Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama
Reportaż

Obywatele Zimbabwe przejmują Lublin. „Zalew Zemborzycki piękniejszy od Bałtyku!”

Tinashe od Lublina woli Gdańsk, ale Zalew Zemborzycki podoba mu się bardziej niż Bałtyk. Andrew jest wdzięczny Bogu, że poznał tu „polską rodzinę”. Rosemary śmieje się, że „Doda to królowa”. Lovemore mówi, że jakby na lubelskiej ziemi zarobił pięćdziesiąt tysięcy złotych, w ojczyźnie w dwa miesiące mógłby zostać milionerem. Obywatele Zimbabwe stanowią trzecią największą mniejszość narodową na Lubelszczyźnie. Jak im się u nas żyje?
Obywatele Zimbabwe przejmują Lublin. „Zalew Zemborzycki piękniejszy od Bałtyku!”

Autor: JM

Na weekendowym seansie „Michaela” w Plazie zajęli pół sali. Z jakiegoś powodu gromko śmiali się za każdym razem, kiedy filmowy Michael Jackson sprowadzał do domu kolejne dzikie zwierzęta: lamę, żyrafę, węża, szympansa. Żywo reagowali też na niemal każdą scenę z obwieszonym złotem Colmanem Domingo. Dwie godziny wcześniej widziano ich między Placem Litewskim a Grand Hotelem, ubranych odświętnie, w harlemowskim stylu. To społeczność mieszkańców Zimbabwe w Lublinie. 

Tylko przez ostatnie dwa tygodnie Zimbabweńczyków i Zimbabwejki spotykałem na LSM-ie i na Czechowie, na Abramowicach i na Felinie, na Węglinie i na Tatarach, w Śródmieściu i na Starym Mieście, w Eat&Go na Racławickich i w kościele na KUL-u, na Orlikach i w modnych knajpach na Krakowskim Przedmieściu, w Stokrotce, w Biedronce i w Lidlu, na Uberze i w Bolcie, z plecakami Glovo i Pyszne, wokół Lubelskiej Akademii WSEI i Akademii Nauk Stosowanych Wincentego Pola, wreszcie w Cinema City.

Obywateli Zimbabwe na Lubelszczyźnie jest mniej tylko niż Polaków, Ukraińców i Białorusinów. Z danych Głównego Urzędu Statystycznego w Lublinie wynika, że w Lublinie i okolicach jest ich prawie tysiąc dwieście.

Gorzka cena wolności

Lovemore Moyo Ngundu siedzi przy baobabie na Placu Litewskim. Pochodzi z Zvishavane. Urodził się w 1963 roku. 

- Niedługo kończę sześćdziesiąt lat – chwali się.

O swoim życiu opowiada przez pryzmat historii Zimbabwe. Pamięta, jak kraj 18 kwietnia 1980 roku odzyskał niepodległość. 

- Byliśmy wolni, ale nie mieliśmy realnej możliwości kontrolowania własnej gospodarki. Ta nadal należała do Brytyjczyków, naszych dawnych kolonizatorów – mówi Lovemore.

Pytam go, co sądzi o Robercie Mugabe, ich premierze i prezydencie, sprawującym władzę w latach 1980-2017.

- Był bardzo dobrym przywódcą. Wychował się wśród białych ludzi. To oni wysłali go do szkoły i nauczyli, jak zostać politykiem. Był związany z kościołem katolickim, a oni uczą prawdy. W nim dowiedział się, jak wyzwolić Zimbabwe. Między 1980 a około 2000 rokiem nie było większych problemów, ponieważ podążał za tym, jak wcześniej go nakierunkowano. Później jednak ludzie zaczęli naciskać, bo minęło dwadzieścia lat od uzyskania niepodległości, Mugabe trwał u władzy, korzystał z przywilejów, a zwykli obywatele czekali na swoją ziemię. 

On też czekał.

- Gdy Mugabe w końcu przeprowadził reformę rolną, kolonizatorzy masowo zaczęli wyjeżdżać z kraju, a gospodarka się zapadła. Zostaliśmy odcięci sankcjami. Pozbawieni relacji handlowych. Nawet maszyny pozostawione bez kolonizatorów się popsuły, a nie miał ich kto naprawić. Brakowało paliwa. Dlatego ludzie musieli emigrować, żeby móc się utrzymać.

Ngundu twierdzi, że w Zimbabwe nic się od tamtego czasu na lepsze nie zmieniło.

