Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama STUDNIÓWKA 2026 - zobacz galerię zdjęć!
Reklama

Wojewódzki mówi, że to smutne miasto. Ja myślę: „Ach, to lubelskie powietrze”

Kuba Wojewódzki w swoim podcaście na Onecie powiedział, że Lublin jest „dość smutnym miastem”. Czy miał rację i naprawdę mieszkamy na końcu wielkiego świata, w pozbawionej perspektyw dziurze, w zaścianku Polski B?
Wojewódzki mówi, że to smutne miasto. Ja myślę: „Ach, to lubelskie powietrze”

Autor: DW

Piętnaście lat temu Krzysztof Zalewski wystąpił w „Szansie na sukces”. Już nie wyglądał jak młody Eddie Vedder, na którego stylizował się w „Idolu”, ale jeszcze nie był sławny. 

- Skąd przyjechałeś? - spytał go prowadzący Wojciech Mann.

Zalewski się zawahał.

- Przyjechałem z Trójmiasta. Ale pochodzę z Wrocławia. W sensie, że tam mieszkam – odpowiedział.

I wyczarował doskonałe, nasycone bólem wykonanie piosenki „Nie pytaj o Polskę” Ciechowskiego. Potem mainstreamową publiczność kupił Męskim Graniem i popłynął w stronę dużej solowej kariery. Ale do tej pory pamiętam głosy, które pojawiły się w mieście po jego niecałych pięciu minutach w „Szansie na sukces”. Mówiono, że wstydził się powiedzieć: „Pochodzę z Lublina”.

Brejdaki z Polski B, nie A

Zalewski nie kłamał. Nigdy nie ukrywał, że urodził się w Lublinie. Śpiewać zaczął jako uczeń I Liceum Ogólnokształcącego im. Stanisława Staszica. Grał też na gitarze w lubelskim zespole Loch Ness. Polska jednak pierwszy raz usłyszała o nim, kiedy wygrał „Idola” i pod pseudonimem Zalef pisał debiutancką płytę „Pistolet”. Nie w Lublinie, a we Wrocławiu, z którego wraz ze wzrostem rozpoznawalności przeprowadził się do Warszawy.

Tam też mieszkają bracia Kacperczykowie, których niedawno w swoim podcaście Wojewódzki&Kedzierski gościł Kuba Wojewódzki. Maciej i Paweł tworzą duet muzyczny, znany chociażby z okrytych platyną płyt „Kryzys wieku wczesnego” i „Pokolenie końca świata”, wywodzą się z Lublina, również są absolwentami Staszica.

Pod koniec rozmowy Wojewódzki, jeden z najpopularniejszych polskich gwiazdorów telewizyjnych, zacytował fragment ich utworu „Brejdaki”: „Wychowani w mieście Palikota, jego zimnej wódki/Polska B, nie A, kraina Bajmu i Suflera Budki”. 

- Najładniejszy wers o dosyć smutnym mieście - skomentował 62-latek.

Przyznał, że w Lublinie był kilka razy, ale poza nieistniejącą już restauracją Czarcia Łapa i Zamkiem nie znalazł w nim niczego ciekawego.

- Jaką mistyczną tajemnicę kryje w sobie Lublin? Bądźcie moimi przewodnikami – spytał więc Kacperczyków.

Bracia Maciej i Paweł podkreślili, że nie chcieliby zabrzmieć, jak „Warszawiacy”, ale rzadko włóczą się po rodzinnym mieście i raczej nic odpowiadającego gustom Wojewódzkiego polecieć nie mogą. Zaproponowali zwiedzanie podziemi Lublina, wspomnieli o klubie Dom Kultury, opowiedzieli o historycznie zakorzenionej żydowskiej stronie miast. Wojewódzki powyższe lubelskie propozycje skwitował sarkastycznie: „Czyli jedziemy dalej”. 

Punkcik na mapie świata

Na Facebooku o zdanie na temat tej wypowiedzi Wojewódzkiego spytaliśmy mieszkańców Lublina. Zostawili prawie 650 komentarzy. Większość w oburzeniu pisała, że celebryta z TVN-u nie ma o niczym pojęcia, bo to „miasto piękne i klimatyczne”. Mniejszość z opinią byłego jurora „Idola”, „Mam talent!”, „X-Factora” i „Małych Gigantów” z gorzką satysfakcją się zgadzała w myśl przekonania, że to „miasto bardzo biedne i zacofane”.

