Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama

Barak się spalił, winnych brak

Obiekt nie był strzeżony, a przeciwpożarowe hydranty nie działały. Jednak Ratusz nie czuje się winny pożaru na terenie dawnego Zespołu Szkół Samochodowych przy ul. Sulisławickiej, mimo że teren należy do miasta.
Ogień pojawił się w niedzielę po południu w przeznaczonym do rozbiórki baraku, w którym mieściły się niegdyś szkolne warsztaty. Pisaliśmy o tym wczoraj. Tuż przed zdarzeniem świadkowie widzieli, jak po dachu baraku biegały dzieci. Do budynku często zaglądali pijacy. - Nikt ich nie wyganiał - twierdzi Teodora Morska, mieszkanka tej dzielnicy. Spalony budynek nie był strzeżony. Wcześniej cały teren dawnego ZSS miasto wydzierżawiło prywatnej szkole wyższej z Łodzi. Już wtedy szwankował dozór nad posesją. Podczas akcji ratowniczej dziennikarzy informowano, że z obiektu nadal korzysta łódzka uczelnia. Okazało się to nieprawdą. Główny budynek dzierżawi teraz podległa marszałkowi województwa Szkoła Policealna Pracowników Służb Społecznych. - Ale zgodnie z umową ma dozorować tylko ten gmach. Szkoła nie zgodziła się objąć ochroną pozostałych obiektów - mówi Mirosław Bielawski, zastępca dyrektora Wydziału Geodezji i Gospodarki Nieruchomościami Urzędu Miasta. - Budynki były pozamykane w taki sposób, jak to było możliwe. • Czy można tu mówić o czyjejś winie? - Ja się na ten temat na pewno nie będę wypowiadał. Nikt nie czuje się też winny tego, że na terenie szkoły nie działały hydranty. Strażacy musieli przywozić sobie wodę cysternami. - Za stan tych hydrantów odpowiada miasto - mówi Halina Szyłkajtis, rzecznik lubelskich wodociągów. Ale Ratusz wykręca się od odpowiedzialności za stan hydrantów. - Nawet gdyby były sprawne, nie nadawałyby się do gaszenia pożaru. Mają zbyt małą średnicę - mówi Mirosław Kalinowski z biura prasowego Urzędu Miasta. - Służyły zapewne do dostarczania wody na użytek hignieniczno-sanitarny, a nie do ochrony przeciwpożarowej. - To po co utrzymywać hydranty, jeśli nie do gaszenia ognia? Jak mogły służyć do innych celów, jeśli do ich otwarcia używa się specjalistycznego sprzętu, którym dysponują tylko strażacy? I jak woda z hydrantu może służyć do celów bytowych, skoro to jest zupełnie inna instalacja wodna - mnoży pytania Michał Badach, rzecznik straży pożarnej. Urząd Miasta sugeruje, że przy okolicznych ulicach strażacy mogli znaleźć inne sprawne hydranty, zamiast sprowadzać wodę beczkowozem. - To jest pytanie o to, czy mamy biegać po okolicy i szukać sprawnego hydrantu, czy wsiąść w samochód i pojechać po wodę tam, gdzie wiemy na pewno, że ona jest - mówi Badach.

Podziel się
Oceń

Komentarze

Reklama