- Przez lata prowadziłem normalne życie. Miałem własny dom. Budowałem nawet drugi. Ale pracowałem jako kierowca ciężarówki, w sektorze prywatnym, i gdy ci, którzy kontrolowali gospodarkę, zniknęli, straciłem robotę, podobnie jak wielu, wielu innych ludzi. Dostałem ziemię, ale na co mi ona, skoro nie miałem stałego źródła utrzymania? – wspomina Ngundu.

Wyjechał za swoim szefem do RPA. W Zimbabwe zostawił żonę i pięcioro dzieci, w tym cztery córki. Na chwilę wrócił do ojczyzny i zdecydował się na emigrację do Europy. Polskę wybrał, bo „jest krajem neutralnym”, gdzie nikt nie zwraca na niego przesadnie uwagi.

Stać się milionerem

- Podoba mi się, że jeśli sam nie zrobisz pierwszego kroku, nikt cię nie zagaduje. Każdy zajmuje się sobą. Można żyć swoim życiem - mówi Lovemore Moyo Ngundu, patrząc na pomnik marszałka Józefa Piłsudskiego.

Prowadzi TIR-y. Jeździ między innymi do Niemiec. Akurat ma dwutygodniową przerwę. Do Lublina przyjechała z nim jedna z córek. Studiuje medycynę. Może pójść w ślady siostry, która w Zimbabwe jest lekarką. Na razie jednak w Polsce utrzymuje ją tata.

Lovemore mówi, że zarabia dobre pieniądze, choć dla Polaków mogą wydawać się one stosunkowo niewielkie. On natomiast porównuje lubelskie wynagrodzenie do tego w RPA czy Zimbabwe i nie potrafi narzekać.

- Masz jakieś ulubione miejsce w Lublinie?

- Plac Litewski.

- Co takiego jest w Polsce, czego nie ma w Zimbabwe?

- Ładne budynki. Zadbane środowisko. No i w Zimbabwe nie stanie ci się raczej nie strasznego, ale Polska jest bezpieczniejsza.

- Ale brakuje ci czasami Afryki?

- Tęsknię za jedzeniem, które w Afryce jest tańsze i zdrowsze. Tęsknię za „sadzą”, naszym podstawowym posiłkiem, robionym z mąki kukurydzianej. Tęsknię za naturalną żywnością, bo musisz wiedzieć, że my nie używamy GMO…

- U nas trują GMO?

- Większość polskiego jedzenia jest genetycznie modyfikowana. Jak spróbujesz owoców z Afryki, poczujesz różnicę. Niedawno byłem w domu. Przywiozłem trochę jedzenia i owoców. Jak chcesz, kiedyś mogę cię poczęstować.

Umawiamy się na bliżej nieokreślony termin w dalekiej przyszłości, bo Lovemore Moyo Ngundu ma plan. W Polsce zamierza kupić na własność za siedemdziesiąt tysięcy złotych ciężarówkę i traktor. I wrócić do Zimbabwe jako ustawiony człowiek.

- Jeśli ktoś przyjedzie do Zimbabwe z pięćdziesięcioma tysiącami złotych, może w dwa miesiące zostać milionerem. 

- Skoro mówisz, że tylko tyle wystarczy do zostania milionerem, to jadę z tobą! – żartuję.

- Ja sam potrzebuję około dwudziestu tysięcy złotych, żeby zacząć – przekonuje Lovemore.

Nie ma dobrego fryzjera

Do Cecilii i Eunice dosiadam się na przystanku Jana Sawy. 

- Możesz mówić mi Celinka – śmieje się ta pierwsza. 

Pochodzą z Harare, stolicy Zimbabwe. Poznały się w liceum, do Lublina przyjechały na studia i trochę się zasiedziały. Eunice ma polskiego chłopaka. Mieszkają w dwupokojowym mieszkaniu na Wieniawie. Dużo spacerują, ponoć najbardziej lubią zaglądać do Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej im. Hieronima Łopacińskiego na Narutowicza i Ogrodu Saskiego, do którego wchodzą jednak tylko wejściem od Leszczyńskiego, na wprost Muszli Koncertowej im. Romualda Lipki. Mówią, że powoli harmonizują się z rytmem życia w Polsce.

- Tylko jednego w Lublinie nie ma… – zaczyna Eunice.

- Czego?

- Dobrego fryzjera!

- Dobrego fryzjera?

- Facet z ciebie, to nie zrozumiesz!