Prawda nie leży po środku, a nastroje w mediach społecznościowych nie stanowią jakościowego papierka lakmusowego, ich algorytmy już dawno zostały zaprogramowane tak, żeby napuszczać jednych ludzi na drugich, ku uciesze zbijających na tym fortunę magnatów branży Big Tech pokroju Muska czy Zuckerberga.

Trzeba jednak przyznać, że istnieje pokusa, a może i trend, aby każde takie zdanie Kuby Wojewódzkiego, milionera i pana gwiazdora ze szklanego ekranu, wygranego loterii życia i sukcesu w III RP, sprowadzać do niewartego uwagi wykwitu elitarystycznej wyższości i jego domniemanej pogardy dla biedoty. Czegoś w rodzaju prychnięcia przy stole, właściwego dla burżuja obserwującego z góry świat pariasów.

I tak, oczywiście, że Lublin może wydawać się smutnym miastem. Szczególnie, kiedy patrzy się na niego z wysokości luksusowego apartamentu na warszawskim Powiślu, jednej z wież Sea Towers w Gdyni, z której roztacza się panoramiczny widok na port i marinę, kompleksu Zatoka Komfortu w Jastarni na Helu, życia w Barcelonie, wakacji w rajskich lokalizacjach obu Ameryk, Azji, Karaibów.

Sam czasami łapałem się na tym podczas wyjazdów do Londynu, Rzymu, Kataru czy Nowego Jorku, szukając czegoś na Mapach Google. Gdy na ekranie smartfona stawałem się tą niebieską kropeczką, nawet podświadomie myślałem o Lublinie z czułością, ale jako o odległym, malutkim, prowincjonalnym, pewnie niewiele znaczącym punkcie na mapie świata. 

Nie ma sensu zaklinać rzeczywistości. Udawać, że jest inaczej. Że dla przypadkowo wylosowanego „obywatela wielkiego świata” Lublin będzie jakkolwiek atrakcyjny. Nie, nie będzie. Raczej nigdy.

Drenaż lubelskich mózgów

Niedawno zaprosiłem do naszego studia Tomasza Pituchę, dyrektora Wojewódzkiego Urzędu Pracy i radnego miasta Lublin. Z rozmowy wychodziłem zbombardowany alarmującymi danymi o teraźniejszości i najbliższej przyszłości Lubelszczyzny. 

Prognozy Głównego Urzędu Statystycznego wskazują, że do 2040 roku populacja regionu zmaleje nawet o dziesięć procent. Liczba osób w wieku produkcyjnym - o trzynaście procent. Już w tej chwili zarabia się tu mniej niż w innych rejonach kraju. Województwo stale opuszczają młodzi, wykształceni, wykwalifikowani ludzie. Postępuje zjawisko zwane drenażem mózgów. 

Do 2050 roku liczba ludności Lubelszczyzny skurczy się o trzysta tysięcy osób z aktualnych dwóch milionów. Mediana wieku mieszkańców wyniesie prawie pięćdziesiąt pięć lat. Dla porównania: aktualnie w Polsce są to czterdzieści trzy lata, a w Unii Europejskiej - około czterdzieści cztery.

Jeśli spełnią się czarne prognozy, udział emerytów w lubelskim społeczeństwie w 2040 roku wzrośnie z około dwudziestu do dwudziestu sześciu procent. Dziesięć lat wcześniej w stu siedemdziesięciu siedmiu z dwustu trzynastu gmin Lubelszczyzny nastąpi depopulacja. Niepokojące? Jak to leciało w „Seksmisji” i u Mrożka? Jutro to dziś, tyle że jutro.

Dziura w smutnym mieście

We współczesnej Polsce łatwo dostrzegalne jest pewne powszechne zjawisko, które od dawna klasyfikuję jako problem pierwszego świata, ale od którego absolutnie nie jestem wolny - skłonność do krytykanctwa i popadania w czarną rozpacz wobec otaczającej nas rzeczywistości. 

Wszystko stało się „dramatem”, „skandalem”, „tragedią”, „aferą”, „kryzysem”, „rewolucją”, „apokalipsą”, „klęską”. Poczułem to, gdy któregoś razu w księgarni przeglądałem „Patopaństwo. O tym, jak elity pustoszą nasz kraj” Jana Śpiewaka. Autor rozprawia się z patologiami „państwa z kartonu” i „patodeweloperki”, „januszexów” i bankierów, feudalizmu i dzikiego kapitalizmu. 

