Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama

Na własne życzenie

To wprost niewiarygodne. Górnik, który stworzył kilka wyśmienitych sytuacji, miał rzut karny, niemal nie dopuszczał rywali pod własną bramkę i nawet prowadził, tylko zremisował z warszawską Polonią. Po raz kolejny znalazło potwierdzenie stare piłkarskie porzekadło o niewykorzystanych sytuacjach. Szkoda że z łęcznianami w roli głównej...
Górnik przystąpił do spotkania z „Czarnymi Koszulami” w trochę zmienionym składzie – na prawej obronie Grzegorza Bronowickiego (kartki) zastąpił Artur Bożyk, a na prawej pomocy Sebastiana Szałachowskiego (kadra) Łukasz Madej. Czyli bez niespodzianek. Trener Polonii Marek Motyka, dla którego wyjazd do Łęcznej mógł być decydującym o zachowaniu posady, też nie zaskoczył z wyjściową jedenastką. Goście zaatakowali z impetem, który szybko zgasł. Dopiero po kilkunastu minutach piłkarze obu zespołów zaczęli strzelać na bramki, ale z mizernym skutkiem. Nieźle zorganizowana defensywa warszawska pogubiła się w 25 min, kiedy Andrzej Kubica i Remigiusz Jezierski nie błysnęli refleksem w polu karnym. Odpowiedzią rywali był niecelny strzał z bliska Sławomira Jarczyka. W 38 min padł wreszcie gol dla „zielono-czarnych”. Pozostawiony bez opieki Madej soczyście uderzył z kąta i piłka wylądowała w długim rogu. Jeszcze przed przerwą mogło być po sprawie, ale znowu dobre okazje zaprzepaścili Kubica z Jezierskim. Początek drugiej połowy to wprost festiwal niewykorzystanych sytuacji – Kubicy i Jezierskiego. Jak w 48 min okazję sam na sam z Jackiem Banaszyńskim zaprzepaścił pierwszy z nich, wie tylko on sam. Faktem jest, że piłka przeszła obok słupka. W „rewanżu” Sebastian Olszar spudłował z 5 m, a Kosmalski popisał się efektowną przewrotką. W 85 min wydawało się, że kropka nad „i” wreszcie zostanie postawiona. Po strzale Cezarego Kucharskiego piłkę ręką odbił Jarczyk i arbiter podyktował rzut karny. Jednak Jarosław Popiela z 11 metrów trafił w słupek. Zemsta była okrutna. Już w doliczonym czasie gry z rzutu rożnego dośrodkował Jarosław Mazurkiewicz, a wcale nie najwyższy, ale najgroźniejszy w warszawskim zespole Kosmalski, pomimo asysty kilku obrońców, z odległości jednego metra skierował piłkę głową do siatki. – Brak mi słów, nie wiem co powiedzieć. Chciałbym się obudzić rano i stwierdzić, że to był tylko sen – nie ukrywał rozczarowania Remigiusz Jezierski. Po ostatnim gwizdku kibice z Łęcznej byli bardzo zdegustowani. Opuszczali stadion na przemian przeklinając i nie dowierzając: Jak można było tego meczu nie wygrać?!

Podziel się
Oceń

Komentarze

Reklama

ALARM 24

Masz dla nas temat?

Daj nam znać pod numerem:

+48 691 770 010

Kliknij i poinformuj nas!

Reklama

CHCESZ BYĆ NA BIEŻĄCO?

ReklamaNOWY LEXUS RZ Odkryj Steel-By-Wire | DNI OTWARTE 4-9 MAJA
Reklama
Reklama