• Cztery lata, a na tyle podpisał pan kontrakt z Górnikiem, to szmat czasu...
– Dużo, ale myślę, że w tym przypadku to dobrze. Jestem zadowolony. Trzeba szanować to, że ma się klub, który chce zawierać tak długie kontrakty, płacący na bieżąco, zorganizowany, dający stabilizację.
• W Wodzisławiu tak nie było?
– W Odrze nie ma takiej stabilizacji, jak w Górniku, który ma potężnego sponsora w postaci kopalni. W Wodzisławiu klub oparty jest na dotacji z miasta, drobnych sponsorach i transferach. Dziś pieniądze są, a jutro może już ich nie być. Ale od dziesięciu lat w jakiś sposób się to toczy. Na transferze do Górnika zyskała, zarówno Odra, jak i ja sam.
• Debiutował pan w ekstraklasie przed „osiemnastką”, ale rozegrał w niej zaledwie 63 spotkania?
– Do ligi musiałem dojrzeć. Kiedy po raz pierwszy przychodziłem do Widzewa Łódź, było w nim chyba dziewięciu reprezentantów. Na początku było naprawdę ciężko, ale pamiętam, że po przepracowaniu okresu przygotowawczego byłem pierwszym wchodzącym. Wiele się wtedy nauczyłem, przeżyłem okres „wody sodówki”. Wiadomo, przeprowadził się chłopak ze wsi do dużego miasta, do znanego klubu. I chyba dlatego nie udało mi się wtedy poważnie zaistnieć.
• Grał pan również w Niemczech, w klubie SG Sonnenhof Grossaspach. Nie żal było wracać, przecież każdy chce grać na Zachodzie?
– Staram się nie żałować tego, co zrobiłem w swoim życiu. Nie chciałem wracać, ale wówczas nałożyło się kilka kwestii, które mnie do tego zmusiły. Ale znowu znalazłem się w polskiej lidze i dziś mogę powiedzieć, że dobrze na tym wyszedłem. W końcu zaistniałem w ekstraklasie i przestałem być osobą anonimową. To mój kolejny znak życia.
• Nie ciągnęło w stare strony? Widzew i ŁKS są bliskie powrotu do I ligi, a w obu tych zespołach pan już grał.
– O, jedyne co chciałbym wymazać z pamięci, to czas spędzony w ŁKS. To był ten jedyny błąd. Jestem „widzewiakiem”, ale on na razie występuje w II lidze. Jednak walczy o awans i ja mu w tym kibicuję. To mój klub i mam nadzieję, że jeszcze kiedyś w nim zagram. Ale teraz jestem w Górniku i tutaj będę pracował.
• Drogi Łukasza Masłowskiego i Franciszka Smudy schodziły się. Tym razem mogło być podobnie?
– Nie, bo oferty z Zagłębia Lubin nie otrzymałem. Pewnie trener Smuda ma inną koncepcję budowy zespołu. Może kiedyś nasze drogi znowu się zejdą. Przyznam szczerze, że nie spodziewałem się, iż to nastąpi już w Wodzisławiu. Na wiele rzeczy nie ma się wpływu.
• Na brak propozycji nie mógł pan narzekać. Była z Bełchatowa, Grodziska i Łęcznej. Decydujące okazały się pieniądze?
– Nie, gdyż Górnika wcale nie była najbardziej intratna. Nie zawsze pieniądze są najważniejsze. Nie chcę nikomu słodzić, ale trafiłem do dobrego klubu
i w tej chwili jestem bardzo zadowolony z dokonanego wyboru.
• Żona nie miała nic przeciwko przeprowadzce na mroźny wschód?
– Taki mam zawód i moja żona Ania jest już do tego przyzwyczajona. Jest zresztą wyrozumiałą kobietą. I oczywiście wspólnie podejmujemy wszystkie decyzje. W tej chwili szukam mieszkania i już nie mogę się doczekać, kiedy zacznie się liga, bo znowu będę razem z żoną i synkiem Antosiem. I będzie mi łatwiej.
• Rozmawiałem z Sylwkiem Czereszewskim, który powiedział mi,
że namawiał pana do przeprowadzki
do Górnika.
– Z Sylwkiem żyjemy bardzo dobrze, mamy dobry kontakt. I kiedy wspomniałem mu o ofercie z Łęcznej i zapytałem co on na to, odparł, żebym w ogóle się nie zastanawiał, tylko szedł do Górnika. Z całą odpowiedzialnością stwierdził, że to jeden z nielicznych klubów, do którego można iść bez wahania. Tak więc „Czereś” dołożył również swoją cegiełkę.
• Jesień była udana. Może trzeba było zostać w Odrze...
– Rzeczywiście tworzyliśmy bardzo dobry zespół. Mieliśmy młodą ekipę, żądną sukcesów i graliśmy dobrą piłkę. Byliśmy z siebie zadowoleni. Nasz dorobek mógł być jeszcze lepszy, ale straciliśmy frajersko kilka punktów. Miałem w Wodzisławiu mocną pozycję, a teraz będę zmuszony o nią walczyć. I myślę, że dobrze mi to zrobi. Nikt mnie z Odry nie wyrzucał, ale wiedziałem, że kilku chłopaków szykowało się do odejścia. Taka jest polityka klubu, żyjącego między innymi z transferów. Zostawiłem tam wielu przyjaciół.
• Z Odry oprócz pana odeszli Mariusz Zganiacz i Marcin Drzymont do Korony, a Mariusz Pawełek do Wisły Kraków. Czy to nie za duże osłabienia?
– Ścisk w tabeli jest duży. Dwa mecze mogą zmienić wiele. Nie chciałbym degradacji Odry, również z powodów sentymentalnych. Mam innych kandydatów do spadku.
• Zmiana barw to chyba spore ryzyko, bo Górnik, w przeciwieństwie do Odry, znalazł się nisko w tabeli.
– A ja uważam, że zrobiłem krok do przodu, choć Górnik jest nisko w tabeli. Sam jestem zdziwiony, że z takim potencjałem jest tylko na
14 pozycji.
• Ze starych kolegów spotkał pan tylko Sławka Nazaruka.
– Znamy się z Widzewa. Jednak mam również w Górniku kilku kolegów z boiska – Maćka Bykowskiego, Artura Andruszczaka, Bartka Jurkowskiego. Choć w jednym zespole razem nie występowaliśmy.
• W sezonie 2004/05 nie strzelił pan ani jednego gola, a jesienią obecnych rozgrywek aż cztery. Skąd taka metamorfoza?
– To faktycznie niezły dorobek, jak na bocznego pomocnika. W całej lidze więcej strzelił chyba tylko Marek Zieńczuk z Wisły Kraków. W Odrze grałem to, co potrafię, czyli do przodu. W ofensywie czuję się znacznie lepiej. I kierując się proporcjami, to w ofensywie występowałem na 65 procent, a defensywie na 35. A w obronie walczyli ludzie, którzy w niej z kolei prezentują się korzystniej. I przyznam, że goli mogłem zdobyć nawet więcej.
• Więc pomoc czy jednak atak?
– Wcześniej byłem napastnikiem, ale teraz jestem pomocnikiem i na tej pozycji czuję się najlepiej. Jestem już dojrzałym piłkarzem, mogę na swoje barki wziąć ciężar odpowiedzialności. W napadzie już dawno nie walczyłem, a do Górnika sprowadzano mnie jako pomocnika. Ale jak zawsze decyzja należy do trenera. I nawet jak wystawi mnie w obronie, to zagram tam najlepiej, jak potrafię.
Reklama













Komentarze