Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama STUDNIÓWKA 2026 - zobacz galerię zdjęć!
Reklama Obserwuj Dziennik Wschodni na Facebooku!
TAK SIĘ ŻYŁO W PRL-U

Kiedy telefon był wielkim luksusem

Telefon nigdy nie był w PRL-U towarem ogólnodostępnym. Na podłączenie do sieci czekano kilkanaście lat, a niektórzy - nawet kilkadziesiąt. Pozostawały budki telefoniczne, życzliwy sąsiad lub poczta. Dzisiaj niewiele osób ma już stacjonarne telefony. Prawie nikt ich nie chce.
Budki telefoniczne w czasach PRL – codzienność mieszkańców

Autor: archiwum państwowe

"Poproszę zamiejscową Lubartów 33. Mój numer to 333" – tak zaczyna się znany skecz "Sęk" w wykonaniu Edwarda Dziewońskiego i Wiesława Michnikowskiego z kultowego kabaretu Dudek. Wprawdzie skecz ten oparty był na przedwojennym żydowskim humorze, przypomina jednak czasy PRL-u, kiedy telefoniczne połączenia z innym miastem nie były tak proste, jak dzisiaj. Trzeba je było zamawiać u telefonistki. W latach 70. wszystkie większe miasta miały już na szczęście połączenia automatyczne.

W latach 60. telefony w domu były rzadkością. Zwłaszcza w mniejszych miejscowościach. Jeśli już – to z tego przywileju korzystali lokalni dygnitarze, lekarze, weterynarze. Trzeba było mieć nie lada znajomości, żeby mieć w domu telefon. A i te nawet nie pomagały, jeśli np. w pobliżu nie było linii telefonicznej. Niektórzy czekali w kolejce na wymarzony aparat nawet 15 czy 20 lat. Pozostali, żeby gdziekolwiek zadzwonić, byli skazani najczęściej na budki telefoniczne, które w polskich miastach pojawiły się na szerszą skalę w latach 60. Ale tylko w większych miastach. Z roku na rok było ich jednak coraz więcej. W Lublinie najwięcej budek w jednym miejscu stało niedaleko Poczty Głównej.

DEWASTACJE I KRADZIEŻE

I najczęściej były oblegane przez chętnych do dzwonienia. - Na początku lat 80. starałem się o pracę – wspomina Adam Falba z Lublina. – Złożyłem podanie, życiorys i następnego dnia miałem zadzwonić do sekretariatu o 11. Dobrze, że coś mnie tknęło i wyszedłem wcześniej z domu, bo w pobliżu osiedla nie było ani jednego czynnego automatu. Albo słuchawka była urwana, albo w ogóle brak sygnału. Nie chciałem już ryzykować i od razu pojechałem z Kunickiego na Kołłątaja. Tam przynajmniej działały. Ale i tak ledwo zdążyłem, bo musiałem swoje odstać w kolejce.

Zepsute automaty telefoniczne były prawdziwą plagą. Według ówczesnych danych, każdy automat w latach 80. był w ciągu roku pięciokrotnie dewastowany, a blisko 400 aparatów ginęło. Pod koniec lat 80. głośno było o pewnej kradzieży na lubelskim Węglinie, gdzie sprawcy zdemontowali ze ściany automat razem z tzw. półkabiną. Okazało się, że telefon miał być imieninowym prezentem dla pewnego solenizanta z ul. Krochmalnej, który od lat czekał na własny aparat. Wpadli, bo akurat zauważył ich milicyjny patrol.

TRZY DNI CZEKANIA

Przez jakiś czas w budkach można było korzystać z książek telefonicznych, które były przyczepione do blatu metalowym łańcuszkiem. Długo nie spełniły swojej roli. Brakowało kartek, te, które pozostały były postrzępione, zamazane. Co ciekawe, spis abonentów w książce telefonicznej zawierał nie tylko pełne dane, czyli imię, nazwisko, adres, ale również (dla chętnych) tytuł naukowy czy nawet wykonywany zawód. Przy niektórych nazwiskach można było przeczytać "adwokat", "lekarz" czy "nauczyciel akademicki" Nikt wówczas nie słyszał jeszcze o RODO.