Śpiewak rysuje obraz zgniłego systemu, który powstał na szczytnych założeniach transformacji ustrojowej. Wyciąga oskarżycielski palec, wskazuje winnych i zdaje się mieć w tym rację, ale gdyby rozumieć Polskę tylko przez pryzmat „Patopaństwa”, wspieranego przez „Nie zdążę” Olgi Gitkiewicz, „Zapaść. Reportaże z mniejszych miast” Marka Szymaniaka czy „Wojsko z tektury” Ewy Żemły, można by pomyśleć, że żyjemy w kraju z dykty, z którego należałoby uciekać w siną dal. 

A jednocześnie budzimy się w erze wszechobecnej propagandy sukcesu, którą legitymizuje realny fakt, że Polska jest jedną z najszybciej rozwijających się gospodarek w Unii Europejskiej i na świecie, a symbolizują osiągające setki tysięcy wyświetleń, wspomagane przez AI, filmiki z rycerzami i żołnierzami w biało-czerwonych barwach, oprawione bogoojczyźnianym: „Za tę wolność i za pokój, którym cieszyć się możemy. Ciebie, Boga, wysławiamy. Tobie, Boże, dziękujemy”. 

I tak samo jest z Lublinem. Deficyt budżetowy na poziomie stu sześćdziesięciu milionów złotych. Zadłużenie łypiące w kierunku trzech miliardów w polskiej walucie. Ci zatrzymani przez CBA. Tamci skompromitowani albo nielubiani. Jeszcze inni przytwierdzeni do stołków. Ozdoby świąteczne nie takie. Nie ma biurowca dla urzędu miasta. Nie będzie budowy nowego stadionu żużlowego, tylko remont starego. Za dużo billboardów i banerów. Za mało drzew. Dziurawe ulice.

Lista żali jest długa. Większość z nich jest uzasadniona. Nie powinna jednak przesłaniać tego, że Lublin od dawna nie jest dziurą. Ani smutnym miastem.

Powietrze

Na początku października do Lublina przyjechali kibice Crystal Palace, klubu z angielskiej Premier League. Jeden z nich, przechadzając się po lubelskich ulicach, rzucił z gracją podlewaną bardziej piątym niż pierwszym kuflem piwa: „Such a vibrant city”.

Mniej więcej rok wcześniej wróciłem tu na stałe z Warszawy. Znaczy, po prawdzie, nigdy z Lublina mentalnie się nie wyprowadziłem. Nic nie mam do stolicy, nie należę do licznej reprezentacji jej zapalonych krytyków, ale blisko mi do spostrzeżenia pisarza Krzysztofa Vargi, że to miasto bez wyraźnego centrum, bijącego serca, poskładane z porozrzucanych klocków, które nieudolnie próbują pełnić jego funkcję.

Jednym z moich ulubionych momentów w miesięcznym kalendarzu było więc opuszczanie pociągu PKP, pędzącego sto sześćdziesiąt kilometrów na godzinę z Warszawy, na dworcu Lublin Zachodni przy Starym Gaju lub na zrestaurowanym w ostatnich latach Lublinie Głównym. Albo wyjście z Contbusa czy Flixbusa na już zupełnie nowopowstałym Dworcu Metropolitalnym PKS, czyli architektonicznej perełce, szczególnie późną nocą wyglądającą za sprawą tych fikuśnych filarów, niczym ogród w jakimś kraju Bliskiego Wschodu.

Ile to razy wtedy myślałem: „Ach, to lubelskie powietrze”, nawet jeśli wokół nijak nie pachniało.

„Nie dla idiotów”

Wychowałem się na LSM-ie. Raczej nikt, kto nie dzieli ze mną tego doświadczenia, nie zrozumie, ile znaczy boisko przy wieżowcu Sunhill, zwanym też od firmy budowlanej Antarem. Górka, po której zjeżdżało się na sankach przy Szkole Podstawowej nr 38. Pozostałości po dziełach artystów z Lubelskich Spotkań Plastycznych. Nawet ten „Pegaz” na osiedlu Krasińskiego, choć jego akurat nigdy nie lubiłem, kojarzył mi się słotą, pluchą, szarugą. Albo huśtawki na „Rakiecie” i długie spacery, których zakres wyznaczają sklepy „Społem” na osiedlu Mickiewicza. Czy też zapach biblioteki na osiedlu Sienkiewicza. Tak samo deptak na ulicy Jana Sawy przy Media Markcie - „Nie dla idiotów!”, wiadomo.

