zostały zaakceptowane. Nie ukrywają, że liczą na duży kontrakt.
Dzięki Facebookowi otrzymują coraz więcej zamówień z różnych państw Europy na szybkie wykonanie tablic japońskich.
- Przy sprowadzaniu stamtąd samochodu, tablice zostają u nich - wyjaśnia pan Jarek. - Nowy właściciel, żeby zarejestrować takie auto musi często czekać kilka miesięcy na procedury związane chociażby z przetłumaczeniem dokumentów. A samochód posiada ważne ubezpieczenie. Brakuje mu jedynie tablic. My wtedy na podstawie zdjęć jesteśmy to w stanie zrobić.
Dużo zamówień mają również od właścicieli starych samochodów, którzy wykorzystują repliki zabytkowych tablic na zlotach. Zdarza się, że mają też nietypowe zamówienie: np. wykonanie niewielkiej tablicy rejestracyjnej do samochodu wyścigowego. Z takim problemem borykają się na przykład właściciele chociażby ferrari. Producent nie przewidział w tym samochodzie miejsca na typową tablicę. Wtedy wykonuje się małą tabliczkę.
Kiedy inni zachwycają się pejzażami na filmie, on wypatruje samochodów. Nie dlatego, że jest zagorzałym fanem motoryzacji. Skupia się na tablicach rejestracyjnych. Wie o nich tyle, że potrafi rozpoznać, z jakiego są miasta, państwa, a nawet jaka czcionka została użyta do ich wykonania.
Ale to nie wszystko. Jest też współwłaścicielem największej w Europie Manufaktury Blach Tłoczonych: inaczej mówiąc firmy, która produkuje na zamówienie każdy rodzaj tablicy rejestracyjnej. I jest to firma z Lublina.
Zbieracze tablic
Jarosław Kołodziejczyk o swoim hobby może mówić godzinami. Takich jak on, kolekcjonerów tablic rejestracyjnych jest w Polsce ok. dwustu. Czynnie działających w klubie „zbieraczy tablic”: sześćdziesięciu. Posiadaczy cennych eksponatów: kilku. Wśród nich jest właśnie pan Jarek.


















Komentarze