Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama STUDNIÓWKA 2026 - zobacz galerię zdjęć!
Reklama
Jak nabijają Lublinian w butelkę

Wziął zaliczkę i szukaj majstra w polu. Perypetie z fachowcami

Jeden wziął zaliczkę i ślad po nim zaginął. Inny z kolei tak budował kominek, że przy pierwszym jego użyciu trzeba byłoby wzywać straż pożarną. Nie wspominając już o mechaniku, który wziął pieniądze za naprawę, której w rzeczywistości nie wykonał.
budowa domu_fachowiec

Źródło: Pixabay/ilustracyjne

Fachowiec zna się na robocie, jest solidny, terminowy i rzetelny. Można na nim polegać. Nie trzeba nad nim stać ani go pilnować. Doradzi, pomoże i rozliczy się z każdej złotówki zaliczki. Brzmi nieźle. W praktyce różnie z tym bywa. Wiele osób na samo wspomnienie „fachowców” dostaje gęsiej skórki. Tak jak pan Marek z gminy Dominów.

Kominek mógł pójść z dymem

– Kilka lat temu remontowałem dom – mówi. – Chciałem obudować kominek, zamontować wkład z rozprowadzeniem ciepła na piętro. Sporo roboty.
Fachowca polecił mu sąsiad. Zapewniał, że zna się na rzeczy. Obawiał się tylko o terminy.

– Przy pierwszej wizycie zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie – przyznaje pan Marek. – Był konkretny, rzeczowy. Pomierzył, wyjaśnił, jak to będzie robił, że nie będzie się ociągał z robotą. W dwa tygodnie wszystko miało być gotowe. Już następnego dnia przyjechał z wkładem – tak jak obiecał. Zapewniał, że ma układy w jakiejś hurtowni i że to okazja. Faktury jednak nie pokazał. Dałem mu pierwszego dnia trzy tysiące złotych.

Po kilku dniach „fachowiec” przyjechał z dwoma młodymi pracownikami. Zaczęli od częściowej rozbiórki kominka.

– Już wtedy miałem złe przeczucia – przyznaje nasz rozmówca. – Myślałem, że zabezpieczą podłogę, będą przygotowani, a oni położyli jakieś stare gazety i rzucali na nie gruz. Nawet niczym nie osłonili mebli. Dobrze, że wcześniej zdjąłem dywan. Na podłodze do dziś są ślady.

Po kilku dniach zniknęli, a telefon szefa milczał jak zaklęty. Odezwał się dopiero po tygodniu. Przepraszał, tłumacząc, że trafił do szpitala i zgubił telefon.

– Przyszli następnego dnia, dokończyli montaż wkładu i zaczęli układać kafle – mówi pan Marek. – Nie zaglądałem do nich zbyt często. Nie chciałem przeszkadzać, poza tym się na tym nie znam. Widziałem jednak, że mają z tym jakiś problem. Zastanowiło mnie tylko to, że ani razu nie widziałem, by posługiwali się poziomicą.

Następnego dnia przyjechał tylko jeden z pracowników. Przeprosił w imieniu szefa. Tłumaczył, że wypadła im pilna naprawa i prosili o dwa dni zwłoki. Zabrał narzędzia i tyle ich pan Marek widział. Po tygodniu wydzwaniania machnął na nich ręką i wziął innego fachowca. Prawdziwego.

– Straciłem kilka tygodni na tych partaczy – mówi. – Wszystko, jak się okazało, zrobili źle. Nie mieli o tym zielonego pojęcia. Najgorsze było to, że wkład uszczelnili w środku zwykłą pianką montażową, a szczeliny między cegłówkami były tak duże, że zmieściłaby się tam cała dłoń. Gdybym rozpalił ogień, doszłoby do pożaru albo dym wlatywałby prosto do domu. Nawet rury nie zaizolowali – dotykała drewnianej belki stropowej.

Pan Marek za przebudowę kominka zapłacił znacznie więcej, niż planował. Nie brał pod uwagę dodatkowych kosztów – napraw po „fachowcu”.

1200 zł na garderobę

Tysiąc dwieście złotych – tyle z kolei kosztowała pana Jerzego, również spod Lublina, niewielka przeróbka garderoby w jednorodzinnym domu. A właściwie zaliczka. „Fachowiec” do dziś nie daje znaku życia.

