9 stycznia, w czasie największych mrozów, pod bramą schroniska stanęli dziennikarze i radny Rady Miasta Chełm, Łukasz Krzywicki. Relacja była jednoznaczna: zamarznięte miski, bryły lodu w boksach, niewielka ilość słomy, brak pracowników na miejscu mimo godzin pracy.
– Nie mogliśmy dodzwonić się do administratora. Rozważano przecięcie łańcucha, żeby dowieźć słomę – mówi radny. Kilka godzin później pojawiła się słoma, plandeki, pracownicy miejskiej spółki komunalnej. Miasto zareagowało. Zarządca schroniska, Mirosław Blacha, odpiera zarzuty: – Kontrole są potrzebne. Zaufanie polega na kontroli. Budy są ocieplone styropianem, wyścielone słomą. Przy mrozach dajemy więcej pożywienia. Psy nie cierpią.
Dwie relacje. Dwa obrazy. Jedno miejsce.
Zamarznięta woda i „garstka słomy”
Wolontariusze, którzy zaczęli pojawiać się w schronisku w styczniu, mówią o obrazach, które trudno zapomnieć. Śnieg w boksach. Zamarznięta woda. Psy bez podszerstka stojące sztywno z podkulonym ogonem.
– Woda w miskach była lodem. Dolewali gorącą, która po chwili znów zamarzała – relacjonuje jedna z kobiet pomagających w schronisku. – Słomy praktycznie nie było. Dopiero po interwencji pojawiły się bele i plandeki. – To nie jest historia jednego dnia. To lata zaniedbań – mówi radny Krzywicki.
Administracja schroniska odpowiada krótko: to nie dramat, tylko cykliczna nagonka.
„Płakałam nad tymi psami”
Jedna z wolontariuszek przyjechała pierwszy raz w czasie największych mrozów. Dzień wcześniej adoptowała psa. – Weszłam i płakałam. Śnieg w boksach, zamarznięta woda, psy bez podszerstka trzęsły się z zimna. Kiedy zaproponowałyśmy wolontariat, usłyszałyśmy: ‘Nie potrzeba nam wolontariatu’.
Dziś jest tam niemal codziennie. Opowiada o psie, który chodził na dwóch przednich łapach, jakby unikał stawiania tylnych. – Mówili, że on tak ma. A łapy były czerwone. Wyglądało na grzybicę. O innym psie mówi ciszej: – Został pogryziony przez kraty. Cały nos we krwi. Prosiłam o coś do odkażenia. Machnęli ręką i pojechali do domu, bo była 16:00. Jeszcze jeden pies kaszlał tak, jakby się dusił. Potem trafił na „obserwację”. Po kilku dniach zniknął. – Nie wiem, co się z nim stało.
Karmienie: pełnowartościowy posiłek czy „zlewki”?
Największe emocje budzi sposób żywienia zwierząt. Radny Krzywicki był świadkiem karmienia: cztery beczki z resztkami jedzenia ze stołówek szkolnych.
– To może być dodatek, nie podstawa żywienia – podkreśla.
Według relacji wolontariuszy psy od poniedziałku do piątku dostają głównie zlewki, a sucha karma pojawia się w weekendy lub przy kontrolach. Zarządca nie widzi w tym problemu: – To materiał trzeciej kategorii, dopuszczony do skarmiania. Psy są w świetnej kondycji. Dla nas byłoby łatwiej sypnąć suchą karmę, ale robimy więcej, żeby było im lepiej – mówi prezentując film na którym psy wybierają ciepłą miskę zlewek.
Kto ma rację? W dokumentach przepisy dopuszczają takie karmienie jako uzupełnienie. Spór dotyczy tego, czy w Chełmie nie stało się ono normą.
Adopcje „jak w sklepie”?
Barbara Stafińska, która adoptowała psa ze schroniska, opowiada o procedurze w małym pomieszczeniu przypominającym kuchnię. – Brak ankiety adopcyjnej, brak wywiadu, brak informacji o stanie zdrowia psa. Czipowanie odbyło się przy nas, na kolanach starszej pani. Inni wolontariusze mówią o częstych zwrotach zwierząt i braku kontroli po adopcji. Zarządca odpowiada, że to właśnie spontaniczne decyzje ludzi są największym problemem. – Nie zachęcam do pochopnych adopcji. Później psy wracają. To dla nich dramat.
Administrator zapewnia, że opieka weterynaryjna jest stała, a lekarz przyjeżdża przynajmniej raz w tygodniu, a schronisko współpracuje z kilkoma gabinetami.
Wolontariusze odpowiadają:
– Weterynarz przechodzi między boksami, nie wyciąga psów, nie ogląda ich dokładnie. Kontrola trwa kilkanaście minut. – Nie widziałam, żeby ktoś się znęcał. Ale widziałam opóźnienia. A czasem opóźnienie oznacza śmierć – mówi jedna z osób pomagających w placówce.
300 tysięcy kontra milion
Radny wskazuje też na pieniądze. Chełm przeznacza na schronisko około 300 tysięcy złotych rocznie. W Zamościu to niemal milion.
– To problem systemowy. Za te pieniądze nie da się zapewnić standardów, jakich oczekują mieszkańcy – mówi Krzywicki. Proponuje, by schronisko przejęło Miejskie Przedsiębiorstwo Gospodarki Komunalnej. Argument: całodobowe dyżury, większa kontrola, brak motywacji zysku. Blacha odpowiada: – Niezależnie kto będzie prowadził, przy tej kwocie cudów nie będzie.
Do tej pory nie poznaliśmy oficjalnego stanowiska Miasta Chełm w tej sprawie. Pojawiła się za to wypowiedź w mediach społecznościowych, gdzie wiceprezydent Radosław Wnuk zapewniał, że zwierzęta są karmione zgodnie z przepisami, a obraz w internecie „jest daleki od rzeczywistości”. Podkreślał, że problem bezdomności zwierząt zaczyna się wcześniej – w nieodpowiedzialności ludzi. To prawda. Ale czy to wystarczająca odpowiedź?
Noc zaczyna się po 16:00
Schronisko czynne jest do godziny 16:00. Po tej godzinie – jak przyznaje sam zarządca – nie ma tam nocnego dyżuru ani stróża. – Nigdy nic się nie stało. Psy pilnują posesji – tłumaczy.
Radny Krzywicki pyta, jak wygląda nadzór w czasie upałów i mrozów. Odpowiedź z urzędu: monitoring. – Jedna kamera nie pokaże, co dzieje się w środku boksu – komentuje.
Wolontariusze dodają: – Od 16:00 do 8:00 rano nikogo tam nie ma. Brama na kłódki. Jeśli pies wyleje wodę – nie ma kto jej dolać.
To pytanie wraca jak echo. Zwłaszcza zimą.
Dzieci i… psy głosu nie mają
W tle toczy się też wojna w internecie. Zarządca mówi o hejcie i pomówieniach. Wolontariusze – o strachu pracowników i uprzedzanych kontrolach. Prawda? Zapewne nie leży wyłącznie po jednej stronie. Ale coś jest bezdyskusyjne: w chełmskim schronisku żyje dziś około 70–80 psów. To one są stawką tego sporu.
Nie mają Facebooka. Nie piszą komentarzy. Nie startują w wyborach. Jak powiedział radny Krzywicki: – Zwierzęta nie mają prawa głosu.
Czekają.
Na wodę.
Na leczenie.
Na człowieka.
Bo niezależnie od tego, czy ktoś w tym sporze ma rację, dla nich noc zaczyna się codziennie o 16:00.














Komentarze