Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama STUDNIÓWKA 2026 - zobacz galerię zdjęć!
Reklama
NASZ CYKL: DZIEWCZYNY Z KALINY, CHŁOPAKI Z KROCHMALNEJ

Obiady w Jagience i rozejm w mirabelkach

Urodziłem się w 1979 roku w Lublinie. Większość bloków z wielkiej płyty już stało na moim osiedlu Sienkiewicza w Lubelskiej Spółdzielni Mieszkaniowej. Mieszkaliśmy na ulicy Juranda. Bloki były trzy. Dla małego obywatela były prawie jak drapacze chmur – wspomina Andrzej Bodys.
Obiady w Jagience i rozejm w mirabelkach
Osiedle im. Henryka Sienkiewicza w LSM, widok na ulicę Juranda

Autor: Fot. Andrzej Bodys

Tu toczyło się życie. Obok mojego bloku były pawilony handlowe, a w nich sklepy: spożywczy, gospodarstwo domowe, obuwniczy i apteka. Nawet bar się zmieścił. Bar Jagienka. Teraz to by się nazywało mini galeria, a kiedyś pawilony.

Gofry u Ireny

Wkoło mieliśmy wszystko. Szkołę podstawową, przychodnię czy bibliotekę publiczną. A, zapomniałbym o najważniejszym. Za naszymi oknami, tu gdzie teraz stoi E.Leclrec była ogromna fabryka, właśnie tych wielkich płyt do budowy bloków.

A na osiedlu obok były Niebieskie pawilony, w których był Świat Dziecka, który był sklepem z zabawkami, a w następnej kolei były Czerwone pawilony. Tak, te słynne pawilony przy ulicy Wileńskiej projektu Hansenów, wśród których był targ, no i Gofry u Ireny, słynne do dzisiaj.

Ale wróćmy do moich rejonów. Blok, a przy nim plac zabaw i boiska, gdzie toczyło się życie w lecie. Górki obok szkoły, gdzie toczyło się życie w zimie.

Lato to piłka nożna, gra w kwadraty czy słynny trzepak. Podchody, kapsle, czy zabawy w chowanego. Włóczenie się po ogródkach działkowych na szaber, budowanie baz ze skoszonej trawy. Nigdy nie było nudy, zawsze było coś do roboty.

Najważniejsze, żeby być na swoim terenie, bo tu było bezpiecznie. Szkoła Podstawowa Nr 38 im. Henryka Sienkiewicza była na wzgórku, a za nią był wąwóz graniczący z osiedlem Czuby.

Dla odważnych

I tu się zaczynał problem. Wyprawy za wąwóz były dla odważnych. Konflikt był odwieczny: między nami a nimi. Tu nie było przelewek, za przynależność można było zostać pobitym. Pamiętam, jak któregoś lata konflikt się nasilił do tego stopnia, że przez kilka wieczorów były w okolicach mojego bloku nocne ustawki na walki. Czasem było naprawdę niebezpiecznie. Któregoś razu starszyzna od nas grała w piłkę na boisku (starszyzna to, powiedzmy, osiemnastolatkowie). Było ich koło dwudziestu. Wyszedłem na balkon, a od strony wąwozu idzie kilkudziesięciu „Czubiaków”. No i wtedy się skończyło na ganianiu z policją, którą wezwali mieszkańcy.

Jedni w karty, drudzy w noże

Życie toczyło się na ławce i na placu zabaw. Na ławce była hierarchia. Starsi mogli siedzieć, a młodsi musieli stać. Dopiero, jak się zwolniło miejsce, to wtedy mogli usiąść. Życie toczyło się tu od rana do nocy. Punkt zborny. Przypomnę, że nie było wtedy komórek. Ba, nawet nie było domofonów w klatkach. To były czasy, kiedy wszyscy się darli pod balkonami. „Mamo, rzuć piłkę!”. Jeżeli nikogo nie było na ławce, to wtedy zaczynały się poszukiwania, gdzie ekipa mogła pójść.

Na placu zabaw też dużo się działo. Poza kwadratami były huśtawki, karuzele i piaskownica. Ale były też inne zajęcia. Jedni grali w karty, drudzy w noże. Był też hazard. Gra w dołek. Na klepisku na ziemi robiło się dołek i z danej odległości rzucało się monetami, kto szybciej trafi do dołka. Można było szybko pozbyć się drobniaków uzyskanych od rodziców na oranżadę.

Obiady w Jagience

Bar Jagienka - tu mieliśmy wykupione obiady firmowe. Pewnie to był fundusz socjalny z zakładów pracy, tego aż tak dobrze nie pamiętam. Pamiętam tylko, że albo jedliśmy na miejscu, albo przynosiliśmy obiad do domu w menażkach. Z jedzeniem zawsze trzeba było się wyrobić do 17.00, bo od tej godziny sprzedawali tam też piwo. Jadłodajnia zamieniała się w knajpę. Mnóstwo panów przychodziło wtedy na piwo z pobliskich bloków. Wtedy też rodzice prosili, żeby się w te okolice nie zapuszczać, bo obawiali się zaczepek podpitego towarzystwa.

