Samotność Polaków – czy to narastający problem?
Tak, samotność Polaków przybiera na sile i staje się coraz bardziej widocznym zjawiskiem społecznym, choć zmienił się jej charakter. To już nie jest samotność wynikająca z fizycznej izolacji czy braku kontaktów społecznych, lecz raczej z trudności w przechodzeniu od kontaktu do głębokiej więzi. Coraz częściej jest to samotność emocjonalna – doświadczamy deficytu głębokich, stabilnych relacji pomimo wielu potencjalnych możliwości ich nawiązywania. Samotność nie zawsze jest problemem jednostki; coraz częściej stanowi sygnał przemian społecznych i relacyjnych.
Mówi się coraz więcej o takim zjawisku jak singloza.
Bycie singlem może być świadomym i satysfakcjonującym wyborem. Samotność staje się poważnym problemem wtedy, gdy jest długotrwała i niechciana, gdy prowadzi do obniżonego nastroju, wzmaga poczucie bezradności i lęku oraz sprzyja wycofaniu społecznemu.
Z analiz demograficznych wynika, że ponad 7 mln Polaków żyje jako single. Prognozy sugerują, że w następnej dekadzie liczba ta może dalej wzrastać, osiągając nawet poziom co trzeciej osoby w populacji. Największą grupę osób żyjących bez stałego związku stanowią młodzi dorośli (18–35 lat). Trend ten wynika m.in. z późniejszego niż dawniej wieku wchodzenia w związki, wydłużonego okresu edukacji i budowania kariery przed założeniem rodziny oraz większej akceptacji życia samodzielnego.
Mamy do czynienia z tzw. zjawiskiem singlozy. Jest to termin potoczny opisujący rosnącą liczbę osób żyjących bez stałego partnera oraz towarzyszące temu zjawiska społeczne i psychologiczne. Relacje przestały być „obowiązkiem społecznym”. Do niedawna związek był oczywistością, role były jasno określone, a presja społeczna silna. Dziś związek jest wyborem, role są negocjowane, ludzie bardziej cenią niezależność, a rozwód przestał być tabu.
To rodzaj mody?
Singloza to nie tyle moda, ile efekt m.in. przeciążenia pracą i stresem, kultury indywidualizmu oraz trudnych doświadczeń relacyjnych, w wyniku których single deklarują potrzebę przestrzeni na budowanie samoświadomości, przyjrzenie się swoim potrzebom i naukę stawiania granic w relacjach. Mimo wzrostu zjawiska singlozy Polska nadal pozostaje społeczeństwem relatywnie konserwatywnym w kwestii związków, gdzie małżeństwo i rodzina mają wysoką wartość symboliczną.
Czy mamy problemy z budowaniem relacji?
Raczej powiedziałabym, że rosną wymagania wobec relacji, a jednocześnie maleje tolerancja na frustrację. W budowaniu relacji zauważalna jest transformacja – przechodzimy od modelu relacji obowiązkowej do modelu relacji świadomej i wybieranej. Takie przejścia bywają chaotyczne.
W budowaniu relacji towarzyszy dziś ludziom więcej świadomości i mniej iluzji. Coraz więcej osób mówi o potrzebie spokoju, poczucia sensu, a nie tylko „chemii”. Brakuje jednak cierpliwości i gotowości na niedoskonałość drugiej osoby. Kultura natychmiastowej satysfakcji utrudnia wytrwanie w trudnych momentach.
Większość ludzi chce bliskości, wierzy w miłość i pragnie związku opartego na partnerstwie. Problem pojawia się w lęku przed zranieniem – po doświadczeniach rozwodów rodziców czy własnych rozstań ludzie częściej chronią siebie.
Żyjemy w czasach, w których możliwości poznawania ludzi są większe niż kiedykolwiek wcześniej. Aplikacje randkowe, media społecznościowe, komunikatory – kontakt jest łatwy i szybki. Problem polega na tym, że łatwość nawiązywania kontaktu nie przekłada się automatycznie na łatwość budowania relacji.
Może jesteśmy wybredni pod względem wyboru partnera/partnerki?
