Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama
STUDIA W PRL

Z ekonomią polityczna socjalizmu w tle

Bywały sesje, kiedy trzeba było zdawać nawet osiem czy dziesięć egzaminów. Nie było komputerów ani smartfonów. Były książki, notatki z wykładów i godziny spędzone w czytelni. Jak studiowało się na UMCS w PRL? Lekko nie było...
Z ekonomią polityczna socjalizmu w tle
UMCS w PRL

Autor: DW/Archiwum

Pierwsza wyższa uczelnia w powojennej Polsce powstała w Lublinie. Był to Uniwersytet Marii Curie Skłodowskiej. Do miasta zaczęli przyjeżdżać nie tylko spragnieni wiedzy młodzi ludzie, ale także wykładowcy z innych miast. Wkrótce studenci „opanowali” Lublin. Były lata, kiedy studiowało tu nawet ponad 100 tys. osób. Pierwsze akademiki UMCS stanęły przy ul. Leszczyńskiego, później przeniesiono je na ul. Sowińskiego. Było to tuż po wojnie. W czasach stalinowskich egzaminy na studia rozpoczynały się 15 sierpnia, a rok akademicki - wzorem Kraju Rad - już 1 września. Kto nie zdał, na następną szansę musiał czekać cały rok. Po 1956 r. wrócono do tradycyjnego kalendarza. Egzaminy odbywały się na początku lipca, a inauguracja roku akademickiego — 1 października. Pierwsi studenci do dziś wspominają, że doskwierał im nie tylko głód; podkreślają też, że warunki w akademikach były dalekie od ideału.

RODO? O CO CHODZI?

UMCS od samego początku swojego istnienia był największą uczelnią w mieście i miał najbardziej rozwiniętą infrastrukturę. A o tym, jak dany student poradził sobie na egzaminie, mogli dowiedzieć się wszyscy lublinianie. Przez wiele lat, kiedy niektóre wydziały UMCS znajdowały się na placu Litewskim, w gablocie wywieszano wyniki egzaminów. Imię, nazwisko, kierunek i ocena. Nikt jeszcze wtedy nie słyszał o ochronie danych osobowych. Nawet w późniejszych latach PRL były to zupełnie jawne informacje.

Studia trwały cztery lub pięć lat i kończyły się uzyskaniem tytułu magistra. Na niektóre kierunki trudno było się jednak dostać. Prawo, filologie czy psychologia zazwyczaj należały do najbardziej obleganych. W niektórych latach na jedno miejsce przypadało nawet kilkunastu kandydatów. Chętnych było zdecydowanie więcej niż miejsc.

Akademik w PRL

DW/Archiwum

OD RANA DO WIECZORA

– Kiedy zdawałam na prawo na początku lat 80., było jedenastu chętnych na jedno miejsce – wspomina pani Anna. – Za pierwszym razem niestety się nie dostałam. Poszłam na rok do pracy i zdawałam drugi raz. Do dziś pamiętam emocje, kiedy stałam kilka godzin pod rektoratem razem z innymi kandydatami i czekaliśmy na wywieszenie listy przyjętych. Był potem i płacz, i łzy radości. U mnie było to drugie. To były też chyba najwspanialsze wakacje w życiu – trwały aż do października, kiedy odbywała się inauguracja roku akademickiego.

Pierwsze lata studiów były najcięższe. Nie było czasu na nudę. Bywały dni, kiedy zajęcia trwały od rana do późnego wieczora. Między nimi zdarzały się przerwy — czasem półtorej godziny, czasem trzy lub więcej.

– Mieszkałem wtedy na stancji w Abramowicach i nie zawsze opłacało mi się wracać do domu – mówi Andrzej Godzisz, absolwent ekonomii UMCS. – Było też ryzyko, że autobus albo trolejbus się spóźni i wtedy na kolejne zajęcia się nie zdąży. Kilka razy tak mi się zdarzyło. Komunikacja w latach 80. to była loteria. Dlatego kiedy była przerwa, szło się do biblioteki, do barku albo – jeśli pogoda dopisywała – na spacer po mieście.

Pierwsza sesja egzaminacyjna, a wcześniej zdobywanie zaliczeń, dla wielu studentów była prawdziwym koszmarem. – To był zupełnie inny system nauki niż w szkole średniej – wspomina pan Andrzej. – Na studiach prawie wszyscy mówili nam „pan” i „pani”. Szybko stawaliśmy się dorośli, ale musieliśmy też nauczyć się samodzielności. Nie każdy sobie z tym radził. Ja na pierwszej sesji miałem chyba pięć egzaminów. Jeden oblałem. Pamiętam jednak, że do każdego uczyłem się naprawdę solidnie, często do rana. Większość egzaminów odbywała się ustnie. Testy były rzadkością. A o wielu egzaminatorach do dziś krążą legendy.

DW/Archiwum

BUFETOWA UCZTA

Wielu absolwentów z rozrzewnieniem wspomina smak studenckiego jedzenia, które można było kupić w uczelnianych bufetach. Znajdowały się one praktycznie na każdym wydziale. Podczas przerw w zajęciach przeżywały prawdziwe oblężenie. Jedzenie było tam tanie i – jak na tamte czasy – całkiem smaczne. Oprócz kawy czy herbaty (alkoholu, rzecz jasna, nie było) dużą popularnością cieszyły się pierogi, forszmak, bigos, gołąbki, wątróbka, barszcz czerwony z krokietami czy fasolka po bretońsku. Były także flaki, łazanki i kompot.