Dziennikarka Małgorzata Domagała, z którą niedawną rozmawiałem, stworzyła jednak w książce „Blokowiska Lublina” mitologię nie tylko „mojego” LSM-u, ale również blokowisk ZOR-u Zachód, Bronowic, Tatar, Przyjaźni, Czechowa, Kruczkowskiego, Kalinowszczyzny i Kalinowszczyzny Motor. I to był mój ostateczny dowód na to, że ze swoją miłością do Lublina „mieszkalnego”, jeśli tak można go w ogóle nazwać, nie jestem sam. 

Ludziom, którzy opowiedzieli swoje historie w „Blokowiskach Lublina”, miejsca te najczęściej kojarzyły się z dzieciństwem, młodością, beztroską. Najtrafniej opowiadał o tym Juliusz Machulski, reżyser „Vabanku” i „Seksmisji”, wychowany na osiedlu ZOR Zachód. Z jego wypowiedzi powstawały sceny, jak z „Chłopców z Placu Broni” czy książek Niziurskiego. Lublin był tu tylko polem gry. Bardzo wdzięcznym polem gry.

Cebularze

Jego potęgę, magię na wzór włoskich miasteczek, przypomniałem sobie dopiero, kiedy przeniosłem się na Krakowskie Przedmieście. Codziennie wychodzę na główną arterię Lublina i zanurzam się w ludzi. 

Bracia Kacperczykowie w rozmowie z Kubą Wojewódzkim i Piotrem Kędzierskim na Onecie nie potrafili wskazać zbyt wielu modnych lubelskich lokali i żaden to wobec nich zarzut, w rodzinne strony wracają do swoich spraw, nie muszą szlajać się po klubach i knajpach. Ale błędem byłoby pomyśleć, że nie ma tu się zupełnie, gdzie po tych klubach i knajpach szlajać, bo jak balety, to tylko w Warszawie czy Krakowie.

Imprezy o bardziej warszawskim klimacie w Domu Kultury, a bardziej przaśnym w Helium. Nie ma Czarciej Łapy? Jest Popularna. Świeci się ParZona. Kusi kaszanka z karpia w 2PiEr z widokiem na Plac Teatralny i CSK, których chyba już nikt nie postrzega jako betonozę. 

Kulinaria? Pub Regionalny św. Michał, Otwarta Grill, Raj Utracony, Włoska Sztuka, Gofry u Ireny, Ambaras, Anabilis, Pelier, Munchies, Mandragora, Cafe Heca, Perłowa Pijalnia Piw, Święty Spokój, Thai Story…

Do wyboru, do koloru. Można jeść po polsku, włosku, żydowsku, gruzińsku, ukraińsku, azjatycku, indyjsku, wreszcie po lubelsku z z cebularzem, pierogiem biłgorajskim i czerniną na czele. Pić lemoniadę, herbatę, kawę, piwo, wino, drinki, wódkę. Cały dzień i niemal całą noc.

Gęstość obrazu

Któregoś razu po mszy w Bazylice pw. św. Stanisława Biskupa Męczennika, czyli u Dominikanów, w świątyni ociekającej złotym, z rzeźbami świdrującymi wiernych martwym wzrokiem, błądziłem po Starym Mieście, aż wylądowałem na głośnej wystawie „Co babie do pędzla?!” w Muzeum Narodowym na Zamku Lubelskim. 

Wyszedłem z niej zachwycony dziełami pochodzącymi z prywatnych kolekcji i muzealnych zbiorów z Polski, Francji i Luksemburga, często nigdy wcześniej nie eksponowanymi. Malarstwo Meli Muter na przykład miało w sobie gęstość, którą do tej pory odczuwałem chyba tylko oglądając obrazy Paula Gauguina. Zdobyłem też wreszcie pretekst do zagłębienia się w historię Marii Dulębianki, obiecującej malarki, później feministycznej działaczki, prywatnie partnerki Marii Konopnickiej.

To była najlepsza wystawa malarstwa niewspółczesnego, jaką widziałem w tym roku, a tak się złożyło, że kilka miesięcy wcześniej ścieżki życia zawiodły mnie do National Gallery i Tate Modern w Londynie, a kilka miesięcy później do Metropolitan Museum of Art i Guggenheim Museum w Nowym Jorku, więc teoretycznie mógłbym machnąć ręką, że co to wobec tego ten Lublin?

