Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama

Jawne czy poufne

Nie wszystkie urzędy samorządowe ułatwiają swoim mieszkańcom dostęp do informacji
Mieszkańcy Radzynia Podlaskiego już wiedzą, co zrobić, żeby zajrzeć w dokumenty urzędu miejskiego. Prawo wglądu do wszystkich dokumentów dali im radni, którzy uchwalili, że wszystkie informacje urzędu są jawne, a obywatele za drobną opłatą mają prawo natychmiastowego wglądu do wszystkich uchwał i protokołów. Nie wszędzie jednak panują takie zasady. W treści uchwalonej przez radzyńskich radnych uchwały czytamy, że obywatele mają prawo do informacji o pracy wszystkich organów gminy, wstępu na sesje rady gminy (do czego zresztą daje im prawo stosowna ustawa), posiedzenia wszystkich komisji i prawo dostępu do dokumentów, protokołów posiedzeń rady i poszczególnych komisji. Uchwała określa też drogę, jaką ciekawscy muszą pokonać i za ile kupić znaczek urzędowy, żeby zajrzeć do dokumentów. Interesant musi zgłosić się z wnioskiem do Wydziału Organizacyjno-Prawnego. Uchwała zapewnia, że dokument zostanie pokazany niezwłocznie. Tylko w wyjątkowych sytuacjach petent będzie musiał zaczekać do trzech dni od daty wpłynięcia jego wniosku do urzędu. - Informacje te dotychczas były też jawne, ale panował chaos, petent nie wiedział, jaką drogę musi pokonać, żeby informację uzyskać - mówi zastępca burmistrza Radzynia Podlaskiego Jerzy Woźniak. Jednak na razie niewiele urzędów może pochwalić się taką uchwałą: - Nie mamy podobnej uchwały i na razie nie zamierzamy jej wprowadzać w życie - mówi burmistrz Łukowa Krzysztof Tymoszuk. - U nas i bez uchwały petenci nie mają problemów z dotarciem do materiałów, wszystko jest jawne. Innego zdania są petenci i dziennikarze. - Kiedy zbierałam materiały do tekstu, w łukowskim urzędzie odmówiono mi prawa wglądu do pisma z jednostki podległej urzędowi. Kiedy potem zwracałam się do burmistrza pisemnie, nadal nie pokazano mi stosownego papieru, tłumacząc się wewnętrzną sprawą urzędu - mówi dziennikarka lokalnej gazety. - Korespondencja między jednostką a urzędem toczyła się miesiącami. Ujawnianie jednego listu wyrwanego z kontekstu nie miało sensu - odpiera zarzut Krzysztof Tymoszuk.

Podziel się
Oceń

Komentarze

Reklama