O "pogromie” w królikarni w Miłocinie, ok. 20 km od Lublina napisaliśmy we wtorek. W zeszłym tygodniu właściciele gospodarstwa stracili 25 królików. Nie było to pierwsze takie zdarzenie. Trzy miesiące wcześniej zginęło ok. 50 zwierząt. Do ataków na królikarnię zawsze dochodzi w nocy. Widok jaki rano zastają gospodarze jest makabryczny: martwe zwierzęta rozrzucone na podłodze królikarni, drzwi do klatek wyrwane z zawiasami.
Trzy z uśmierconych królików badał dr Piotr Listos z Katedry Anatomii Patologicznej Uniwersytetu Przyrodniczego.
- Przyczyną śmierci były rozległe urazy wielonarządowe - mówi dr Listos. - Na ciele zwierząt były widoczne ślady ran kąsanych. Urazy wielonarządowe prawdopodobnie powstały w mechanizmie bardzo silnego ugryzienia zwierzęcia oraz potrząsania i uderzania ciałem królika.
Te obrażenia nie są charakterystyczne dla żadnego zwierzęcia. - Na pewno jest to zwierzę silne i na swój sposób dzikie,- mówi dr Listos. I dodaje: Na podstawie badania sekcyjnego i okoliczności, w jakich zginęły króliki, można stwierdzić, że zwierzę, które tego dokonało było drapieżnikiem.
Zdaniem lekarza weterynarii, nie można jednak wykluczyć, że wszystko mógł upozorować jakiś chory człowiek. Zdaniem urzędników z gminy Wojciechów, którzy zajmują się tą sprawą, króliki mógł zagryźć pies. Trwają jego poszukiwania.
Pogrom w królikarni w Miłocinie: Zabójca to drapieżnik
Króliki z gospodarstwa w pobliżu Wojciechowa zabiło najprawdopodobniej dzikie zwierzę. Takie są wnioski po sekcji królików przeprowadzonej na Uniwersytecie Przyrodniczym w Lublinie.
- 08.10.2014 19:00

Reklama












Komentarze