Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama STUDNIÓWKA 2026 - zobacz galerię zdjęć!
Reklama
Życie nocne w Lublinie w czasach PRL-u

Krawat w kieszeni i striptiz w Victorii

O świcie Lublinian budził samochód Star rozwożący mleko, a wieczór kończył hymn grany o północy w radiowej Jedynce. Nocą jednak centrum miasta było rozświetlone przez kolorowe neony, a popularne restauracje pękały w szwach od nadmiaru gości.
O świcie Lublinian budził samochód Star rozwożący mleko, a wieczór kończył hymn grany o północy w radiowej Jedynce. Nocą jednak centrum miasta było rozświetlone przez kolorowe neony, a popularne restauracje pękały w szwach od nadmiaru gości.
Nocny Lublin - dworzec PKP

Autor: Jacek Mirosław

W latach 60. i 70. restauracją czynną do późna w nocy była m.in. „Europa”. Warunkiem, żeby do niej wejść, był obowiązkowy krawat (przez pewien czas zasadę ściśle przestrzegano); niektórzy nosili go ze sobą w kieszeni. Przez wiele lat miała opinię najbardziej ekskluzywnej restauracji Lublina, w której zamawiano np. wyszukane bliny z kawiorem. Zamykali ją (teoretycznie) o 2 w nocy. 

Co ciekawe, w restauracji obowiązywały przez dłuższy czas dwa jadłospisy: pierwszy ważny do godz. 23 i drugi od godz. 23 do 2. Różniły się głównie ceną. W tym drugim obowiązywała „taryfa nocna”. 

- Przez wiele lat portierami w Europie byli starsi, jeszcze przedwojenni fachowcy w tej branży – mówi Jacek Mirosław, który przez wiele lat fotografował Lublin; również nocą. – Bywało, kiedy mieli pełne ręce roboty: pod drzwiami stał tłum chętnych do wejścia i zdarzały się drobne awantury. Zdesperowani, którzy chcieli zwrócić na siebie uwagę, przykładali banknot do szyby. Miało to zmiękczyć serce „ciecia”. Jak niesie fama, niektórym (dzięki znajomościom w kuchni) udawało się wejść do restauracji przez podwórko od strony ul. Staszica. Niektórzy zadowalali się szybką „setką” pod ogórek i szczęśliwi wracali do domu.

DORSZ POD KARASIEM

Nieco wcześniej niż Europę zamykano lokal „Pod Karasiem” – róg Hempla i Peowiaków (co ciekawe, przez wiele lat najtańszą rybą w PRL-u był nie karaś, a dorsz, który był jednym z głównych dań – oprócz śledzia). Do tego lokalu zaglądał często jeden ze znanych jeszcze przedwojennych dżokejów. Kiedyś przybiegł zdyszany tuż przed zamknięciem. Chciał zamówić pięćdziesiątkę wódki. – Tylko szybko proszę, bo za 10 minut zamykają mi dom starców – powiedział.

Na rogu ul. Narutowicza i Osterwy (Kapucyńska) działała restauracja „Śródmiejska” (prowadzona przez LSS) zwana też „Śródziemnomorską”, ale nie z powodu menu. Był to podrzędny lokal, z niskimi cenami, który cieszył się jak najgorszą sławą. Potem się nieco poprawiło, ale „Śródmiejska” do końca miała kiepską opinię. Z tą restauracją związana jest dość zabawna historia, która miała miejsce w połowie lat 60. Personel lokalu zamknął w niej śpiącego klienta. Nie wiadomo, czy gość usnął pod stołem czy też akurat był w toalecie, faktem jest że kiedy się obudził, to nie wierzył swojemu szczęściu: sam w lokalu. Rano, kiedy obsługa otwierała restaurację, znaleziono śpiącego (znów) klienta. Jak pisała ówczesna prasa, gość wypił dwa koniaki gruzińskie, polski wiśniak i zjadł dwie kanapki.

TOSCA NA GOLASA I NOCNE MELINY

Powstała w 1972 r. „Victoria” była miejscem, gdzie w czasach PRL-u przez jakiś czas można było spotkać „panienki”. Często odbywały się tu dancingi, sala była pełna do 2 w nocy. W „Victorii” odbył się również pierwszy striptiz w Lublinie

Cieszył się wielką popularnością. Potem na striptiz zapraszały „Dworek Grafa” i „Unia”. Przez dłuższy czas do Lublina przyjeżdżała striptizerka z Warszawy. - Mówili na nią Tosca – mówi jeden z ówczesnym kelnerów. – Była bardzo ładna, zgrabna, o czarnych włosach. I do tego sympatyczna. Miała całą rzeszę fanów, którzy po jej występie w jednym lokalu, jechali na następny.

Za czasów PRL-u istniał też „drugi obieg” gastronomii. Były to liczne meliny, na których przez cała dobą można było kupić alkohol – oczywiście po dużo wyższej cenie niż w sklepie. Adresy takich lokali znali zwłaszcza taksówkarze, którzy zawsze mogli uratować „w potrzebie”. Najwięcej tego rodzaju melin mieściło się na Starym Mieście, w licznych piwnicach przy ul. Lubartowskiej i Zamojskiej. Nie brakowało ich również na Dziesiątej.

Milicja (dawna policja) od czasu do czasu robiła naloty na meliny. Z reguły jednak przymykała na to oko, gdyż… sami milicjanci często byli nocą jej klientami. Na niektórych melinach można było również kupić tzw. zagrychę – chleb, ogórki, zdarzały się puszki rybne czy też mięsne. Zdarzało się również, że w „ofercie” było także piwo.