– To był znajomy mojego syna, u którego wykańczał dom – mówi pan Jerzy. – Miły, sympatyczny. Robota nieduża: przedzielenie garderoby ścianką gipsowo-kartonową i malowanie. Z materiałem miałem się zmieścić w dwóch tysiącach.

Zaliczkę zaproponował sam. Dziś pan Jerzy tego żałuje.

– Miał być za tydzień. To było jeszcze przed świętami. Najpierw nie odbierał telefonów, potem przysłał SMS-a, że musiał wyjechać i przeprasza. W końcu „abonent jest poza zasięgiem”. I tak do dziś. Najgorsze, że nawet nie wiem, jak się nazywa ani gdzie mieszka. Syn też nie. Zawsze było tylko „pan Henryk”. Nie mamy żadnego kwitu, umowy ani danych. Nic. Nawet gdybym chciał zgłosić sprawę na policję, nie wiem kogo. Jak widać, człowiek uczy się przez całe życie.

Szkoda tej skody

Na oszustów można trafić nie tylko w branży budowlanej. Jerzy Mazurek z Lublina do dziś nie może zrozumieć, na co liczył jeden z nieuczciwych mechaników samochodowych, do którego oddał swoją skodę.

– Miałem niewielką stłuczkę – mówi mieszkaniec Dziesiątej. – Do naprawy był tył samochodu. Na ten warsztat trafiłem przypadkowo. Był niedaleko osiedla, więc pomyślałem, że w razie czego mogę podejść pieszo.

Naprawa miała kosztować 4 tysiące złotych, w tym malowanie jednego elementu. Mechanik obiecał, że zajmie mu to najwyżej dwa tygodnie. Miał też przy okazji wymienić olej, płyny i filtry oraz sprawdzić zawieszenie.

– Skoro samochód miał u niego tyle stać, chciałem ten czas wykorzystać maksymalnie – przyznaje rozmówca.

Po dwóch tygodniach odebrał auto. Wszystko wyglądało solidnie. Zapłacił niecałe sześć tysięcy złotych. Po kilku dniach coś go jednak zaniepokoiło – samochód dziwnie się prowadził, ściągało go.

– To było dziwne, bo na fakturze miałem ustawioną zbieżność po wymianie końcówki drążka – mówi pan Jerzy.

Najpierw pojechał z reklamacją do mechanika. Ten stwierdził, że to może wina opony, a zbieżność na pewno jest ustawiona. Nie chciał nawet odbyć jazdy próbnej.

Pan Jerzy pojechał więc na stację diagnostyczną. Okazało się, że końcówka drążka faktycznie była nowa, ale zbieżności nikt nie ustawił.

– To nie było jednak najgorsze – mówi. – Diagnosta pokazał mi w kanale, jak naprawiono tył samochodu. Okazało się, że niektóre elementy połączono trytytkami, czyli plastikowymi opaskami, a całość zamazano czarnym mazidłem. Na fakturze figurowało to jako „środek antykorozyjny”. Mechanik jeszcze chwalił się, jaki jest zapobiegliwy. A ja byłem zachwycony.

Jeszcze tego samego dnia wrócił do warsztatu – tym razem z synem.

– Byłem tak wściekły, że wolałem nie iść sam – mówi. – Właściciel warsztatu zwalił winę na pracownika, którego rzekomo już zwolnił. Kłamał, bo wiem, że to on wykonał naprawę. Oddał mi pieniądze po kilku dniach. Do końca twierdził, że winny był pracownik. Jedno wiem – ten warsztat będę omijał szerokim łukiem.

Zdarzają się też sytuacje odwrotne – to fachowiec staje się ofiarą. Tak było w przypadku pana Adriana z Lublina, właściciela firmy budowlanej. Pracuje „metodą pantoflową”, nie narzeka na brak zleceń, ale o niektórych klientach opowiada z wyraźną irytacją.
A czy Wy macie podobne złe doświadczenia z fachowcami?

Piszcie: [email protected]

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Komentarze

ALARM 24

Masz dla nas temat?

Daj nam znać pod numerem:

+48 691 770 010

Kliknij i poinformuj nas!

Reklama

CHCESZ BYĆ NA BIEŻĄCO?

Reklama
Reklama
Reklama