Nie zawsze jednak było tak różowo. W latach 50. uczelniane stołówki nie zachęcały do konsumpcji. Tak stołówkę studencką w Lublinie z tamtych lat opisywał Mirosław Derecki w książce „Na studenckim szlaku”:

– (…) wchodziło się do niej po betonowych stopniach: najpierw do holu z szatnią, a stąd, przez duże, przeszklone drzwi, do wielkiej sali zastawionej stolikami i krzesłami. Na końcu jadalni ciągnął się rząd okienek kuchennych, w których wydawano posiłki. Jedzenie było marne. Na śniadanie zazwyczaj kubek mleka i połowa bułki „parówki” z odrobiną masła; na obiad – cienka, wodnista zupa, a na drugie danie kawałek nieokreślonego bliżej gatunkowo mięsa z kartoflami; na kolację – nieśmiertelna czarna lura „Enrilo”, gulasz z podrobów i suchy chleb – w dowolnych ilościach. Czasem od święta kawałeczek kiełbasy, pasztetówki lub porcja gorącej kaszanki. Aha, i jeszcze były „wieczorki móżdżkowe”, kiedy w okienkach kuchennych pojawiały się wielkie żeliwne rynienki wypełnione smażonym móżdżkiem. (…)

PAPIEROWY SMS

Wiele osób, które studiowały w latach 70. i 80., wspomina też z nostalgią sposób, w jaki młodzi ludzie komunikowali się ze sobą. Był to swoisty „system kartkowy” - małe, zapisane karteczki z informacjami przyklejane do drzwi wejściowych na wydział. Były praktycznie wszędzie - także na tablicach ogłoszeń. Wystarczyło znaleźć swoje imię lub inicjały i przeczytać taki „prehistoryczny SMS”. O telefonach komórkowych nikt wtedy jeszcze nie słyszał.

Warto też wspomnieć, że dużym powodzeniem cieszyły się różnego rodzaju organizacje i kluby studenckie. Wiele osób na lata związało się chociażby z Zespołem Pieśni i Tańca UMCS, dzięki czemu mogło zwiedzać różne zakątki świata - co w realiach PRL było rzadką okazją. Nie brakowało też chętnych do podróżowania ze studenckim biurem podróży, dorabiania w studenckim biurze pracy czy biegania za piłką w AZS.

WSPOMNIENIA JAK Z FRONTU

Są tacy, którzy do dziś twierdzą, że prawdziwe życie studenckie toczyło się jednak w akademikach, które tętniły życiem przez całą dobę. Nikogo nie dziwiło, że w sześcioosobowym pokoju noc spędzało nawet kilkanaście osób.

– Do dziś śmieję się, że przyjaźnie z akademika są tak trwałe jak te z frontu – mówi Jerzy Woźniak, absolwent polonistyki UMCS. – Warunki były siermiężne, ale dla mnie był to najwspanialszy czas. Wszyscy znaliśmy się jak łyse konie. Pamiętam, że kiedy ktoś przywoził z domu jedzenie, dzielił się z innymi. Nie było kłótni ani sporów, mnóstwo czasu spędzaliśmy na rozmowach. Dziś młodym ludziom wystarczają media społecznościowe i internet. Nie potrzebują już tyle rozmawiać. Brakuje mi tamtego klimatu. Od lat mieszkam za granicą. Kilka lat temu chciałem odwiedzić stare mury. Po starym drewnianym baraku dawno nie ma śladu. Ale najpierw pół godziny krążyłem po okolicy, żeby gdzieś zaparkować.

SZTUKA KOMBINACJI

Peerelowskim studiom nie brakowało też absurdów związanych z ówczesna ideologią. Oprócz typowych przedmiotów kierunkowych obowiązkowe były także zajęcia zupełnie niezwiązane z danym kierunkiem studiów. Należały do nich m.in. wykłady z ekonomii politycznej socjalizmu – nawet na studiach humanistycznych.

– To były zajęcia i ćwiczenia, które do niczego nie były nam potrzebne - przekonuje Tomasz, absolwent historii. - Niektórzy wykładowcy byli bardzo surowi, jeśli chodzi o obecność. Wielu z nas kombinowało ze zwolnieniami, żeby uniknąć kolokwium albo przesunąć termin zaliczenia. Pamiętam, że kolega załatwił kiedyś druk zwolnienia z pieczątką i wpisał tam swoje dane oraz symbol choroby. Zaniósł dokument do dziekanatu. Jedna z pracownic obejrzała go, wyjęła jakąś teczkę i nagle zaczęła głośno się śmiać. Nie mogła się opanować. Okazało się, że kolega wpisał symbol choroby, która dwudziestolatkowi w tamtych czasach raczej nie mogła się przytrafić. Była to „czasowa niezdolność do pracy w wyniku obrażeń odniesionych na polu bitwy podczas działań wojennych” czy coś w tym stylu. Inny kolega z kolei wykorzystał fakt, że jeden z wykładowców – z NRD – nie znał w ogóle języka polskiego i jako zwolnienie pokazał mu paragon z Domów Towarowych Centrum. Wpisał na nim tylko swoje imię i nazwisko. I… przeszło.

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Komentarze

Reklama

ALARM 24

Masz dla nas temat?

Daj nam znać pod numerem:

+48 691 770 010

Kliknij i poinformuj nas!

Reklama

CHCESZ BYĆ NA BIEŻĄCO?

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama