Jest noc z 23 na 24 lipca 1995 roku. To lato jest wyjątkowo upalne i duszne, temperatura dochodzi w dzień do 35 stopni, a w nocy nie spada poniżej 20 stopni. Okna w blokach i w hotelu Oaza przy ulicy Pogodnej są pootwierane na oścież. Z hotelu dochodzi głośna muzyka i okrzyki z wyraźnym wschodnim akcentem. To codzienność w tym miejscu. Drzwi do Oazy są zamknięte od środka od godziny 22.00, ale co jakiś czas ktoś prosi recepcjonistkę o ich otwarcie, żeby wyjść po wódkę albo papierosy. Do drzwi pukają też zamówione przez gości hotelu dziewczyny z agencji towarzyskich. Spokojnie robi się dopiero po drugiej w nocy.
Po śladach krwi
Przed godziną 5 rano przed drzwiami hotelu staje młoda Ukrainka, która każdego dnia zabiera stąd towar na handel. Ale tego dnia coś jej nie pasuje. Zawsze o tej porze drzwi do hotelu są jeszcze zamknięte i musi mocno stukać, żeby zaspana recepcjonistka przyszła jej otworzyć. Tym razem jest inaczej, drzwi do hotelu są szeroko otwarte, widzi to już z daleka, a w pustym holu wciąż pali się światło. Ukrainka powoli wchodzi do środka. Jest ostrożna, rozgląda się na wszystkie strony. Wzrokiem szuka recepcjonistki, ale nikogo nie widzi. Po chwili na podłodze dostrzega ślady krwi, które wytyczają drogę wprost do windy.
Winda tonie w czerwieni. W środku, z głową opartą o ścianę leży młoda kobieta w ogromnej kałuży krwi. Ma na sobie białą bluzkę i krótkie spodenki – ubranie w całości przesiąknięte jest krwią. Kobieta nie żyje.
Śmierć o 4. nad ranem
Widok, który zastaje policja wstrząsa nawet doświadczonymi śledczymi. Ciało kobiety jest zmasakrowane: klatka piersiowa, ramiona i brzuch są gęsto pocięte i pokłute ostrym narzędziem. Rany są tak głębokie, że z ciała wystają fragmenty tkanek. Na jej ciele nie ma miejsca, które nie byłoby pokryte krwią.
Lekarz sądowy ustala, że zgon nastąpił około godziny 4. nad razem. Kobieta została zaatakowana nożem tuż przy drzwiach wejściowych do hotelu. Ślady krwi na podłodze wskazują, że uciekała do windy, w której chciała się schować. Nie zdążyła. Bezpośrednią przyczyną śmierci było uszkodzenie mięśnia sercowego i żyły płucnej.
Ofiarą jest 29-letnia Anna, recepcjonistka z hotelu Oaza. Zanim śledczy zakończą swoją czynności na miejscu zbrodni w hotelu pojawia się Marcin, mąż Anny. Zastaje widok, którego już nigdy nie zapomni. Później powie, że około czwartej nad ranem poczuł w pracy dziwny niepokój i postanowił wrócić wcześniej do domu.
To jego policjanci wezmą pod lupę w pierwszej kolejności.
Czekali na własne mieszkanie
Anna i Marcin pochodzili z Chełma, tam się poznali, zakochali w sobie i pobrali. Wkrótce urodziła się ich jedyna córka. Byli młodzi, ambitni, mieli wspólne marzenia i plany. Postanowili wyjechać do Lublina, gdzie było łatwiej o pracę. Anna zatrudniła się w recepcji hotelu Oaza, a Marcin - w Ochotniczym Hufcu Pracy. Nocami mężczyzna pracował również jako stróż w jednym z przedszkoli w Lublinie. Oboje byli pracowici, nie bali się wyzwań. Marzyli o własnym mieszkaniu, odkładali na nie każdą, ciężko zarobioną złotówkę. Do realizacji planów było coraz bliżej. Tymczasem mieszkali w służbowym pokoju na piątym piętrze w Oazie. Miało to swoje dobre strony, gdyż córka małżeństwa mogła być pod opieką mamy, gdy ta pracowała. Kiedy Anna miała nocną zmianę na recepcji, a Marcin w przedszkolu, dziewczynką opiekowała się ich znajoma.