SPACER DLA ODWAŻNYCH

Większość sklepów zamykano o godz. 18. Dłużej były czynne delikatesy. W nocy, jedynym „ratunkiem”, kiedy np. zabrakło w domu chleba był całodobowy bar kolejowy na Dworcu Głównym PKP. - Zdarzało się jednak, że pani bufetowa miała akurat zły humor i nie chciała sprzedać samego chleba – opowiada Andrzej Piętas z Lublina. – Trzeba było zamówić np. jakieś danie i do tego kilka porcji pieczywa. Wars na dworcu był dla wielu lublinian ostatnia deską ratunku w przypadku np. niespodziewanej wizyty gości. 

Z nocnych imprez czy też dancingów większość lublinian wracała taksówkami lub pieszo. O taksówkę najłatwiej było przez dworcem kolejowym lub w pobliżu restauracji. Zdarzało się jednak, że na postoju było tylu chętnych, że wiele osób decydowało się na nocny spacer. Nie zawsze było to przyjemne doznanie, zwłaszcza w dzielnicach cieszących się złą sławą. Tylko najodważniejsi decydowali się na nocną przechadzkę Starym Miastem, 1 Maja, Kunickiego, Krochmalną czy Łęczyńską.

- Najgorzej to było chyba pod koniec lat 80. – mówi emerytowany już milicjant, który pracował przez wiele lat na III komisariacie przy ul. Kunickiego. – Mieliśmy wtedy wiele zgłoszeń o napadach, tzw. wyrwach, pobiciach. Nie było jednak aż takiej agresji jak dzisiaj, kiedy dodatkowo dochodzą narkotyki czy dopalacze. Rzadziej też mieliśmy wezwania do domowych awantur. Generalnie ludzie niechętnie dzwonili na telefon alarmowy. Zresztą jeśli nawet ktoś widział, że na ulicy jest np. bójka, to zanim znalazł budkę telefoniczną, to mijały wieki. W nocy Lublin był jednak w miarę spokojny – większość imprez odbywała się w mieszkaniach czy domach, ulice były raczej puste, ruch niewielki, o 2 czy 3 w nocy przez Kunickiego aż do Abramowickiej można było spotkać 2-3 osoby. Nie da się jednak zaprzeczyć, że sam widok milicjanta działał bardziej odstraszająco niż dzisiaj. Czynna napaść na funkcjonariusza zdarzała się sporadycznie i zazwyczaj taki delikwent dostawał surowy wyrok. Pijanych zawoziliśmy do izby wytrzeźwień, na Kawią. Najwięcej klientów mieli tam zawsze po wypłacie i popularnych imieninach.

NOCNE POLOWANIA

Większość ulic miasta była kiepsko oświetlona. Najmniej światła dawały stare żarówki rtęciowe, które z czasem zastąpiono jarzeniówkami, a potem mocniejszymi lampami sodowymi. Centrum Lublina – a zwłaszcza Krakowskie Przedmieście – było oświetlone licznymi neonami. Niektóre z nich były dumą miasta, jak chociażby neon na sklepie sportowym – na rogu Świętoduskiej i Krakowskiego Przedmieścia – z piłką wpadająca do kosza czy też charakterystyczne logo Totalizatora Sportowego na ul. Królewskiej.

W czasie kryzysu w latach 80., kiedy w sklepach brakowało wszystkiego, wielu lublinian spędzało noc w kolejkach, „polując” na dostawę np. mebli czy sprzętu RTV lub AGD. Przed świętami zdarzało się, że wieczorem ustawiały się kolejki pod sklepem mięsnym, czekając na poranne otwarcie. 

- Sam stałem w takiej kolejce w latach 80. przed sklepem na os. Kruczkowskiego – wspomina Janusz Wiśniewski. – Dobrze, że ktoś wpadł na pomysł, żeby z przystanku przenieść koksownik. Przy nim grzaliśmy się do rana.

O tym, że kończy się noc w PRL-u, a zaczyna nowy dzień przypominały samochody mleczarni, które dowoziły o świcie mleko do sklepów. Rozładunek metalowych pojemników ze szklanymi butelkami powodował taki hałas, że niektórzy pamiętają go do dzisiaj.

SKARGI NIEMILE WIDZIANE

Na początku lat 70. lubelska prasa opisywała awanturę w „Europie”, w której poszkodowany został jeden z gości – mieszkaniec Warszawy. Było to tak: w pewnej chwili w lokalu doszło do bójki. Na stolik gościa z Warszawy wpadł jeden z awanturujących się gości i poplamił mu garnitur. Kiedy poszedł na zaplecze poskarżyć się kierownictwu, najpierw oberwał od kuchmistrza, a potem od innego pracownika restauracji, który na koniec wyrzucił go za drzwi. 

STUDENCIE – DO KSIĄŻEK, A NIE NA TAŃCE!

Niezbyt przychylnie na wizyty studentów w kawiarniach patrzyły wówczas władze lubelskich uczelni. Opisuje to Mirosław Derecki w książce „Na studenckim szlaku”: (…)” Bardzo niechętnie patrzono na uczelni i w gronie działaczy organizacji młodzieżowych na takie studenckie wyskoki do „Lublinianki” lub, uchowaj Boże! do sąsiadującej z nią (również z dancingiem) restauracji „Powszechna”. „Kolega na dancingach tańcuje i kotlety tam zajada, zamiast o nauce myśleć!” – grzmiał potem na zetempowskim zebraniu jeden z bardziej znanych uczelnianych działaczy. 

 

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Komentarze

ALARM 24

Masz dla nas temat?

Daj nam znać pod numerem:

+48 691 770 010

Kliknij i poinformuj nas!

Reklama

CHCESZ BYĆ NA BIEŻĄCO?

Reklama
Reklama
Reklama