Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama

Czy musiał tak cierpieć?

Mieszkaniec Świdnika od miesięcy dogorywał w domu z gnijąca nogą, bo nie pozwalał żonie wezwać lekarza
Sąsiedzi twierdzą, że Krzysztof G. i jego bliscy nie chcieli pomocy. Za nieszczęście winią opiekę społeczną. W Urzędzie Miasta w Świdniku zapowiadają, że sprawdzą, jak pracownicy socjalni zajmowali się nieporadną rodziną. Lekarze oceniają, że gdyby nie pomoc medyczna, mężczyzna przeżyłby jeszcze najwyżej tydzień. Mieszkaniec Świdnika od piątku leży na oddziale intensywnej opieki medycznej miejscowego szpitala. Amputowano mu lewą nogę, nie wiadomo czy uda się uratować prawą. To, co policjanci, lekarz pogotowia i pielęgniarka środowiskowa zobaczyli w domu rodziny G., przeraziło ich. W przedsionku leżał mężczyzna z nogą przywiązaną do futryny. Od kolana w dół kończyna była martwa, wyżej gniła. Zakażenie objęło również prawą nogę. W domu panował niesamowity fetor. Początkowo policjanci myśleli, że mężczyzna był więziony. - Ale jeszcze podczas zabierania do szpitala powiedział lekarzowi, że chce zostać w domu - mówi Ryszard Nalewajko z policji w Świdniku. - Dalsze fakty ustaliliśmy po przesłuchaniu jego żony i sąsiadów. Kobieta twierdziła, że jej mąż od lat miał problemy z nogą. Lekarz wystawił mu skierowanie do chirurga, ale Krzysztof G. z niego nie skorzystał. Na początku roku zranił nogę w kostce jadąc na rowerze. Rana nie chciała się goić. Żeby uśmierzyć ból mężczyzna usztywnił nogę deską. Przed trzema miesiącami przywiązał stopę do gwoździa przy futrynie. Już nie ruszał się z tego miejsca. Jego żona przychodziła systematycznie po zasiłek do opieki społecznej. Dopiero w piątek powiedziała, że noga jej męża już sczerniała. Działkę rodziny G. zarastają wysokie krzaki. W zaniedbanym domku mieszka jeszcze dwudziestoparoletnia córka gospodarzy. Żona Krzysztofa G. nie chciała wczoraj z nami rozmawiać. - Mąż nie chciał wzywać lekarza - powiedziała tylko. O tym, że coś niedobrego działo się w rodzinie G. dobrze wiedzą mieszkańcy tej części Świdnika. Nikt nie miał wstępu na podwórko. Żona Krzysztofa G. rozmawiała ze wszystkimi przy furtce. - Mówiła, że niczego nie potrzebuje - opowiada ich sąsiadka. - W lecie zostawiłam jej pod ogrodzeniem torbę z ubraniami, bo ode mnie by nie wzięła. Tam musiało w końcu coś pęknąć. Teraz wszyscy będą mówić: \"a gdzie byli sąsiedzi?”. A ja pytam, co zrobiła opieka społeczna? - Sprawdzimy, jakie działania wobec rodziny podjęli nasi pracownicy - obiecał wczoraj Artur Soboń, rzecznik Urzędu Miejskiego w Świdniku. Dochodzenie prowadzi też policja. - Ustalamy, jaki był stan zdrowia psychicznego poszkodowanego, jego żony i córki. Sprawdzamy, czy rodzina wymagała stałej opieki lekarskiej i kto ewentualnie się nią zajmował - wylicza Nalewajko.

Podziel się
Oceń

Komentarze

Reklama

ALARM 24

Masz dla nas temat?

Daj nam znać pod numerem:

+48 691 770 010

Kliknij i poinformuj nas!

Reklama

CHCESZ BYĆ NA BIEŻĄCO?

Reklama
Reklama
Reklama