- 213 do 159 w Lublinie! - cieszyli się stronnicy posła Krawczyka.
Część z nich zaczęła już przekonywać o pewnym zwycięstwie 47-letniego polityka w wyborach na przewodniczącego lubelskiej KO. Niedługo później w napięciu czekano na protokół z Zamościa.
- Prowadzi Marta Wcisło, ale będzie na żyletki - usłyszeliśmy.
I było. Krawczyk zdobył „tylko” 633. Wcisło zaś 663 głosów. I po chwili wrzucała na Facebooka zdjęcie z bukietem kwiatów. To był jej wielki triumf. Choć w kampanii mogła już pomyśleć, że przeszarżowała.
Niewidzialna ręka Tuska
Wszystko dlatego, że nieco zirytował się premier Donald Tusk. Poszło o słowa wypowiedziane w wywiadzie dla „Dziennika Wschodniego”.
- Rozmawiałam z panem premierem Donaldem Tuskiem. Powiedział mi: „Marta, walcz. Musisz to wygrać, jesteś w moim sercu”. Dodał, że chciałby wreszcie mieć kobietę na czele regionu - mówiła nam Wcisło.
Krawczyk się wściekł. Jego zwolennicy nieustannie pytali go: „Jak to? To premier Tusk już wskazał, na kogo u nas głosować?”.
Poseł przyjął nas w partyjnej siedzibie z widokiem na Grand Hotel.
- Też rozmawiałem z panem premierem Tuskiem. Uzyskałem od niego męską deklarację wsparcia mojej kandydatury. Dla mnie to oczywiste, że premier, szef partii, mądry przywódca wspiera wszystkich członków Koalicji Obywatelskiej w ich staraniach w wyborach wewnętrznych. I kiedy widzę, że dochodzi do nadużywania jego poparcia, czuję lekkie zażenowanie – kręcił głową Krawczyk.
To jednak nie wystarczyło, zdanie „Marta, walcz. Musisz to wygrać, jesteś w moim sercu” rozniosło się po Lubelszczyźnie. I Polsce. Od „terenowych” działaczy KO przez kilka tygodni wielokrotnie słyszeliśmy, że ta – jakkolwiek infantylnie to nie brzmi – zagrywka Wcisło najprawdopodobniej okaże się „gamechangerem”.
- Jak Tusk powie, tak „teren” zagłosuje, taka jest zasada - mówił nam jeden z prominentnych polityków lubelskiej KO.
Na kilkanaście godzin przed wyborami potwierdził to także artykuł „Brudna wojna w lubelskiej Koalicji Obywatelskiej. Kulisy starcia europosłanki z posłem” na Onecie. Dziennikarz Sebastian Białach opublikował w nim zrzut ekranu z burzliwych dyskusji działaczy na partyjnych komunikatorach. Stronnicy Krawczyka domagali się tam twardych dowodów na poparcie Tuska dla Wcisło.
W końcu Krawczyk nie tylko zrewanżował się Wcisło w przytoczonej rozmowie dla „Dziennika Wschodniego”, ale też wrzucił na Facebooka zdjęcie przy kawie z Donaldem Tuskiem.
Na Onecie czytamy: „Jak to się stało, że Krawczyk również uzyskał poparcie premiera? — Tusk wkurzył się, kiedy zobaczył, co wyprawia Wcisło i zaprosił Krawczyka na krótką rozmowę do KPRM. Chodziło tylko o wspólne zdjęcie, aby wyrównać szanse — mówi nam osoba z KO, która zna kulisy spotkania”.
Ryzykantka Wcisło
Tego typu sytuacje, na skraju niezręczności, są wpisane w charakter działań Marty Wcisło. Posłanka do Parlamentu Europejskiego niespecjalnie przejmuje się mniejszymi i większymi wypadkami. Określa cel i do niego dąży. W tym wypadku było to stanięcie na czele lubelskich struktur KO. W drodze po swoje potrafi uciekać się do ryzykownych zabiegów.