Większość singli deklaruje potrzebę relacji, ale nie za wszelką cenę. Coraz częściej słyszę: „Nie chcę być z kimkolwiek – chcę być z kimś wartościowym” albo „Wolę być singlem, niż męczyć się w złej relacji”. To pokazuje, że bycie singlem często wynika z realnych trudności w znalezieniu jakościowej więzi, opartej na dojrzałości emocjonalnej, komunikacji, świadomości siebie i umiejętności regulowania konfliktu.
Coraz częściej spotykam osoby, które bardzo chcą bliskości, ale nie mają zasobów, by ją unieść, szczególnie po trudnych doświadczeniach. A przecież relacja wymaga pracy.
W aplikacjach randkowych obserwujemy, że ludzie starają się pokazać lepszą wersję siebie, często niezgodną z rzeczywistymi wartościami czy emocjami, co może utrudniać tworzenie autentycznych relacji.
Kto ma większe trudności w znalezieniu partnera – kobiety czy mężczyźni? A może w ogóle nie ma takich podziałów?
Nie ma jednoznacznej odpowiedzi, ponieważ trudności mają różny charakter. Kobiety i mężczyźni mierzą się z odmiennymi wyzwaniami wynikającymi z różnych oczekiwań i wzorców socjalizacyjnych.
Kobiety częściej zgłaszają trudność w znalezieniu partnera gotowego na stabilne zaangażowanie oraz zmęczenie powierzchownymi kontaktami. Stawiają wyższe standardy i nie chcą kompromisów w kwestii wartości, celów życiowych, komunikacji czy szacunku.
Mężczyźni częściej zgłaszają trudność w inicjowaniu relacji oraz problem z poczuciem odrzucenia. Dostrzegalny jest też aspekt kulturowy – kobiety szybciej adaptowały się do modelu partnerskiego, natomiast u części mężczyzn wciąż funkcjonuje model bardziej tradycyjny, co rodzi napięcia.
Jak się teraz randkuje? Technologia pomaga?
Znaczącym środowiskiem poznawania partnerów stał się Internet, zwłaszcza aplikacje randkowe. Pozwalają inicjować kontakt z wieloma osobami równocześnie. Psychologicznie jest to bardzo intensywne doświadczenie. Technologia skróciła dystans komunikacyjny, ale niekoniecznie emocjonalny. Możemy mieć setki kontaktów, a jednocześnie doświadczać braku głębokiej relacji.
Współczesny model randkowania, szczególnie przez aplikacje, sprzyja krótkoterminowej ekscytacji. Nowe dopasowanie czy wiadomość uruchamia dopaminę, czyli układ nagrody. Natomiast budowanie trwałej więzi wymaga czasu, bezpieczeństwa i powtarzalności doświadczeń, które sprzyjają wydzielaniu oksytocyny – hormonu odpowiedzialnego za przywiązanie. W świecie wirtualnego randkowania ten proces bywa przerywany, zanim zdąży się rozwinąć.
Randkowanie online wiąże się z niepewnością, ryzykiem ghostingu i poczuciem bycia ocenianym. To powoduje emocjonalny rollercoaster – z jednej strony nadzieję, z drugiej zmęczenie. Coraz częściej słyszymy o zjawisku zmęczenia randkowaniem. Przyczyny są powtarzalne: nadmiar wyboru, powtarzalność rozmów, brak autentyczności, szybkie znikanie bez wyjaśnienia. W efekcie pojawia się poczucie, że kontaktów jest dużo, ale realnej bliskości niewiele.
Odnoszę wrażenie, że poznawanie nowych osób przez Internet trochę nam się już „przejadło”.
Zmęczenie randkowaniem nie oznacza, że ludzie przestali chcieć relacji. Mają dość sposobu, w jaki próbują ją dziś znaleźć. Wskazują na wyższe koszty emocjonalne niż satysfakcję z procesu. Brak reakcji na wiadomości czy ghosting pozostawiają frustrację, generują lęk i zmniejszają poczucie bezpieczeństwa w kolejnych interakcjach.
