Wszystko wskazuje na to, że już za kilka lat w okolic Biskupic, Fajsławic, Boniewa oraz wsi Trawniki, powstanie jedna z największych farm wiatrowych na Lubelszczyźnie. Z masztami i łopatami o niespotykanej dotychczas w kraju wielkości, które będą widoczne nawet z kilkudziesięciu kilometrów.
Gmina podzielona
W piątek, 23 października, Rada Gminy Trawniki, głosami 10 radnych, przy 2 przeciw (Konrad Tarczyluk, Tomasz Zieliński) zgodnie z wolą wójta Daniela Baja, poparło uchwałę o przyjęciu nowego planu zagospodarowania przestrzennego. Planu, który dla lokalizacji o łącznej powierzchni ponad 200 hektarów, przewiduje możliwość budowy ogromnej farmy wiatrowej. Chodzi o wiatraki sięgające nawet 250 metrów, a więc wielkości stosowanej dotychczas głównie na morzu.
Władze gminy liczą na wpływy z podatków, a właściciele działek znajdujących się w zainteresowaniu inwestorów - na dochody z ich dzierżawy. Głos przeciwników zmian planistycznych, mimo zebrania ponad tysiąca podpisów pod petycją przeciwko wiatrakom, w ostatnich miesiącach słabł. Po przeciwnej stronie stanęła równie liczna grupa ich zwolenników, o czym podczas piątkowej sesji wspomniał wójt.
- Otrzymaliśmy 1298 głosów przeciw oraz 1670 głosów popierających (...) Stanowska społeczne są zróżnicowane, to ważny głos, ale on nie zastępuje rozstrzygnięcia, do którego uprawniona jest tylko rada gminy - ocenił Daniel Baj, zaznaczając jednocześnie, że uchwalenie planu nie skutkuje pozwoleniem na budowę, a jedynie dopuszcza przeznaczenie terenu pod wiatrową farmę.
W dyskusji podczas piątkowej sesji, tuż przed podjęciem uchwały o strategicznym dla gminy znaczeniu, większość radnych, zwolenników inwestycji, w ogóle nie zabierała głosu. W dyskusji brali udział głównie sami mieszkańcy, którzy przybyli na obrady.
"Tracimy energetyczną suwerenność"
Wyjątkiem był radny Konrad Tarczyluk, który wyjaśnił dlaczego budowy wiatraków w gminie nie popiera. Samorządowiec zwrócił uwagę na negatywne skutki ekonomiczne nadmiaru niestabilnych źródeł energii, które wciąż muszą być zabezpieczane elektrowniami konwencjonalnymi.
- Budujemy w ten sposób podwójny system - ocenił radny, wskazując na to, jako jeden z powodów, dla którego polscy podatnicy coraz więcej płacą za prąd. - Gdy energii jest za dużo, gdy OZE produkuje za dużo prądu, wprowadzane są ograniczenia, co wiąże się z koniecznością wypłaty rekompensat - tłumaczył radny Tarczyluk.
Dodajmy, że w ostatnich latach za niewykorzystaną energię z odnawialnych źródeł państwowa spółka PSE wypłaciła właścicielom instalacji ponad 100 mln zł.
- Dlaczego w Polsce płacimy coraz więcej? Bo budujemy coraz więcej źródeł odnawialnych. Zarabiają na tym zagraniczne korporacje, dla których liczy się tylko zysk - podkreślił. - Jeśli cała Polska pójdzie tym krokiem stracimy (energetyczną przyp.) suwerenność - podsumował.
Jeszcze przed głosowaniem wszyscy wiedzieli, jaki będzie jego efekt. Spokojny o przyjęcie uchwały przez radę był także wójt Daniel Baj, który opowiedział zebranym o całej, długiej procedurze, poprzedzającej przyjęcie planu. O uchwale intencyjnej, uzgodnieniach, konsultacjach, pozytywnych opiniach dziesiątek instytucji, pochylaniu się nad każdą zgłoszoną uwagą itp. Rzeczywistość pokazuje jednak, że dopuszczający wiatraki plan jest najważniejszym dokumentem, na bazie którego następnie starostwa, przy pozytywnych opiniach środowiskowych, pozwolenia na budowę wydają już niemal automatycznie.
