Reklama
Nie jestem gwiazdą
Rozmowa z reprezentantem Polski Grzegorzem Bronowickim
- 01.01.2008 21:00
- Niczym, tu i tam jestem na wyjeździe (śmiech). Bo moim miejscem jest Łęczna. A święta doskonałą okazją do spotkań ze starymi znajomymi, byłymi kolegami z Górnika. Trochę się rozjechaliśmy - brat Piotrek został w Legii, Mariusz Pawelec jest w Zabrzu, a Kamil Oziemczuk w Auxerre. Wszyscy jesteśmy wychowankami Górnika, ale gramy w piłkę gdzieś indziej. A teraz znowu mieliśmy szansę pogadać i nawet pograć razem.
- Żona i syn są ze mną w Belgradzie, ale czasem brakuje mi właśnie znajomych i przyjaciół. No i brakuje mi, oczywiście, Polski.
- To były tylko sporadyczne sytuacje.
- To prawda, są bardzo urodziwe. Ale ja mam równie ładną żonę. No i na obce kobiety nieśmiało podnoszę wzrok.
- Czasem chodzę, ale z rodziną, na obiad czy kolację. Samo miejsce jest urocze, na wodzie, z dobrym jedzeniem, muzyką i klimatem. Czegoś takiego nie ma w Warszawie.
- Dla mnie dobry.
- To już jego problem. Poza tym, on jest w Rumunii, a ja w Serbii. Wybrałem Belgrad, bo to dobre miejsce na promocję. I gra w Crvenej Zveździe pod tym względem na pewno da mi dużo korzyści.
- Bo z takim nastawieniem tam szedłem. Nie znałem piłki serbskiej, ale wiedziałem, że w tym momencie, latem, mój transfer z Legii jest nieunikniony. Prasa zaczęła spekulować o różnych ofertach i rozpisywać się, że mam kłopoty z kibicami. Za różowo faktycznie nie było, ale głównie chodziło mi o grę w pucharach. Zakaz wykluczenia z tych rozgrywek był dla mnie poważną stratą. Bo jeśli w 2007 roku czegoś nie udało mi się osiągnąć, to mistrzostwa Polski z Legią i wywalczenia miejsc w europejskich rozgrywkach. Stąd między innymi decyzja o przeprowadzce. Chciałem wybić się gdzieś dalej. A z Legii, po zajściach w Wilnie, było to niezwykle utrudnione.
- Trafiliśmy do mocnej grupy, ale wyjście z niej było w naszym zasięgu. Niestety, Crvena Zvezda była za mało doświadczonym zespołem i to się srodze na nas zemściło. Szkoda że zakończyliśmy grupę z wielkim zerem po stronie punktów, a największą czkawką odbiła się porażka z Bayernem Monachium u siebie. Mimo to uważam, że i tak skorzystałem na rywalizacji z Boltonem i Arisem Saloniki.
- Nie wiem. A czemu tyle?
- Nie potwierdzam, nie zaprzeczam.
- Zesłanie, jak sama nazwa wskazuje, nie może być czymś dobrym. Ale na pewno gra w Lewarcie była niezłą nauczką, a praca w kopalni... awansem. Byłem szczęśliwy, że miałem w ogóle gdzie pracować i zarabiać pieniądze na utrzymanie rodziny. W końcu udało mi się \"wyjechać spod ziemi”. Jednak mój starszy brat jest zatrudniony w kopalni i wiem, jak ciężką pracę musi wykonywać. Dlatego piłkarze są szczęściarzami, bo wykonują piękny zawód. Więc niech żaden z nich nie marudzi, tylko zjedzie pod ziemię. Tam zobaczy inny świat. Jeszcze niedawno robiłem to samo, więc rolę górnika uważam za solidną lekcję i pomoc w dalszym życiu.
- Sławek Pogonowski, tak jak i kilku innym chłopakom z Łęcznej. Nie doceniałem jego roli długo, aż w końcu przejrzałem na oczy i zrozumiałem. W najtrudniejszym dla mnie okresie, kiedy trzeba było wziąć się za siebie, na przekór pokusom, Sławek mobilizował mnie do ciężkiej pracy. W trudnym, młodym wieku, kiedy się trochę głupieje i ma duże mniemanie o sobie, on mnie stopował i pomagał. Szkoda że dziś Sławek jest niedoceniany w Górniku. Tak zresztą było przez wiele lat.
- Przyszedł człowiek z zewnątrz, nie znałem go. Doszły niepowodzenia, związane z artykułami w \"Fakcie”. Przestałem grać, ale jako do trenera nigdy nie miałem do Boba zastrzeżeń.