W wewnętrznych wyborach wygrała, nawet mimo tego że nie starała się skrywać braku sympatii dla posła Krawczyka. Gdy oboje pojawili się na spotkaniu z rolnikami i związkowcami z Grupy Azoty Puławy w Lubelskim Centrum Konferencyjnym, woleli zostać przedzieleni przedstawicielem Prawa i Sprawiedliwości, niż siąść obok siebie. Podobnie omijali się chociażby na spotkaniu z ministrem Radosławem Sikorskim w Wyższej Szkole Przedsiębiorczości i Administracji.
Wcisło nic nie robiła sobie też z partyjnego frontu, który się przeciwko niej zawiązał. Krawczyka wsparli bowiem wiceminister rolnictwa i rozwoju wsi Małgorzata Gromadzka, ustępujący przewodniczący Stanisław Żmijan czy posłanka Bożena Lisowska. Działacze KO mówią, że Wcisło wygrała, bo jest wyrazista. A Krawczyk - nijaki. I tej nijakości nie przykryła nawet przychylność prezydenta Krzysztofa Żuka.
Co wyprawia Żuk?
- Nikt nie wie, co wyprawia prezydent - powtarzano na przełomie lutego i marca w lubelskiej KO.
Krzysztof Żuk wystartował w wyborach na szefa powiatu Lublin. Spodziewanie zmiótł w nich Krzysztofa Komorskiego, który sprawdza się w bardzo technicznej roli wojewody lubelskiego, ale w kuluarowych gierkach bywa niezdarny, naiwny, ponoć brakuje mu parcia na szkło. Od samego zwycięstwa Żuka istotniejszy jest jednak sposób, w jaki udało mu się to osiągnąć.
68-latek nie konsultował swojego startu z lokalnymi działaczami. Swoje plany ukrywał nawet przed Komorskim, który przez lata był jego bliskim współpracownikiem. Trzeba przy tym wiedzieć, że na Żuka w lubelskiej Koalicji Obywatelskiej patrzy się z pewnego rodzaju dystansem. Bezdyskusyjny szacunek budzi jego zręczność, z jaką podporządkował sobie Lublin. Ale też od dawna nikt w partii nie mówi o nim jako o „polityku KO” czystej wody.
Gdy w 2024 roku układano listy na wybory samorządowe, bardziej zależało mu na jak najsilniejszej pozycji wyjściowej dla radnych ze środowiska Wspólnego Lublina, czyli Elżbieta Dados, Jadwiga Mach, Piotr Choduń, Monika Kwiatkowska, Magdalena Kamińska i Kamila Florek, niż przedstawicieli KO, o których za to zabiegała Wcisło i to z powodzeniem.
Żuk, co wielu zdziwiło, zapamiętał to europosłance. I choć w wyborach na przewodniczącego KO na Lubelszczyźnie napisał listy z poparciem i dla Krawczyka, i dla Wcisło, to na ostatniej prostej kampanii nie było już wątpliwości, na którego konia postawił. W dniu wyborów nie odstępował bowiem posła Krawczyka ani o krok - najpierw rozdawał z nim kwiaty z okazji Dnia Kobiet na Krakowskim Przedmieściu, a potem w jednej chwili oddawali głosy w siedzibie KO.
Imperium Żuka
- Żuk gra na siebie i tylko na siebie. Myślę, że niespecjalnie mu żal porażki Krawczyka. Z Wcisło podarli koty, ale się dogadają, ona ma zbyt duży szacunek do prezydenta. A listy do samorządu w 2029 jako przewodniczący powiatu Lublin ułoży tak, żeby jego ludziom w Ratuszu nie zabrakło miejsca - przekonuje nas jeden z polityków KO na Lubelszczyźnie.