Ich ostatnie dni niczym nie różniły się od poprzednich. Były spokojne i radosne. Upalną sobotę wspólnie spędzili nad Zalewem Zemborzyckim. Byli radośni, zrelaksowani, cieszyli się, że już za miesiąc wyjadą z córką nad morze. W niedzielę Anna pracowała, a Marcin zabrał 7-letnią córkę na mecz żużlowy. Potem wspólnie zjedli kolację, a Marcin wyszedł do pracy w przedszkolu. Dziewczynka została z mamą w recepcji hotelu. Potem Anna położyła córkę spać pod opieką znajomej, a sama wróciła na recepcję. Jej dyżur miał zakończyć się rano.
Lepiej omijać z daleka
Śledczy nie mają wątpliwości, że mąż Anny nie ma nic wspólnego z jej śmiercią. Anna i Marcin byli udanym małżeństwem, tworzyli szczęśliwą rodzinę. Marcin jest zdruzgotany po śmierci żony. On i jego córka to kolejne ofiary tej okrutnej, bezsensownej zbrodni.
Policjanci zaczynają prześwietlać miejsce, w którym doszło do morderstwa. Hotel Oaza przy ulicy Pogodnej w Lublinie to 10-piętrowy budynek, który wcześniej był hotelem robotniczym i służył pracownikom lubelskich przedsiębiorstw. Kiedy w latach 80. zaczęły obok wyrastać bloki należące do spółdzielni Kolejarz, hotel znalazł się w samym centrum nowego osiedla. To tutaj był jedyny aparat telefoniczny, z którego można było dzwonić za opłatą, kupić bilet autobusowy i widokówkę. Ale wieczorami lepiej było omijać to miejsce szerokim łukiem, żeby nie oberwać butelką wyrzuconą przez hotelowe okno.
W latach 90. wiejska, porośnięta chaszczami dróżka prowadząca do hotelu, została zastąpiona czteropasmową ulicą Krańcową, a po drugiej stronie wyrósł okazały kościół. Wydawało się, że to miejsce „cywilizuje” się, ale transformacja ustrojowa przyniosła kolejne zmiany. Hotel stał się ulubioną miejscówką handlarzy z Europy Wschodniej, w szczególności ze Wspólnoty Niepodległych Państw. Rosjanie, Ukraińcy, Białorusini, Ormianie, Bułgarzy stali się stałymi bywalcami Oazy. Handlowali na lubelskich targowiskach, przecierali szlaki dla swoich rodaków, nawiązywali kontakty, prowadzili swoje mniej lub bardziej szemrane interesy. Po pracy pili, bawili się, sprowadzali do Oazy prostytutki, wszczynali awantury i pijackie burdy. Lubelska policja doskonale znała to miejsce.
Nóż w krzakach
Przy wejściu do hotelu, w recepcji, na korytarzu i w windzie śledczy zabezpieczają bardzo wiele śladów. Są włókna z ubrań, ślady obuwia i linii papilarnych. Widać, że sprawca (lub sprawcy) działał w pośpiechu, pod presją, niedbale i nieostrożnie. Ale żaden ze śladów nie pasuje ani do pracowników, ani do mieszkańców hotelu. To nikt stąd. Wszystkie pokoje Oazy zostają dokładnie przeszukane, a ich rezydenci sprawdzeni. Wszystko na nic.
Narzędzie zbrodni zostaje odnalezione po trzech dniach. Ale to nie jest sukces policji. Nóż ze śladami krwi odnajduje w pobliskich krzakach… mały chłopiec. Drugi nóż znajdują policjanci następnego dnia. To wskazuje, że było więcej sprawców niż jeden i tłumaczy siłę i brutalność ataku. I taką hipotezę przyjęli śledczy.
Uciekinierzy z psychiatryka
Dlaczego zginęła Anna? Na pierwszy rzut oka motyw wydawał się oczywisty. Z metalowej kasetki, do której trafiały pieniądze za korzystanie z telefonu, zniknęło 2100 zł, więc śledczy przyjmują tło rabunkowe. Ale to niewielka suma. Przypomnijmy, że minimalne miesięczne wynagrodzenie w 1995 roku wynosiło 702 zł, więc zrabowane pieniądze to zaledwie trzykrotność tej kwoty. Jeśli ten atak był zaplanowany, sprawcy musieli wiedzieć, że w hotelowej recepcji się nie obłowią, bo tu po prostu nie ma dużych pieniędzy. Atak wygląda więc na przypadkowy i chaotyczny, a sprawcy na amatorów, którzy działali brutalnie i na oślep.
Podejrzenie pada na Marcina O. i Eugeniusza G. Idealnie pasują do tego profilu. Dokładnie w nocy z 23 na 24 lipca razem uciekli ze szpitala psychiatrycznego przy ul. Abramowickiej. Wcześniej byli już sądzeni za zabójstwo z użyciem noża. Ślady odnalezione na miejscu nie potwierdzają ich udziału w zbrodni.