Pięć minut na Starym Mieście

Tinashe Chaurura, rocznik 2000, również urodził się w Harare. Jego mama w Zimbabwe jest znaną dyplomatką. Gdy miał jedenaście lat, oddelegowano ją do Szwecji. Ze Skandynawii już jako dorosły nastolatek wrócił do ojczyzny. I zaraz znów ruszył w świat: Republika Południowej Afryki, Francja, inne kraje. Do Polski przyjechał na studia. Uczy się na Akademii Nauk Stosowanych im. Wincentego Pola.

- Dorastałem w rodzinie klasy średniej, do szkoły jeździłem Combisami, to takie autobusy, tylko mniejsze. Po powrocie do domu grałem w piłkę. Miałem zupełnie normalne dzieciństwo. Chciałem jednak studiować w Europie. Polskę wybrałem, bo jest tania i bezpieczna – opowiada Chaurura.

Zapisał się na Politechnikę Gdańską. Również dlatego, żeby mieć blisko przy wypadach do Szwecji. W Trójmieście uczył się trzy lata, zanim skreślono go z listy studentów. Jeden z jego znajomych z Zimbabwe poradził: „Przyjedź do Lublina, przepiszą ci punkty”. Spakował rzeczy, pokonał pięćset kilometrów, poszedł na lubelskie Stare Miasto. 

- Pięć minut i już było po wszystkim – wspomina Tinashe.

Lublinianie dopiero później pokazali mu, że Stare Miasto zwiedzać można nawet godzinę. Dla niego Lublin w porównaniu do Gdańska pozostał jednak malutki, nawet autobusy w nim wydają mu się jakby skromniejsze.

- Naprawdę lubię, że to takie małe miasto. Łatwo się przemieszczać. Sprzyja też aktywnemu stylowi życia. Jest dużo siłowni na świeżym powietrzu, boisk do piłki nożnej, bieżni, a ja lubię biegać i uprawiać sportu. Wolę też Zalew Zemborzycki od Bałtyku – mówi Chaurura. 

Tęskni czasami za jedzeniem w Zimbabwe. Mówi, że zwierzęta są tam naturalnie karmione i lepiej traktowane. W Polsce lubi pory roku, ale wykańczają go ciężkie zimy, brak słońca negatywnie wpływa na jego nastrój, odbiera mu energię.

Brak klubów i bezdomni

Tinashe narzeka na życie nocne w Lublinie. W Gdańsku balował na Ulicy Elektryków, na terenach postoczniowych, które przekształciły się w tętniące życiem miejsce spotkań, wydarzeń kulturalnych i koncertów.

- W Lublinie brakuje klubów – ubolewa. 

- Na co jeszcze chciałbyś się poskarżyć?

- Jest dużo bezdomnych i to mnie trochę przeraża. Czuję się tu mniej bezpiecznie niż w Gdańsku. 

- Uważam, że żyjemy w bardzo bezpiecznym mieście. 

- Tak, ale mam wrażenie, że jest tu więcej policji niż w innych rejonach kraju. Często ją widzę i słyszę. Są także w Lublinie miejsca, do których boję się chodzić, bo wydają mi się niebezpieczne. Widzę tam naprawdę tłumy policjantów. 

- A ludzie są przyjaźni?

- Nie są tak mili, jak w Trójmieście, gdzie wszyscy mówią „cześć”, pytają „jak się masz”, i tak dalej. W Lublinie się z tym raczej nie spotykam. Szkoda, bo przyjechałem do Polski, żeby doświadczać polskiej kultury, a tu czasami czuję się, jakbym obracał się głównie we własnej kulturze. 

Chaurura podkreśla przy tym, że choć jest kosmopolitą i żył w siedmiu różnych krajach, to nigdzie nie spotkał się z tak życzliwymi, serdecznymi i towarzyskimi ludźmi, jak nad Wisłą. W Szwecji nie znał swoich sąsiadów. W Polsce ma z nimi regularny kontakt. Polscy znajomi zapraszają go na wyjścia, wyjazdy i imprezy, częstują różnymi rzeczami. 

Lublin w rankingu ulubionych miast sytuuje za Gdańskiem, Toruniem i Warszawą. Innych obywateli Zimbabwe widuje nie tylko na uczelni, ale też w kościołach i grupach kościelnych, jako kierowców taksówek, dostawców jedzenia na wynos, pracowników sklepów. 

Docenia siłę legitymacji studenckiej Akademii Nauk Stosowanych im. Wincentego Pola, korzysta ze zniżek. W Zimbabwe, które jest mniej uporządkowane i słabiej rozwinięte, student musi mieć ponoć samochód i wystarczająco pieniędzy na życie, żeby godnie żyć, a właściwie przetrwać.