Ale to prawda, że Żuk stał się solistą. Nawet Tusk nie rozumiał, dlaczego w mieście zarządzanym przez polityka z jego obozu w samym centrum stanął pomnik Lecha Kaczyńskiego. A Żuk jest pragmatykiem. Już dawno dogadał się z „pisowskim” marszałkiem Jarosławem Stawiarski. Zamiast toczyć uderzające w budżet województwa wojenki na linii Ratusz-Urząd Marszałkowski, wolał się ze Stawiarskim zbratać i od czasu do czasu pójść mu w czymś na rękę.
68-letni prezydent Lublina jest też konserwatystą w staromodnym rozumieniu tego słowa. Ideologicznie bliżej mu do Tuska z pierwszej dekady XXI wieku niż nowej fali działaczy Koalicji Obywatelskiej, których rywale polityczni w niezmiennie prawicowej Polsce sklejają z podcinającą skrzydła, a nawet niszczącą kariery łatką „lewaka”.
Lublin za jego rządów niewątpliwie się odmienił. Stał się nowoczesną aglomeracją, porównywaną do urokliwych włoskich miasteczek, nazywaną „perłą Wschodu”. Przez kilkanaście lat prezydent Żuk popełnił jednak kilka poważnych błędów, część się za nim ciągnie, krytycy zarzucają mu na przykład przychylność względem lobbystów przeróżnej maści czy jednowładztwo na wzór „Króla Słońce”.
W 2010 roku dostał 54,65% głosów, w 2014 roku - 60,13% głosów, w 2018 roku - 62,32% głosów, w 2024 roku - 57,49% głosów. Przetrwał ataki tarana o skali rażenia bomby atomowej ze strony Przemysława Czarnka, ówczesnego wojewody lubelskiego, a dziś kandydata PiS na premiera, który bezskutecznie próbował wygasić jego mandat.
Nie grozi mu los chociażby takiego Aleksandra Miszalskiego, który nie znalazł modelu na przekonanie do siebie mieszkańców Krakowa i zaledwie po dwóch latach od wygranych wyborów prezydenckich grozi mu kompromitujące referendum o odwołanie ze stanowiska prezydenta. Żuk, przeciwnie do niego i jeszcze kilku innych samorządowców z Koalicji Obywatelskiej, znalazł przepis na swoje miasto - Lublin.
Nieprzypadkowo, gdy w wielowątkowym artykule „Gierki o tron” zastanawialiśmy się, kto w 2029 roku mógłby zostać jego następcą na lubelskim tronie, niemal wszyscy rozmówcy kręcili głową: „Jakim następcą? Przecież Żuk... znowu wystartuje i wygra”.
Teoretycznie ogranicza go wprowadzony w 2018 roku przepis o dwukadencyjności w samorządach. Politycy PiS argumentowali, że ukróci on patologię betonowania stołków przez lokalnych polityków. Z tak postawioną sprawą nie zgadzają się jednak działacze PSL-u. Uważają, że regulacja jest niezgodna z Konstytucją RP.
Władysław Kosiniak-Kamysz i jego stronnicy do zniesienia dwukadencyjności namówić próbują resztę koalicjantów. Ich pomysł oficjalnie poparł już premier Donald Tusk. Bardziej sceptyczni są za to posłowie Polski 2050 i Lewicy. Podzielona w tej kwestii jest również Konfederacja. Przeciwny jakimkolwiek zmianom pozostaje PiS.
Ale od początku 2026 roku PSL robi wszystko, żeby jego projekt znalazł się w harmonogramie obrad Sejmu i został przegłosowany. W takim scenariuszu nieprzerwane imperium Krzysztofa Żuka w Lublinie mogłoby przedłużyć się do niemal ćwierćwiecza. A to byłby ostateczny dowód na mistrzostwo w politycznej skuteczności na skalę dotąd nieznaną po 1989 roku. I wcale nie będzie potrzebował do tego Koalicji Obywatelskiej, którą - zdaje się - zamierza posłużyć się tylko jako narzędziem do realizacji własnych planów.














Komentarze