- Mnie to nie interesuje - ta odpowiedź pada najczęściej, gdy w Parchatce pod Puławami pytasz o wielbłąda. - A o co chodzi? Przecież nie zdycha - dodają inni.
Jadąc z Puław do Kazimierza w centrum Parchatki jest pole.
Na polu zagroda. W zagrodzie wielbłąd. Obok \"Klub jeździecki”, ale bez koni. Brama zamknięta na kłódkę.
- Nie mój - kobieta mieszkająca najbliżej zagrody nie przyznaje się do wielbłąda. - Ja go tylko widzę. W lecie częściej, bo na pole się chodzi.
Wielbłąda znają wszyscy. W końcu spędził tu ostatnie trzy lata. Wcześniej jako atrakcja turystyczna stadniny. Ostatnio sam. Z dnia na dzień zniknął właściciel. Potem konie.
- Podobno siedzi w więzieniu - mówi Beata Wawrzyniuk, mieszkanka Parchatki. - A komornik zajął budynki. Tylko o wielbłądzie zapomniał.
W zimie stoi na śniegu, w jesieni w błocie. Od lat nie rusza się
na krok poza zagrodę. Dwa razy dziennie karmi go jeden z mieszkańców miejscowości. Ktoś widział starszą panią, która przyjeżdża do wielbłąda autobusem miejskim z Puław. Co na to \"władza”?
- Wielbłąd jest prywatny - mówi Sławomir Koza, sołtys Parchatki. - Gmina mi nie mówiła, co zrobić z wielbłądem.
Na zdjęciu: wielbłąd i reporterka Dziennika.
Reklama













Komentarze