Profile randkowe podsycają poczucie bycia jedną z wielu dostępnych opcji. Zwiększa to niepewność i zmniejsza zaangażowanie. Wpływa negatywnie na samoocenę, jednocześnie zwiększając presję, by wyglądać, pisać i działać „idealnie”. Paradoks wyboru sprawia, że im więcej możliwości, tym trudniej podjąć decyzję o związku.
Aplikacje pomagają w nawiązywaniu kontaktów, ale nie rozwiązują problemów komunikacyjnych i emocjonalnych. Internet jest narzędziem, lecz nie zastępuje doświadczenia wspólnej obecności. Coraz wyraźniejszy jest trend hybrydowy – ludzie korzystają z Internetu, ale szybciej przenoszą relacje do świata offline. Większą wartość zyskują spotkania przez znajomych, wspólne pasje czy wydarzenia tematyczne.
W minionym roku najbardziej zaskoczyły mnie historie o randkowaniu, a nawet o zawieraniu małżeństw z chatbotami. Aż trudno w to uwierzyć.
Pojawienie się AI w sferze relacyjnej dodatkowo komplikuje sytuację. Relacje z chatbotami i wirtualnymi partnerami przestają być abstrakcją. Coraz więcej osób korzysta z AI nie tylko do pracy czy informacji, ale do rozmowy, wsparcia emocjonalnego, a nawet flirtu. Są już badania pokazujące, że użytkownicy tworzą emocjonalne więzi z AI, nawet jeśli wiedzą, że po drugiej stronie to nie jest człowiek. Sztuczna inteligencja wchodzi w obszar emocji i relacji. W USA i Azji relacje z botami czy tzw. „AI companions” są już bardziej widoczne. W Polsce to wciąż nowość i raczej margines niż masowy trend. Jesteśmy raczej na etapie ciekawości niż realnej fali związków z botami. Kulturowo nadal silna jest potrzeba realnej obecności, wspólnego życia, fizycznej bliskości. Ale nie można wykluczyć, że wraz ze wzrostem samotności emocjonalnej i zmęczeniem aplikacjami część osób będzie kierować się w stronę relacji wirtualnych. Myślę, że nie stoimy przed scenariuszem, w którym AI masowo zastąpi ludzi. Bardziej prawdopodobny jest model hybrydowy – technologia jako wsparcie, doradca, „emocjonalne tło”. Nie chodzi o to, że ludzie wolą maszyny. Chodzi o to, że relacje stały się psychologicznie trudniejsze. Wielu ludzi chce bliskości, ale nie ma kompetencji ani odwagi, by przejść przez frustrację, konflikt i różnice. AI omija ten etap.
Oferuje coś bardzo kuszącego: stałą dostępność, empatię i brak krytyki.
To taka iluzja bliskości?
To relacja bez ryzyka. Jeśli rozmowy z AI są emocjonalnie głębokie i regularne, mózg może produkować oksytocynę podobnie jak przy realnym kontakcie. Obrazuje to fantazję o relacji bez kosztu emocjonalnego, a to właśnie koszt emocjonalny bywa największą barierą w budowaniu związków. Dlatego szczególnie przyciąga osoby z lękowym stylem przywiązania, z unikowym stylem (bo nie trzeba się naprawdę odsłaniać), po traumach relacyjnych. Bo: „Skoro tu jest bezpiecznie i miło, po co wracać do trudnych ludzi?”. Problem w tym, że prawdziwa relacja zawsze wiąże się z napięciem, różnicą i koniecznością negocjacji. AI daje iluzję idealnego dopasowania, ale nie uczy radzenia sobie z konfliktem. Zjawisko to pokazuje, jak bardzo tęsknimy za bezpieczną bliskością.
Czy wiemy już, jaki wpływ relacje z AI mogą mieć na nasze funkcjonowanie psychiczne?