- Rozmawiałem z kolegą, który w Lublinie studiował wcześniej ode mnie. Powiedział, że przyjechał, bo AWP oferowała kierunki pielęgniarskie dla studentów z Afryki. I wielu z nich przyjechało właśnie na te studia. Niestety, potem nie mogli znaleźć zatrudnienia w tutejszych szpitalach, bo nie znali polskiego. Wykonują więc inne prace: sprzątają, jeżdżą na Uberze. 

- Jak ty odbierasz studia na AWP?

- Poziom polskich uczelni bywa tak różny, że to aż dziwne. Swojego czasu pracowałem jako kurier i rozmawiałem z ludźmi z kilku uczelni. Niektórzy mówili mi, że u nich nie ma znaczenia, czy chodzą na zajęcia, czy się uczą. I tak zaliczają. Inni zaś, że na ich uczelniach jest odwrotnie. Trzeba chodzić na wykłady, zdawać egzaminy, inaczej nie zdasz. Prawda jest więc taka, że jeśli chcesz tylko prześlizgnąć się dalej, wybierasz łatwy uniwerek, ale jeśli chcesz się czegoś nauczyć, wybierasz ten wymagający – mówi Tinashe Chaurura.

Coraz częściej patrzy przy tym na mapę, widzi granicę z Ukrainą i obawia się wojny. Na magisterkę planuje wrócić na zachód Polski.

Królowa Doda i Thasibo S.

Rosemary mówi, że „Doda jest królową”. Tego nauczyły ją koleżanki Polki. Nuci jakąś piosenkę, ale nie posiadam słuchu absolutnego, więc nie jestem w stanie ocenić, czy to „Dżaga”, czy „Nie daj się”, czy inny hit z repertuaru Doroty Rabczewskiej.

Raz na miesiąc Rosemary imprezuje na Krakowskim Przedmieściu. Wraz z koleżanką i współlokatorką śledzą wszystkie medialne wzmianki o obywatelach Zimbabwe w Lublinie.

Śmieją się z czterdziestopięcioletniego taksówkarza, który klientów z aplikacji na Bolcie i Uberze woził zardzewiałą Skodę Fabię i policjanci zatrzymali mu dowód rejestracyjny. Pokazują mi artykuł o trzydziestosiedmiolatku, który do swojej Mazdy wpakował się z 1,5 promilami alkoholu w organizmie i zasnął na środku wiaduktu przy alei Solidarności.

Przypominam im Thasibo S. Kilka lat temu dwudziestoośmiolatek z Zimbabwe wynajmował z partnerką mieszkanie przy Narutowicza. Pewnego razu, po powrocie do domu, zastał dziewczynę w towarzystwie innego mężczyzny. Momentalnie rzucił się na niego z pięściami. Kobieta pomogła tamtemu uciec. Wściekły Thasibo zarzucił więc partnerce zdradę, zdzielił ją w głowę szklaną butelką, uniemożliwił wybiegnięcie na korytarz, zamknął w mieszkaniu, kilkukrotnie dźgnął widelcem. Kiedy zamachnął się na nią nożem, dziewczyna, żeby się ratować, wyskoczyła z drugiego piętra przez okno, doznając wieloodłamkowego złamania kości miednicy z przemieszczeniem.

Nigdy wcześniej niekarany Thasibo S. został zatrzymany i trafił do tymczasowego aresztu. Prokuratura zarzucała mu usiłowanie zabójstwa partnerki. Sąd Okręgowy w Lublinie nie uznał tej narracji i skazał Zimbabweńczyka na zaledwie cztery lata pozbawienia wolności.

Rosemary markotnieje.

- Jeden straszny, niewytłumaczalny przypadek, ale nie powinien on psuć obrazu całej społeczności Zimbabwe w Lublinie – mówi dziewczyna i traci ochotę na dalszą rozmowę.

Chłopak ze wsi

Andrew Gowera jest w wieku chrystusowym i uczy języka angielskiego w kilku lubelskich szkołach. Urodził się w Rusape, gdzie w czasie II wojny światowej istniało osiedle polskich przesiedleńców. Mniej więcej siedmiuset Polaków w tym małym miasteczku na wschodzie Zimbabwe wybudowało kaplicę, kawiarnię, stołówkę, przychodnię, bibliotekę, szkołę i farmę, a nawet salę widowiskową.

Andrew pochodzi z rodziny rolników. Nazywa się „chłopakiem ze wsi”. Opowiada, że „najlepszą terapią jest dla niego kontakt z ziemią”. Zanim przeprowadził się do Polski, przez pięć lat zajmował się uprawą na niewielkim obszarze gruntów, na których pracowała jeszcze jego babcia.