A w tegoroczne wakacje Lublin odwiedziło ponad siedemset sześćdziesiąt pięć tysięcy osób z kraju i zagranicy. Aż o dwadzieścia dwa procent więcej niż w 2024 roku. W 2025 roku Lublin Aiport obsłużyło czterysta siedemdziesiąt jeden tysięcy pasażerów, co jest najlepszym wynikiem w całej dotychczasowej historii lotniska.

Prezydent Karol Nawrocki, podczas wizyty na ECR Kongresie Młodych w Lubelskim Centrum Konferencyjnym, mówił, że trzy czwarte uczniów tutejszych szkół średnich podejmuje studia wyższe właśnie w Lublinie – na UMCS-ie, KUL-u, Politechnice Lubelskiej, Uniwersytecie Medycznym, Uniwersytecie Przyrodniczym.

Przypadek milionera

Lublin nieco niespodziewanie stał się też miastem sportu. W mieście gra jeden z najwybitniejszych siatkarzy świata Wilfredo León. Na motorze ściga się prawdopodobnie najlepszy żużlowiec w historii czarnego sportu Bartosz Zmarzlik. Pochodzą stąd i do medali olimpijskich trenowały tu pięściarka Julia Szeremeta i zawodniczka specjalizująca się we wspinaczce na czas Aleksandra Mirosław. 

Tylko więc będąc fanem sportowych emocji, można ruszyć takim szlakiem: żużel na Zygmuntowskich, piłka nożna na Arenie Lublin, gdzie nawet bywają europejskie puchary dzięki Dynamu Kijów, siłownia w Paco, ścianka wspinaczkowa w klubie KW Kotłownia. 

Nieprzypadkowo Motor sponsoruje Zbigniew Jakubas, jeden z najbogatszych Polaków. Wychowywał się w Lublinie, chodził w nim na pierwsze randki, sam to z ckliwością przyznawał. Jego rodzice w PRL-u byli zamożni, mieli sad, on już jako nastolatek próbował prywatnej inicjatywy, sprzedawał choinki, przywożone Wartburgiem w wersji De Luxe z nadleśnictwa w Zwierzyńcu. Studiował w Częstochowie, w duży biznes wkroczył w Warszawie, jego kariera przyspieszyła po założeniu spółki Ipaco, zajmującej się licencyjną produkcją markowej odzieży i montażem komputerów osobistych z części sprowadzanych z Azji. 

Po 1989 roku próbował niemal wszystkiego: Elektrim, WSiP, Ruch, Ponar, Rafamet, Optimus, KGHM, Mostostal Export, chemiczne Puławy, budownictwo, krawiectwo, numizmatyka, nieruchomości, filmy, kolejnictwo, turystyka, armatura przemysłowa.

Jak dostojny pan po siedemdziesiątce najwięcej zarabia na Mennicy i Newagu. Zatrudnia dwanaście tysięcy osób i odprowadza około sto milionów złotych podatku na terenie Polski. 

Spotkałem się z nim kiedyś w restauracji Dyspensa, w centrum Warszawy, towarzyszył nam znany polski prawnik Bogusław Leśnodorski. Widziałem, z jakim nabożnym szacunkiem ludzie każdej proweniencji reagują na Jakubasa. Ktoś mi chyba nawet powiedział, że ten kraj do takich jak Jakubas de facto należy. A jednak, przypomnijmy, dużą część swojej uwagi przekierował na Motor, czyli Lublin. 

Nowa stolica Polski

Andrzej Stasiuk pisał we „Wschodzie”: „Nie miałem nic przeciwko, żeby Lublin został stolicą całego kraju. Ale nie tak jak w czterdziestym czwartym, tylko naprawdę. Bardziej przypominał Polskę niż Warszawa. Z tymi jej wieżowcami z importu i fontannami, które miały na wieki zetrzeć hańbę prowincjonalizmu niedającą jej spać po nocach. Lublin był lepszy. Niczego nie udawał”.

W „Stacji Kultura” w radiowej Czwórce mówił o jego „barokowości”. O tym, że Wschód łączy się tu z Zachodem. W swojej najbardziej znanej książce skacze od obrazów z Rosji, Mongolii i Chin do między innymi właśnie Lublina, którego „sama nazwa miała przyjazne, ciepłe brzmienie, kojarzyła się z latem, z wolnością, z przychylnością krajobrazu”. 