Rozmowy międzynarodowe, szczególnie z abonentem zza oceanu, były nie tylko kosztowne; na połączenie można było czekać nawet kilka dni. Niektórzy – za dużo wyższą opłatą – zamawiali rozmowę pilną czy błyskawiczną, ale i takie rozwiązanie nie zawsze skracało czas oczekiwania na połączenie. – W latach 80. na rozmowę z rodziną w Montrealu czekałam trzy dni – wspomina Danuta Ślusarczyk z Hrubieszowa. – Było to przed świętami, zresztą telefonistka uprzedziła mnie, że będzie to długo trwać.

INTYMNOŚĆ INACZEJ

Nieco inaczej funkcjonowały łącza wojskowe. Po wybraniu (wykręceniu) numeru centrali, abonent nie podawał miejscowości, lecz specjalny kryptonim miasta i numer telefonu. I tak prośba o połączenie z "Syreną" oznaczało abonenta w Warszawie. Lublin nosił kryptonim "Baszta".

Marek Krawczyk czekał na telefon 11 lat. Tyle leżało jego podanie z prośbą o podłączenie telefonu na os. Kruczkowskiego. - W mojej klatce nikt nie miał telefonu – wspomina. – Ale pod blokiem ustawili nam budkę telefoniczną. Takie niebieskie zadaszenie z aparatem. Co z tego, skoro najczęściej był zepsuty. A jak był czynny, to w lecie trzeba było mówić cicho, bo sąsiedzi na parterze wszystko słyszeli. W lecie specjalnie mieli otwarte okna.

W większości tzw. publicznych rozmównicach trudno było o intymność podczas rozmów. - Kiedyś stałem w kolejce na poczcie na osiedlu – dodaje Marek. – Było wiele osób. I w tym samym pomieszczeniu były automaty do rozmów międzymiastowych. Wchodziło się do takiego maleńkiego boksu i zamykało się drzwi. I w tej kolejce – jak się stało czasami kilkanaście minut, to słychać były te rozmowy. Zwłaszcza jak ktoś musiał krzyczeć do słuchawki, bo zazwyczaj była kiepska jakość połączenia. Kiedyś w kolejce kilka osób parsknęło śmiechem, bo jakiś młody mężczyzna gęsto tłumaczył się (chyba przed mamą – tak mi się wydaje), że wydał się jego romans na boku. Pamiętam, że jak wychodził z tego boksu, to wszyscy się na niego gapili.

MONETA NA SZNURKU

Nie brakowało również pomysłów na bezpłatne dzwonienie z automatów publicznych. W tym celu pojawiły się m.in. monety na sznurku, które można było wielokrotnie używać. Niektórzy wrzucali do automatu nawet blaszki, druciki, próbowano również z monetami innych państw. 

Chętnych do korzystania z automatów było tak wielu, szczególnie przed świętami, że ustawiały się przed nimi długie kolejki. Dużym powodzeniem cieszyły się także automaty w miejscowościach wypoczynkowych. Takim miejscem była m.in. poczta w Kazimierzu Dolnym, gdzie w sezonie niektórzy turyści stali w kolejce nawet kilka godzin. Ci, którzy czekali zbyt długo, niecierpliwili się i często poganiali dzwoniących, wymownie patrząc na zegarek. 

Rozmowy były też czasami przerywane wskutek złej jakości połączeń. Zdarzało się, że wówczas pomagało energiczne uderzenie pięścią w automat. Bywało, że w rozmowie pomagała sama telefonistka. Przy kiepskiej jakości połączenia, można było usłyszeć w słuchawce: "niech pan nie haluje. Pan powie, o co chodzi, a ja powtórzę". Ale wiele osób do dzisiaj pamięta, jak zdarzało się, że pani z centrali przerywała rozmowę, wtrącając „halo, mówi się?”. Nic nie było bardziej denerwującego. 