Alibi dała mu żona
Kolejny trop prowadzi do ormiańskiej rodziny z hotelu dla uchodźców na ulicy Wrońskiej. Tydzień wcześniej jakiś Ormianin miał się chwalić, że „planuje napad na hotel”. Podobno potrzebował pieniędzy na wyjazd z rodziną do Niemiec. Historia o Ormianinie, który miał „szykować akcję” w hotelu krąży z ust do ust. Chętnie powtarzają ją Ukraińcy z Oazy. Problem w tym, że żona Ormianina daje mu twarde alibi. Kolejny trop się urywa.
Potem pojawiają się kolejne hipotezy i nowi podejrzani. Jest recydywista, który został skazany za zabójstwo i nastolatek z poprawczaka, mający już na koncie morderstwo z użyciem noża. Obaj zostają wykluczeni, bo mają twarde alibi.
Wokół hotelu kręciło się podejrzane towarzystwo, dlatego kandydatów na podejrzanych jest wielu. Mąż Anny przypomina sobie, że niedługo przed zbrodnią Anna nakryła jednego z byłych mieszkańców hotelu na próbie włamania do pokoju. Być może wrócił, żeby zemścić się na recepcjonistce. Ale ten ślad prowadzi donikąd.
Podobnie jak donos jednej z mieszkanek ulicy Pogodnej, której znajomi mieli przyznać się do zabójstwa i opowiedzieć jej o nim ze szczegółami.
Było ich dwóch
Najbardziej wiarygodnie brzmią słowa Jurija, Ukraińca, który często gościł w Oazie. Był tam również tragicznej nocy. Około 3 w nocy widział w recepcji Annę w towarzystwie dwóch mężczyzn w dresach. Jeden z nich wyglądał na Ormianina. Obu mężczyzn widziały też dziewczyny z agencji towarzyskiej. Potwierdzają, że jeden z nich był Ormianinem.
Kolejni świadkowie zgodnie opowiadają, że z hotelu około godziny 3 wybiegło dwóch mężczyzn z torbami turystycznymi. Jeden z mieszkańców ulicy Pogodnej, który szedł do pracy, minął się z nimi, gdy wybiegli z hotelu. Inni wiedzieli dwóch młodych mężczyzn odjeżdżających w pośpiechu spod hotelu.
Niestety, dwaj mężczyźni, z których jeden miał być Ormianinem, nigdy nie zostają odnalezieni.
Telefony z pogróżkami
Wątek, który również badają śledczy, dotyczy wulgarnych i agresywnych telefonów, które przed napadem otrzymywała Anna. Ale takie telefony niebyły tu rzadkością – hotel nie cieszył się dobrą sławą, kręcił się przy nim lokalny półświatek. Telefony z pogróżkami odbierała również inna recepcjonistka już po śmierci Anny. Ale w żaden sposób nie były one związane z tą sprawą. Hipoteza o zboczeńcu, czy seksualnym zwyrodnialcu również nie znalazła potwierdzenia. Żaden motyw osobisty – zazdrość, urażone uczucia, zemsta – także się nie potwierdził.
Anna nie miała wrogów, nie była zamieszana w żadne ciemne interesy, nie miała kontaktów z półświatkiem. Ona tylko pracowała na nocną zmianę w recepcji hotelu. I prawdopodobnie stała się zupełnie przypadkową ofiarą brutalnego napadu.
Umorzone, ale nie zakończone
W 1996 roku śledztwo w sprawie morderstwa Anny zostało umorzone. Ale dwadzieścia lat później sprawa znalazła się pod lupą śledczych z Archiwum X Komendy Wojewódzkiej Policji w Lublinie. Na zabezpieczonych przez śledczych przedmiotach z miejscach zbrodni wciąż jest DNA sprawcy lub sprawców. Śledczy z Lublina nie odpuszczają, a nauka jest ich sprzymierzeńcem.
I są jeszcze ludzie, świadkowie. Ci, którzy widzieli, ale nie chcieli się mieszać. Ci, którzy wiedzieli, ale bali się zemsty. Czas wszystko zmienia: wyzwala odwagę, porusza sumienia, przerywa zmowę milczenia. Pozwala zrzucić ciężar milczenia, obojętności, strachu. W imię sprawiedliwości.
Rodzina Anny wciąż na to czeka.
Jeśli masz jakieś informacje w tej sprawie skontaktuj się z Archiwum X: 47-811-54-47, 73-591-89-63














Komentarze