Śmieje się oczywiście z Okopowej, że „w każdej bramie urzęduje adwokat, więc miasto pieniaczy sądowych, można by pomyśleć”. I schodzi z Grodzkiej, „czując ten wiatr znad blokowisk i dalej, z głębi tej ciemności, która zaczyna się gdzieś za Chabarowskiem, za Władywostokiem”. Sam pisze, że jak „miał kiedyś do wyboru Paryż i Kiszyniów, to pojechał do Kiszyniowa”, co też jest obiektywną, w ujęciu światowym, estetyczną recenzją Lublina, szerzej Lubelszczyzny, dla wielu Polski B.

Ale idzie w międzyczasie Stasiuk na Zamek, staje w Kaplicy Świętej Trójcy, notuje odczucia: „Miałem ochotę stanąć w środku, rozpostrzeć ramiona i jak wirujący derwisz oderwać się od lubelskiej ziemi, od posadzki i zniknąć w błękitnym, mglistym świetle tam na górze. Ale nie wypadało. Wyszedłem. I te, i tamte, lubelskie i bukowińskie freski, wypełnione były blaskiem ikony. Blaskiem Wschodu. Nie znalazłbyś w nich śladu cienia”. 

Stasiuk w Kaplicy Świętej Trójcy niemal przyklęknął wobec opozycji świata nadprzyrodzonego i świata historycznego, który w jego powieści reprezentuje Bełżec i niemiecki nazistowski obóz pracy, położony dwie godziny drogi samochodem od Lublina. 

Bliżej jest Państwowe Muzeum na Majdanku. W latach czterdziestych XX wieku na terenie obozu koncentracyjnego więziono sto trzydzieści tysięcy mężczyzn, kobiet i dzieci różnych narodowości. Głównie Żydów i Polaków. Izraelczycy przyjeżdżają do Lublina równie często jak do Auschwitz-Birkenau. Owijają się flagami. Wydają się pamiętać. Również o tym, że nasze narody współdzieliły Zagładę. 

Źle myślą

Miniony rok bracia Kacperczyk kończyli trasą „Wszyscy Jesteśmy Kacperczyk Tour”. Finałowy koncert grali w Lublinie. W listopadzie, podczas koncertu niepodległościowego, pod Zamkiem wykonali „Kocham wolność” Chłopców z Placu Broni - na swój sposób odważnie, niestandardowo, ludziom się spodobało. Wojewódzkiemu w tym podcaście na Onecie zdążyli powiedzieć, że „bardzo lubią to miasto”.

Wielu mieszkańców Lublina, pod wspomnianym postem na Facebooku z pytaniem o zasadność słów 62-letniego gwiazdora TV, sugerowało, że jego resentyment wynikać może z nieudanych alkoholowych biznesów z Januszem Palikotem.

Jeśli to prawda, zasadny wydaje się ten fragment thrillera „Trzynaście” Marcina Świetlickiego, znanego poety ze Świdnika: „Nic nie mam do miasta, nic nie mam do tych pokaleczonych murów, nic nie mam do tego co się tu wydarzało. Tylko ci dzisiejsi tutejsi ludzie mnie drażnią. To oni powodują, że źle myślę o tym mieście”.

Pan z innego miasta

Pod koniec października zrobiłem z Palikotem długi wywiad. Spotkaliśmy się między dworcem PKS a dworcem PKP. 61-latek, niegdyś wzięty przedsiębiorca i popularny polityk, pewnie też twarz Lubelszczyzny, o czym świadczą na przykład „Brejdaki” Kacperczyków, rozliczał się z utraty majątku i godności, pobytu w areszcie, wielomilionowych długów i pięciu tysięcy poszkodowanych wierzycieli, opowiadał o podejrzeniu zawału, piętnie oszusta, skandalach, bezdomności, alkoholu i życiu, w którym na własne życzenie przestało mu się powodzić.

Nocą otrzymałem od niego wiadomość: „Pan jest trochę jak z innego miasta ze swoją otwartością”. Grzecznie podziękowałem. Co innego mogłem odpisać? Teraz myślę, że kierowało mną lenistwo. Przecież jestem stąd – z otwartością, bez otwartości, z innymi cechami, nieważne. Nie z innego miasta. Z tego. Ponoć smutnego. 

Ja ze wszystkimi wadami i ze wszystkimi zaletami. Lublin ze wszystkimi wadami i ze wszystkimi zaletami. I wy też stąd, prawda?

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Komentarze

ALARM 24

Masz dla nas temat?

Daj nam znać pod numerem:

+48 691 770 010

Kliknij i poinformuj nas!

Reklama

CHCESZ BYĆ NA BIEŻĄCO?

Reklama
Reklama
Reklama