- Pomógł mi, żebym dostał szansę i zaistniał w zespole narodowym. To człowiek z wielką charyzmą, myślą trenerską, sposobem prowadzenia treningów, który mi pasuje w stu procentach.
- Nie moją rolą dokonywać jest takich porównań. Jednak o selekcjonerze mogę wypowiadać się wyłącznie w superlatywach. Choć nie chcę, aby zabrzmiało to za słodko, bo mam miejsce w kadrze. Ale styl zajęć, spojrzenia na futbol, rozmowy ze mną, świadczą o jego klasie. Awans do Euro 2008 w ogromnej części to właśnie zasługa Holendra. Polacy od dawna potrafią grać w piłkę, a to właśnie Leo ją wydobył. Po raz kolejny udowodnił, że jest fachowcem i zna się na swojej robocie.
- Nie mam pojęcia.
- Ale ja się cieszę, że nie pojechałem. Nie chciałem być tym ostatnim, ogonem czy zapchajdziurą. Kilku zawodników miało takie odczucia. Nie dostali w ogóle szansy.
- Najpierw trzeba znaleźć się w kadrze, która pojedzie do Austrii i Szwajcarii. Przed dwoma laty Janas pokazał, że można wszystkiego się spodziewać. Jednak Beenhakkera o to nie podejrzewam, mimo że czasem lubi zaskakiwać, na przykład nominacjami do kadry. Selekcjoner będzie wszystkich bacznie obserwował, naszą grę w klubach i cały czas trzeba udowadniać swoją przydatność.
- Miałem sporo problemów związanych z drobnymi urazami. Wiem, że stać mnie na więcej, ale mam też świadomość, iż poniżej pewnego poziomu nie zszedłem. A poza tym, ja nie mam mentalności gwiazdy. Nie chcę błyszczeć, dla mnie najważniejsze jest dobro drużyny.
- I bardzo dobrze. Po Portugalii też coś tak miłego przeżyłem. Ale to nie w moim stylu, aby być na topie.
- Dla mnie nie ma problemu, może wyskakiwać (śmiech). Ebi zasłużył na te splendory i pochwały. Zrobił wiele dla reprezentacji, a ja mam satysfakcję, że akurat jestem w tym teamie. Zresztą, Ebi nikomu nie daje odczuć swojej popularności. Jest cały czas skromnym facetem.
- Nie było okazji. Poza tym, Ebi zamyka się w sobie, chodzi swoimi ścieżkami. Zawsze stawiam sobie poprzeczkę wyżej, mam swoje cele i jeśli nie Hiszpania, to Anglia. Zrobię wszystko, aby znaleźć się w klubie silnym, odgrywającym istotną rolę w Europie.
- Żartujemy, że to taki ligowy miodzik, złożony z piłkarzy grających, bądź jeszcze do niedawna, w Polsce. Czyli Dudi (Dariusz Dudek - red.), Wasyl (Marcin Wasilewski), Fabian (Łukasz Fabiański), Wawrzyn (Jakub Wawrzyniak), Kiełbiu (Tomasz Kiełbowicz), a wcześniej Sobol (Radosław Sobolewski).
- To nie chodzi o to, czy zasługują, tylko czy mogą coś wnieść. A ja wierzę w Beenhakkera. Wystarczy popatrzeć na Tomka Zahorskiego, który w klubie był w cieniu strzelającego gole w lidze Dawida Jarki. Z podziwem patrzę, jak pracuje na zgrupowaniach reprezentacji.
- Jeśli miałby wyjść na lewej obronie, to niech nie wraca (śmiech). Konkurencja w bramce \"biało-czerwonych” jest ogromna. Wystarczy popatrzeć, że Tomek Kuszczak, broniący w Manchesterze United, jest dopiero trzeci. A Wojciech Kowalewski też nie powiedział ostatniego słowa.
- Wielu zawodników udowadniało, że nawet jeśli w klubie wychodzili z ławki, to w reprezentacji w niczym nie odstawali od reszty. Co więcej, wnosili świeżość, bo dziś w Europie nie ma czasu na odpoczynek, gra się bardzo często.
- Nie, ale mocnym punktem tak. A pewniaki to są w STS-ach (śmiech). I zawsze się na nich wpieprza. Wierzę w swoje umiejętności, swój charakter i mam nadzieję znaleźć się na imprezie, o której do niedawna mogłem tylko pomarzyć. Oby tylko omijały mnie urazy.
Reklama













Komentarze