W latach 2017-2020 Budapeszt był dla mnie drugim miejscem, zaraz po Lublinie. Byłam tam często i szczerze polubiłam to miasto. Piękne, monumentalne, światowe, ale też nierówne i niedoskonałe. Poznałam wtedy wielu młodych ludzi, którzy tu studiowali, albo właśnie zaczynali swoją drogę zawodową. To od nich dowiedziałam się, że Budapeszt jest na mapie Węgier samotną wyspą względnego dostatku i stabilności życiowej. Że poza Budapesztem po prostu nie ma życia. I nie ma też świadomości, ani woli, że można to zmienić. Dowiedziałam się też, że sieć finansowych powiązań polityki z biznesem i polityków z oligarchami jest fundamentem tego systemu. I nie ma siły, która może to wzruszyć. W tych słowach pobrzmiewała bezsilność i niemoc.
Byłam w Budapeszcie w lipcu 2017 roku, kiedy w polskich miastach ludzie wyszli na ulice, żeby zaprotestować przeciwko zmianom w ustawie o Sądzie Najwyższym. Węgrzy podziwiali nas i nam kibicowali. Mówili: – Wasz rząd idzie śladem Orbana, będzie chciał wam odebrać wolność kawałek po kawałku. Ale Polacy, w przeciwieństwie do Węgrów, walczą o demokrację. A nas może przebudzić tylko widmo wojny albo biedy.
Ale już za kilka miesięcy ci sami młodzi Węgrzy wraz z wieloma tysiącami też wyszli na ulicę. I uruchomili falę protestów, jakiej Węgry nie widziały od lat. W imię wolności i demokracji.
A stało się tak, gdy Victor Orban postanowił wyrzucić z Budapesztu Uniwersytet Europy Środkowowschodniej (CEU), założony przez George’a Sorosa. Tak, tak, tego samego Sorosa, który w 1998 roku ufundował Orbanowi stypendium studenckie. Ten amerykański miliarder i filantrop o węgierskich korzeniach, przekazał znaczną część swojego majątku na promowanie demokracji i idei otwartego społeczeństwa w Europie Środkowo-Wschodniej. Gdy Orban doszedł do władzy, otwarcie krytykował jego rządy uderzające w demokrację i wolności obywatelskie. Ten głos, za sprawą studentów i wykładowców CEU (m.in. Adama Bodnara) był słyszany na całym świecie. I tego Orban nie mógł znieść.
Protesty w obronie uczelni zostały brutalnie stłumione, demonstranci byli zatrzymywani, przesłuchiwani, wyrzucani z uczelni, tracili pracę. Orban rozprawił się z „buntownikami” bez ogródek. Dla przykładu, żeby już nikomu nie przyszło do głowy nic podobnego.
Ale ten zryw pokazał, że Węgry się budzą, że wcześniej czy później zażądają zmiany. A słowa mojego węgierskiego przyjaciela o widmie wojny i biedy okazały się po kilku latach prorocze. Postępujące ubożenie społeczeństwa, wszechobecna korupcja, mafijna władza, a jeszcze do tego prorosyjska polityka – tego już było za dużo. Węgrzy powiedzieli Orbanowi: Dość!
– Doprowadziliśmy do cudu – powiedział Peter Magyar dzień po wygranych wyborach. – Miejsce Węgier jest w Europie.
Do tego cudu doprowadzili Węgrzy. Zdeterminowani, zdesperowani, wściekli. Urodzeni w wolnym kraju, urodzeni w Europie. I tego samego pragnący dla swoich dzieci.
Pokazali Europie i światu, że żaden reżim nie trwa wiecznie. Że jest granica za którą rodzi się bunt, odwaga, siła, jedność. Mądrość narodu, który nade wszystko pragnie wolności i pokoju. O tym były te wybory. Wygraliśmy je razem z Węgrami.
Dziękujemy.













Komentarze