- Sprawiało mi to ogromną przyjemność, ale wciąż czułem potrzebę, żeby robić coś więcej. Miałem już licencjat z rachunkowości w RPA, ale nie chciałem poświęcać temu reszty mojego krótkiego życia. Jedyne, co mogłem zrobić, to wrócić do swoich korzeni i odnaleźć miejsce, które wyznaczył mi Bóg – mówi Gowera. 

W 2019 roku zadzwoniła do niego ciocia. Powiedziała, że w dalekiej Polsce będzie mógł realizować swoje marzenie o zostaniu fizjoterapeutą. 

- Lublin był dla mnie opcją najbardziej przystępną finansowo, a chrześcijańskie wartości miasta sprawiły, że decyzja stała się jeszcze łatwiejsza. Zacząłem oswajać się z myślą, że wkrótce zostawię za sobą wszystko, co było mi znane – mówi Andrew. 

Polska rodzina

Przyleciał do Lublina w połowie lutego. I od razu kupił kurtkę. Wszystkie, które ze sobą zabrał, nie nadawały się na warunki polskiego mrozu. Dwa tygodnie później wprowadzono lockdown w związku z wybuchem pandemii koronawirusa. Andrew się nie zniechęcił. 

- Po sześciu latach mogę powiedzieć, że w Lublinie najbardziej cenię ludzi. Spotkałem tu najlepszych przyjaciół na świecie. Jestem zresztą niezwykle wdzięczny, że mogę określać ich właśnie tak: „przyjaciółmi”. Dzięki nim stałem się lepszym człowiekiem – cieszy się Gowera.

Pytam o jego polskich przyjaciół.

- Mam swoją „polską rodzinę”. Poznałem ich ponad cztery lata temu. Darek i Małgosia, ich syn Wojtek i córka Anna przyjęli mnie z otwartymi ramionami, spędziliśmy razem wiele wyjątkowych chwil, wciąż je spędzamy. To im zawdzięczam, że po studiach zdecydowałem się zostać w Polsce na dłużej. Pomogli mi przejść przez trudności. Doświadczyłem Bożej miłości. Nauczyli mnie bardzo wiele o życiu, o polskiej kulturze. A poza tym Małgosia gotuje najlepsze zupy w Polsce. Naprawdę, patrząc na Darka i Małgosię, zaczynam wierzyć w siłę dobrego małżeństwa. Nie zapominam też o wspaniałej Urszuli. Lista przyjaciół jest długa i potrzebowałbym godziny, żeby wymienić wszystkich, od współpracowników po sąsiadów – wzrusza się Andrew.

Pierogi w Avocado i Bóg

Regularnie odwiedza restaurację Avocado. Zajada się ich pierogami. Mówi, że życie w Polsce bywa bardzo szybkie, a ludzie zbyt zajęci, żeby cieszyć się prostymi rzeczami. A jego zdaniem to one nadają życiu sens. Tęskni, jak inni, oczywiście za bliskimi, za jedzeniem, owocami, hałasem bawiących się na zimbabwejskich ulicach dzieci, za dobrym kawałkiem steku i „sadzą”. Ale choć wie, że w Lublinie istnieje kilka grup stworzonych przez migrantów z Zimbabwe, nie należy do żadnej z nich.

- Jedną rzeczą, którą trudno mi zrozumieć, są nieliczne osoby, które znajdują przyjemność w używaniu rasistowskich określeń. Ale wiem, że nie żyjemy w idealnym świecie. Doświadczyłem wielu wspaniałych chwil, których nie są w stanie przyćmić pojedyncze przykre sytuacje – przekonuje Gowera.

Nie uważa Polaków za rasistów.

- Uważam, że większość Polaków jest gościnna. Spędzam weekendy z sąsiadami i współpracownikami. Nie otwierają się łatwo na obcych, ale kiedy już cię poznają i zaakceptują, zyskujesz drugą rodzinę. Jedną z najważniejszych lekcji, jakich nauczyłem się od czasu przeprowadzki do Lublina, jest to, by robić wszystko z miłością i życzliwością. Nie miałbym nic przeciwko temu, by osiąść w Lublinie na stałe, ale życie nauczyło mnie, żeby brać jeden dzień na raz, modlić się i ufać Bogu – puentuje Andrew Gowera.

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Komentarze

Reklama

ALARM 24

Masz dla nas temat?

Daj nam znać pod numerem:

+48 691 770 010

Kliknij i poinformuj nas!

Reklama

CHCESZ BYĆ NA BIEŻĄCO?

Reklama
Reklama
Reklama