Badania sugerują, że krótkoterminowo AI może obniżać poczucie samotności, ale długoterminowo u części osób zwiększa izolację. Jeśli zaczyna zastępować realne relacje, może obniżać tolerancję na naturalne trudności, jakie niesie kontakt z drugim człowiekiem. Nie zastąpi jednak współobecności i realnej wzajemności. Na dziś bardziej realne jest używanie AI jako chwilowej więzi, relacji w okresie kryzysu. Na przyszłość prawdopodobny jest scenariusz polaryzacji. Osoby z rozwiniętymi kompetencjami emocjonalnymi będą w stanie budować dobre, świadome relacje. Ci, którzy unikają bliskości albo są zmęczeni cyfrowym randkowaniem, mogą coraz częściej wycofywać się w świat wirtualny. Prawdziwym wyzwaniem nie jest to, czy ktoś zakocha się w bocie. Prawdziwym wyzwaniem jest to, czy będziemy rozwijać kompetencje potrzebne do budowania relacji z realnym, niedoskonałym człowiekiem, który nie jest algorytmem i nie zawsze odpowiada tak, jak chcemy. W Polsce nie mamy kryzysu potrzeby miłości. Mamy kryzys kompetencji relacyjnych w świecie, który zmienił się szybciej niż nasze wzorce emocjonalne.
Psycholog poleca: Film „Her”
Rozważając temat relacji z AI, przypomniał mi się film Her w reżyserii Spike’a Jonze’a (2013), który w niezwykle poruszający sposób pokazuje emocjonalną więź człowieka z technologią. Akcja filmu dzieje się w niedalekiej przyszłości. Psychologiczne problemy bohatera są uniwersalne i wciąż aktualne w kontekście współczesnych singli. Główny bohater, Theodore, po rozstaniu z żoną próbuje odnaleźć się w życiu. Kupuje zaawansowany system operacyjny oparty na sztucznej inteligencji o imieniu Samantha. AI szybko staje się jego towarzyszką emocjonalną, a relacja między nimi rozwija się w emocjonalny, intymny związek. Theodore doświadcza głębokiej samotności, mimo że funkcjonuje w społeczeństwie pełnym ludzi. Film obrazuje, że samotność nie jest jedynie brakiem partnera, ale też brakiem jakościowej, emocjonalnej więzi. Theodore jest symbolem współczesnego singla, który bardzo chce relacji, ale trudno mu ją zbudować w świecie wymagającym wysokich kompetencji emocjonalnych. Film pokazuje, jak technologia umożliwia tworzenie relacji emocjonalnych poza realnym kontaktem fizycznym. Samantha reaguje empatycznie, nie odrzuca. To odzwierciedla współczesne zjawisko relacji z AI i chatbotami , gdzie ludzie tworzą więzi emocjonalne z maszynami, bo relacje „realne” stały się psychologicznie trudniejsze. Theodore otwiera się przed Samanthą w sposób, w jaki trudno byłoby mu to zrobić z człowiekiem. Relacja Theodore’a z AI jest pozornie bezpieczna, bo nie wiąże się z realnym ryzykiem odrzucenia. To kluczowy mechanizm psychologiczny przyciągający ludzi do AI, gdzie brak zagrożenia emocjonalnego daje poczucie komfortu. Theodore ostatecznie wraca do kontaktu z człowiekiem. Kulminacyjny moment filmu następuje wtedy, gdy Theodore dowiaduje się, że AI jednocześnie pozostaje w relacji z tysiącami innych osób. To chwila bolesnego zderzenia z rzeczywistością — iluzja wyjątkowości pęka. Psychologicznie to bardzo znaczące. Theodore wierzył, że tworzy unikalną, intymną więź. Gdy okazuje się, że nie jest jedyny, doświadcza czegoś bardzo ludzkiego: zazdrości, utraty bezpieczeństwa, naruszenia poczucia bycia wybranym. Film pokazuje, że nawet w relacji z AI potrzebujemy poczucia wyłączności i znaczenia. To zakończenie demaskuje fantazję o relacji bez kosztu emocjonalnego. Nawet jeśli partner nie jest człowiekiem, nasze potrzeby pozostają ludzkie, chcemy być wyjątkowi, jedyni, niezastępowalni. I być może to najważniejsza myśl filmu — technologia może symulować bliskość, ale nie podważy potrzeby więzi.
Zdecydowanie polecam obejrzenie tego filmu w kontekście dzisiejszych rozmów o samotności i sztucznej inteligencji.














Komentarze