SĄSIEDZKA GRZECZNOŚĆ

Przez wiele lat można było korzystać z usługi "rozmowy z przywołaniem". Poczta powiadamiała abonenta, który nie miał swojego telefonu, że tego i tego dnia będzie do niego ktoś dzwonił. Z podaniem konkretnej godziny. Rozmówca musiał się wtedy pofatygować o określonej porze na pocztę lub np. do wiejskiej klubokawiarni.

Większość prywatnych rozmów Polacy wykonywali w pracy – ze służbowych telefonów. To też nie było takie łatwe, ponieważ wiele z nich miało zablokowane wyjścia na połączenia międzymiastowe. Ale jak się dobrze żyło z sekretarką dyrektora, to i taką przeszkodę dało się przeskoczyć.

Wyjazd na urlop czy wakacje oznaczał często brak lub bardzo rzadki kontakt telefoniczny z bliskimi. Nie było też w zwyczaju codzienne wydzwanianie do domu. Ci, którzy byli za granicą, zazwyczaj do rodziny w ogóle nie dzwonili. W razie wypadku, choroby czy też innych ważnych zdarzeń, w radio można było usłyszeć lakoniczne komunikaty, że "obywatel x czy y, który może przebywać tu i tu, proszony jest o pilny kontakt z rodziną".

Przez wiele lat w ogłoszeniach prasowych podawany był tzw. telefon grzecznościowy. Podawali go zazwyczaj ci, którzy nie posiadali swojego telefonu i korzystali z uprzejmości sąsiadów czy znajomych. Było to nie tylko krępujące, ale świadczyło też o wzajemnej solidarności Polaków.

PIERWSZE KROKI NORMALNOŚCI

18 czerwca 1992 r. uruchomiono w Polsce telefonię komórkową, a budki telefoniczne powoli zaczęły przechodzić do lamusa. Po 1989 r. poczta powoli przymierzała się do likwidacji niektórych usług, jak np. telegraficznych, a poczta elektroniczna zaczęła zastępować listy, druki i pisma. Dziś listonosze coraz rzadziej wypłacają też swoim klientom pieniądze. Zastąpiła to bankowość elektroniczna. Nie ma już również ogólnodostępnych automatów telefonicznych, których właścicielem była firma Orange. Ostatnie egzemplarze trafiły na złom; wiele z nich odkupili pasjonaci telefonów.

- W PRL-u marzyłem o dwóch rzeczach – wspomina Marek Krawczyk . – Że dożyję chwili, kiedy to taksówkarz będzie na mnie czekał na postoju i to ja będę decydować, gdzie mam pojechać i druga rzecz – kiedy dorwę tego drania, który notorycznie niszczył aparaty na osiedlu. Przez niego omal nie zmarła moja mama i nie mogłem wezwać pogotowia.

BAJKA NA TELEFON

W czasie PRL-u funkcjonowały automatyczne połączenia, pod którymi można było dowiedzieć się m.in. o dokładny czas (zegarynka – nr 926), wysłuchać bajki (928), horoskopu, dowiedzieć się szczegółów pogodowych (921), repertuar kin czy wyniki gier liczbowych.

TELEFONY W LICZBACH

W 1987 r. w Polsce przypadało 12,2 aparatu telefonicznego na 100 mieszkańców, gdy średnia dla Europy wynosiła 40. Co 30 gospodarstwo domowe miało telefon. Około 30 tys. abonentów nie mogło korzystać z telefonów całodobowo z powodu ręcznie obsługiwanych central. Obywatel PRL czekał na telefon średnio 10 – 12 lat.

PRL w praktyce: odmowa przyznania telefonu z powodu braku wolnych numerów. Dokument z 1990 roku.
Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Komentarze

ALARM 24

Masz dla nas temat?

Daj nam znać pod numerem:

+48 691 770 010

Kliknij i poinformuj nas!

Reklama

CHCESZ BYĆ NA BIEŻĄCO?

Reklama
Reklama
Reklama