Mieszkańcy gminy dopytywali jeszcze, czy gmina pomyślała o zabezpieczeniu swojego interesu, na wypadek problemów finansowych inwestora, w tym gwarancji sfinansowania przez niego utylizacji wiatraków w przyszłości. Wójt odpowiedział, że prawo zabrania dodania takich zapisów do planu.
A co gdyby naprawdę zadbać o rolników?
Prawo nie zabrania jednak zawierania takich umów z inwestorami, które zabezpieczają interesy jej mieszkańców. Możemy wyobrazić sobie scenariusz, w którym ci tworzą rodzaj wspólnoty gruntowej, w której udziały mają wszyscy właściciele działek objętych planem, a do reprezentowania swoich interesów wynajmują kancelarię. Ta z kolei w umowy wpisuje cały zestaw punktów zabezpieczających swoich klientów jak np:
- gwarantowany czynsz bez względu na to, czy turbina pracuje, czy nie
- dodatkowa premia za każdą wyprodkukowaną przez turbiny MWh
- automatyczny system corocznej waloryzacji czynszu o wskaźnik inflacji
- odszkodowanie za potencjalny spadek wartości nieruchomości
- brak możliwości jednostronnego obniżenia czynszu przez inwestora
- brak możliwości zmniejszenia wynagrodzenia na skutek awarii, remontów, czy spadku cen energii
- rekompensata za ewentualne opóźnienia w budowie farmy
- możliwość wypowiedzenia umowy przez rolników jeśli inwstor nie spełni określonych warunków
- odpowiedzialność inwestora za uszkodzenia infrastruktury
- zabezpieczenie finansowe, ubezpieczenie lub gwarancja bankowa, ustanowione przed budową
- gwarancja demontażu farmy, rekultywacji terenu i zwrotu gruntu w określonym stanie po zakończeniu umowy dzierżawy
- obowiązek przejęcia wszystkich zobowiązań umownych przez każdą następną spółkę, która stanie się właścicielem farmy
- żadnego "zrzeczenia się przyszłych roszczeń"
- obowiązek finansowania niezależnych badań hałasu powodowanych przez farmę, w przypadku przekroczeń obowiązek podjęcia działań naprawczych
- utworzenie funduszu partycypacyjnego dla gminy w określonej wysokości z waloryzacją inflacyjną
- zobowiązanie inwestora do wkładu w lokalne inwestycje infrastrukturalne i społeczne
Na przegranej pozycji
Tyle teorii. W praktyce to inwestor dysponujący z reguły przewagą prawną i doświadczeniem negocjacyjnym, podejmuje z rolnikami indywidualne rozmowy, które kończą się podpisywaniem umów dzierżawy na warunkach, które zabezpieczają i chronią na wiele sposobów głównie własne interesy. A jeśli ktoś z właścicieli gruntów danych warunków zaakceptować nie chce, przedstawiciel firmy może powiedzieć, że w takim razie wiatrak stanie u jego sąsiada.
Ta sama zasada działa na wyższym poziomie. Jeśli dana gmina ociąga się z rozwijaniem przed inwestorem "czerwonego dywanu" ten zawsze może użyć argumentu, że w takim razie zbuduje farmę w gminie obok. W obliczu gospodarczej stagnacji, demograficznej zapaści, rosnącego zadłużenia i niskich inwestycji, zwłaszcza wschodnim samorządom - wizji dodatkowego zastrzyku pieniędzy z podatków (nawet jeśli finalnie jest to milion złotych rocznie, a połowa mieszkańców o wiatrakach nie chce słyszeć) oprzeć jest się coraz trudniej.

Komentarze