Kijowski dekret na chełmskiej wokandzie
Są sprawy, które do samorządu przychodzą z daleka, ale uderzają bardzo blisko. Nie dotyczą dziury w jezdni, budżetu obywatelskiego ani kolejnej uchwały technicznej. Dotykają pamięci rodzinnej, historii wyniesionej z domów, cmentarzy i opowieści dziadków. Tak właśnie do chełmskiego ratusza trafiła wielka polityka historyczna — przez dekret podpisany w Kijowie.
Podczas sesji Rady Miasta Chełm przewodnicząca, informując o interpelacjach, odnotowała, że do rady wpłynęło pismo radnego Mariusza Kowalczuka „dotyczące dokonania rewizji oraz ewentualnego czasowego zawieszenia współpracy z ukraińskimi miastami partnerskimi Chełma” w związku z decyzją prezydenta Ukrainy o nadaniu jednostce wojskowej imienia „Bohaterów UPA”. To zdanie, wypowiedziane w proceduralnej części obrad, brzmiało jak suchy urzędowy komunikat. W rzeczywistości otworzyło jeden z najtrudniejszych tematów w relacjach polsko-ukraińskich.
Interpelacja radnego Kowalczuka
Radny Kowalczuk w swojej interpelacji pytał o możliwość rewizji, a nawet czasowego zawieszenia współpracy Chełma z ukraińskimi miastami partnerskimi, zwłaszcza z Kowlem i Łuckiem. Powód wskazał jasno: decyzję prezydenta Ukrainy z 27 maja, która w Polsce — szczególnie w regionach silnie związanych z pamięcią Kresów — została odebrana jako cios w pamięć ofiar zbrodni wołyńskiej.
„Dla wielu polskich rodzin, także mieszkańców Chełma i regionu chełmskiego, pamięć o ofiarach OUN-UPA nie jest kwestią odległej historii, lecz częścią rodzinnego doświadczenia, dziedzictwa Kresów oraz elementarnego obowiązku zachowania prawdy historycznej” — argumentował radny.
To właśnie w tym zdaniu kryje się sedno lokalnego napięcia. Dla jednych współpraca z ukraińskimi samorządami jest koniecznością wynikającą z położenia Chełma, wspólnej granicy, sąsiedztwa i realiów wojny. Dla innych — nie może odbywać się bez jasnego sprzeciwu wobec symbolicznych gestów, które w Polsce budzą ból i oburzenie.
Ratusz stawia twardą granicę
Chełmski magistrat nie odpowiedział od razu. Wiceprezydent Dorota Cieślik poinformowała wcześniej o wydłużeniu terminu przygotowania stanowiska, wskazując na złożoność sprawy. Ostateczna odpowiedź przyszła pod koniec czerwca. Zastępca prezydenta Radosław Wnuk podkreślił, że miasto nie bagatelizuje problemu i nie zamierza przechodzić nad nim do porządku dziennego.
„Decyzja Prezydenta Ukrainy o nadaniu jednostce wojskowej honorowego imienia ‘Bohaterów UPA’ niewątpliwie została odebrana przez znaczną część polskiej opinii publicznej, w tym mieszkańców Chełma, jako działanie godzące w pamięć ofiar zbrodni wołyńskiej” — stwierdził Wnuk.
To najmocniejszy fragment odpowiedzi ratusza. Chełm nie próbuje udawać, że problemu nie ma. Władze miasta przyznają, że takie decyzje budzą emocje i utrudniają budowanie zaufania. Jednocześnie przypominają, że pamięć historyczna jest w mieście traktowana nie jako dekoracja do rocznicowych przemówień, ale jako część lokalnej tożsamości. Świadczyć mają o tym m.in. działania związane z budową Muzeum Pamięci Ofiar Rzezi Wołyńskiej oraz Centrum Prawdy i Pojednania.
W odpowiedzi ratusza pada też deklaracja, która wyznacza granicę kompromisu.
„Pamięć o ofiarach oraz sprzeciw wobec gloryfikowania sprawców tych zbrodni nie podlegają kompromisom” — zaznaczył wiceprezydent.
Sprzeciw dyplomatyczny zamiast wojny nerwów
Ale między ostrym sprzeciwem a zerwaniem relacji jest jeszcze przestrzeń dyplomacji. I właśnie tam chce na razie pozostać Chełm. Urzędnicy nie wykluczają skierowania do władz ukraińskich miast partnerskich specjalnego wystąpienia, w którym wyrażą sprzeciw wobec gloryfikacji UPA. Byłby to gest polityczny, ale nie oznaczałby automatycznego zamrożenia współpracy.
Urząd Miasta Chełm nie przewiduje obecnie zawieszenia współpracy z ukraińskimi miastami partnerskimi. Radosław Wnuk przypomniał jednocześnie, że prezydent miasta nie może samodzielnie zerwać ani zawiesić takich relacji. Ewentualna decyzja w tej sprawie należy do Rady Miasta Chełm, bo to ona podejmuje uchwały dotyczące współpracy z jednostkami samorządu terytorialnego innych państw.
To ważny szczegół, bo przenosi ciężar sprawy z emocji na procedurę. Jeśli miałoby dojść do zawieszenia kontaktów z Kowlem czy Łuckiem, nie wystarczy oburzenie, oświadczenie ani interpelacja. Potrzebna byłaby polityczna większość w radzie i formalna uchwała.
Między pamięcią a pragmatyką
Chełm znalazł się więc w miejscu szczególnym: pomiędzy pamięcią a pragmatyką, między bólem historii a codziennością sąsiedztwa, między symbolicznym sprzeciwem a realnymi relacjami transgranicznymi. W mieście, które z racji położenia od lat żyje blisko ukraińskich spraw, ta dyskusja nie jest abstrakcyjna. Tu historia nie jest zamkniętym rozdziałem w podręczniku. Jest żywym punktem sporu o to, jak rozmawiać z sąsiadem, gdy ten używa symboli, których polska pamięć nie potrafi przyjąć obojętnie.
Na razie odpowiedź ratusza brzmi: nie milczeć, ale też nie palić mostów. Chełm chce zaprotestować, przypomnieć o ofiarach i zażądać szacunku dla prawdy historycznej. Jednocześnie nie zamierza zrywać partnerstw, które przez lata budowano ponad granicami.
To decyzja ostrożna, ale nie pozbawiona napięcia. Bo w tej sprawie każde słowo waży więcej niż zwykle. A granica między pamięcią a polityką okazała się cienka jak nigdy.

Komentarze