Schronisko pęka w szwach
Wypadają z gniazd w trakcie nauki latania albo są wyrzucane przez własnych rodziców. Czasem udaje im się przeżyć. Coraz częściej na Lubelszczyźnie bocianie pisklęta trafiają do schronisk, gdzie mogą przetrwać najgorsze chwile.
- 25.07.2002 20:07
„Sanatorium” dla skrzydlatych stworzeń funkcjonuje od trzech lat. – Jeden z bocianków jest w ciężkim stanie po operacji. Chyba z tego nie wyjdzie. Miał porozrywaną szyję. Prawdopodobnie zaczepił się o druty – mówi Marek Kokoszkiewicz, założyciel schroniska dla ptaków „Ostoja” w Woskrzenicach pod Białą Podlaską.
Opiekun nie pozwala niepokoić pacjenta. Lęk mógłby go zabić. 12 bocianich okazów przebywa obecnie w ptasim azylu. Najstarszy o imieniu Gienia jest tam od trzech lat. Na pewno nie odleci z trwale uszkodzonym skrzydłem. Reszta to młode ptaki z tegorocznego lęgu znalezione pod gniazdami. Wydobrzeją i odlecą jesienią do ciepłych krajów. – Od takiego maleńkiego je wychowuję – pokazuje Danuta Czeremuszka, składając dłonie.
Teściowa właściciela niczym ptasia mama karmi i poi najmłodsze ptaki. Kulki dobrze zmielonego mięsa wkłada prosto do dziobów, tą samą drogą przy pomocy łyżki podaje wodę. – Najpierw co dwie godziny, poźniej rzadziej trzeba je dożywiać. Ten większy, bycio, jak go nazywam, sam już mógłby jeść, a otwiera dziób, żeby go łyżką karmić – opowiada kobieta.
Bocianie stadko trzyma się razem. Ptaki mają do dyspozycji ogrodzoną łączkę, ale spacerują też po ogrodzie. O zmierzchu zbierają się w zadaszonej zagrodzie. Wtedy dochodzi do spięć. Nie wszystkie chcą się podporządkować, walczą o pierwszeństwo. Trzeba pilnować, aby się nie poraniły. W odosobnieniu przebywają cztery najbardziej chore ptaki. Dano im szansę powrotu do zdrowia. – Bocian przywiązuje się do człowieka, który się nim opiekuje. Chodzi potem za nim jak pies – mówi pan Marek. W schronisku przebywają na stałe niepełnosprawne skrzydlate drapieżniki i dwa pawie. Są myszołowy, sowy, krogulec, a nawet trznadel. – Ten ostatni ma trzy tygodnie. Wszędzie go ze sobą zabierałem. Co pół godziny trzeba go było karmić pęsetą. Teraz sobie radzi – mówi z dumą opiekun.
Reklama












Komentarze