Walka o bazy

Baza - to najważniejsze miejsce na osiedlu. Miejsce spotkań i tajemnic. Obiekt pożądania. Od kiedy pamiętam, budowaliśmy bazy. Najczęściej ze skoszonej trawy. Kiedy na dworze robiło się cieplej i przyroda zaczynała rozkwitać barwami i zapachami wiosny, coraz więcej czasu spędzaliśmy na dworze. Jednym z ulubionych momentów był ten, kiedy zaczynało się koszenie trawników na osiedlu. W pobliżu mojego bloku znajdowała się administracja osiedla i garaże ze sprzętem. Jako jeden z pierwszych miałem możliwość usłyszeć warkot odpalonych kosiarek. Trawniki między blokami zaczęły być pełne skoszonej trawy. Sam widok panów idących z kosiarkami uruchamiał wyobraźnię. Wkoło bloku mieliśmy dużo zieleni. Drzewa, krzewy i żywopłoty. Najbardziej pożądaną lokalizacją na bazę były skupiska krzewów. Kiedy skoszona trawa podeschła zabieraliśmy się za budowę. Wypełnialiśmy budulcem przerwy między krzewami, tak żeby zablokować możliwość wejścia z kilku stron. Wejście było zawsze jedno, a zbudowane ściany odcinały bazę od oczu przypadkowych gapiów. Do bazy wstęp mieli tylko wybrani. Najczęściej budowniczowie. W środku było klepisko na którym siadaliśmy i debatowaliśmy. Bazy powstawały w wielu miejscach. Ze względu na dużą ilość dzieci i młodzieży zamieszkującą osiedle wszystkie możliwe miejsca zostawały wykorzystane. Niejednokrotnie dochodziło do walk. Jeżeli baza została bez opieki, bardzo szybko była niszczona. Zapotrzebowanie na skoszona trawę było ogromne, zatem ściany szybko zmieniały swojego właściciela. 

Rozejm w mirabelkach

Drugim typem były bazy w sadkach. W czasach mojego dzieciństwa nasze osiedle miało już bloki, szkołę, pawilony czy place zabaw. Jednak nie wszystkie tereny były uporządkowane. Na łąkach i trawnikach leżało dużo pozostałości betonowych z budowy. W niektórych miejscach dziko rosły różne krzaki, ale za przychodnią znajdował się też sad mirabelkowy. Miejsce to było głównie wykorzystywane przez pijących alkohol, ale ciekawe użytkowanie terenu aż prosiło, żeby zrobić tam bazę. Było ono całkowicie oddzielone od zewnątrz, a żeby wejść do środka, trzeba było przedrzeć się przez zarośla. Każdego lata był plan: uporządkować w środku teren i wykopać ziemiankę. Starsi koledzy skombinowali nawet szpadle i któregoś razu zrobiliśmy tam porządek. Niestety, po uporządkowaniu tego terenu, okoliczne pijaczki upodobały sobie to miejsce jeszcze bardziej i był konflikt. Jedni przesadzali drugich. Rozejm nastąpił sam. Dojrzewające mirabelki zaczęły spadać na ziemię. Zgniłe owoce powodowały nieprzyjemny zapach – to raz, ale gorsze było to, że zlatywały się tam roje much, przez co przebywanie tam nie było zbyt przyjemne. Kto nie próbuje ten nie doświadcza, dlatego powróciliśmy do baz tworzonych ze skoszonej trawy. Chociaż te trawiaste bazy czasem też szybko były porzucone. Nasza niecierpliwość nie pozwalała skoszonej trawie doschnąć i mokry budulec, który początkowo ładnie pachniał, w pewnym momencie zaczynał gnić. Poza nieprzyjemnym zapachem pojawiało się tam dużo robactwa, które właziło wszędzie gdzie się dało.

Ziemniaki pieczone w gałęziach

Jesienią administracja osiedla przycinała drzewa i krzewy, a gałęzie były zwożone na teren obok mojego bloku. Jako ludzie z inwencją momentalnie robiliśmy w stertach korytarze, a na środku tworzyliśmy placyk na którym powstawało ognisko. A jak ognisko to pieczone ziemniaki. O ziemniaki nie było trudno, bo każdy miał je w piwnicy, a brak kilku sztuk w worku nigdy nie zwracał uwagi rodziców. Kiedy zamykam oczy widzę strzelający ogień i czuję zapach ogniska. Robienie ogniska wśród gałęzi nie było odpowiedzialne, ale kto na to zwracał kiedyś uwagę. Ważne, że było fajnie.

Wszystko było proste

Dlaczego z takim sentymentem wspominam ten okres? Bo wszystko widziałem z perspektywy dzieciaka. I to wszystko było proste, naturalne, prawdziwe. Piasek w piaskownicy był albo suchy, albo mokry, albo zasikany przez psy. Trawa pod blokiem albo rosła, albo skoszona znikała od razu na budowie naszej bazy. Jak słyszeliśmy ryk kosiarek to natychmiast planowaliśmy, gdzie zbudujemy bazę z wysuszonej trawy. Jak był wolny czas, to od razu kombinowaliśmy, jak go zagospodarować. Czy będziemy grać w kapsle, w kwadraty, czy jeździć na rowerach. Wakacje też trzeba było sobie samemu zorganizować, bo poza koloniami, czy jakimś krótkim wyjazdem z rodzicami, byliśmy zdani sami na siebie. Było mniej możliwości, ale czy to nie było wspaniałe? Wszystko zależało od naszej kreatywności. I to przydało się później w dorosłym życiu. 

Życie było proste i oczywiste. Jak był obiad to był obiad. Jadłeś co dali i nie wymyślałeś, że tego nie zjesz – nie było takiej opcji. W wakacje na obiad pewnie by była zupa owocowa, bo lubiłem ją na zimno w ciepły dzień. A na drugie kurczak z różna. Na deser lody familijne albo śnieżki. A czasem truskawki ze śmietaną i cukrem...

Dziewczyny z Kaliny, chłopaki z Krochmalnej

Piszcie o swoich ulicach: [email protected]

 

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Komentarze

Reklama

ALARM 24

Masz dla nas temat?

Daj nam znać pod numerem:

+48 691 770 010

Kliknij i poinformuj nas!

Reklama

CHCESZ BYĆ NA BIEŻĄCO?

Reklama
Reklama
Reklama