To wprost niewiarygodne. Górnik, który stworzył kilka wyśmienitych sytuacji, miał rzut karny, niemal nie dopuszczał rywali pod własną bramkę i nawet prowadził, tylko zremisował z warszawską Polonią. Po raz kolejny znalazło potwierdzenie stare piłkarskie porzekadło o niewykorzystanych sytuacjach. Szkoda że z łęcznianami w roli głównej...
Artur Ogórek
23.03.2005 23:07
Górnik przystąpił do spotkania z „Czarnymi Koszulami” w trochę zmienionym składzie – na prawej obronie Grzegorza Bronowickiego (kartki) zastąpił Artur Bożyk, a na prawej pomocy Sebastiana Szałachowskiego (kadra) Łukasz Madej. Czyli bez niespodzianek. Trener Polonii Marek Motyka, dla którego wyjazd do Łęcznej mógł być decydującym o zachowaniu posady, też nie zaskoczył z wyjściową jedenastką.
Goście zaatakowali z impetem, który szybko zgasł. Dopiero po kilkunastu minutach piłkarze obu zespołów zaczęli strzelać na bramki, ale z mizernym skutkiem. Nieźle zorganizowana defensywa warszawska pogubiła się w 25 min, kiedy Andrzej Kubica i Remigiusz Jezierski nie błysnęli refleksem w polu karnym. Odpowiedzią rywali był niecelny strzał z bliska Sławomira Jarczyka. W 38 min padł wreszcie gol dla „zielono-czarnych”. Pozostawiony bez opieki Madej soczyście uderzył z kąta i piłka wylądowała w długim rogu. Jeszcze przed przerwą mogło być po sprawie, ale znowu dobre okazje zaprzepaścili Kubica z Jezierskim.
Początek drugiej połowy to wprost festiwal niewykorzystanych sytuacji – Kubicy i Jezierskiego. Jak w 48 min okazję sam na sam z Jackiem Banaszyńskim zaprzepaścił pierwszy z nich, wie tylko on sam. Faktem jest, że piłka przeszła obok słupka. W „rewanżu” Sebastian Olszar spudłował z 5 m, a Kosmalski popisał się efektowną przewrotką. W 85 min wydawało się, że kropka nad „i” wreszcie zostanie postawiona. Po strzale Cezarego Kucharskiego piłkę ręką odbił Jarczyk i arbiter podyktował rzut karny. Jednak Jarosław Popiela z 11 metrów trafił w słupek. Zemsta była okrutna. Już w doliczonym czasie gry z rzutu rożnego dośrodkował Jarosław Mazurkiewicz, a wcale nie najwyższy, ale najgroźniejszy w warszawskim zespole Kosmalski, pomimo asysty kilku obrońców, z odległości jednego metra skierował piłkę głową do siatki. – Brak mi słów, nie wiem co powiedzieć. Chciałbym się obudzić rano i stwierdzić, że to był tylko sen – nie ukrywał rozczarowania Remigiusz Jezierski.
Po ostatnim gwizdku kibice z Łęcznej byli bardzo zdegustowani. Opuszczali stadion na przemian przeklinając i nie dowierzając: Jak można było tego meczu nie wygrać?!
Komentarze